wtorek, 4 października 2011

Autostopem do Matki Teresy - Wstęp

SŁOWACJA, WĘGRY, SERBIA, KOSOWO, MACEDONIA, ALBANIA, CZARNOGÓRA, CHORWACJA, BOŚNIA I HERCEGOWINA, SŁOWENIA, AUSTRIA, CZECHY, POLSKA










Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie, że nie jestem stąd. Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć wszystkiego co jest udziałem człowieka, przemienić co doznane w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd przyszedłem.
Czesław Miłosz



Miała to być „podróż życia”, jedna z tych, którą wspomina się latami, a opowiadając o niej wciąż czuje się niedowierzanie, że w ogóle można było zdecydować się na coś takiego. Miała to być podróż, po której człowiek wraca inny. Podróż, podczas której nie zadzwoni telefon, nie będzie trzeba odbierać żadnych e-maili, gdzie nie będą docierały absolutnie żadne wiadomości. Poza tymi, które opowiedzą napotkani ludzie.

Chcieliśmy dotrzeć do Skopje, do miejsca, w którym rozpoczęła się historia największej świętej XX wieku. A jadąc tam, odwiedzić okoliczne kraje i na przekór turystycznym trendom, nie poznawać ich przez pryzmat wielkich stolic czy znanych zabytków. Chcieliśmy darować sobie encyklopedyczne wiadomości. Byliśmy spragnieni, by posłuchać historii mieszkających tam ludzi. Takich zwyczajnych, miejscowych, którzy po swojemu szukają sensu otaczającego ich świata. 

W piątek wróciliśmy, było już po północy. A przed czwartą udało nam się dopiero zasnąć. Nie mogliśmy ochłonąć. „Bóg jest wielki”, „Bóg jest wielki” – powtarzaliśmy niczym mantrę.

Teraz potrzebuję czasu, aby to wszystko uporządkować. Kilkadziesiąt przegranych od Maćka zdjęć, nieco chropowate zapiski.

Pozostał plecak niewypranych rzeczy, kurz na habicie, biały od cementu pokrowiec na śpiwór, obrazki otrzymane od Sióstr w Skopje, woreczek bakalii, paczka rozpuszczalnej czekolady z dodatkiem mięty, wysuszona lawenda zerwana jeszcze w Medziugorie. W paszporcie przybyło kilka pieczątek, i doszedł nieznośny ból kręgosłupa, na który właśnie nakleiłem rozgrzewający plaster.

Może jednak Ci, którzy mówili, aby sobie darować mieli rację? To przecież wykorzystywanie Pana Boga do swoich niemądrych pomysłów. Czy księżom wypada podróżować w ten sposób? Każdy oczywiście udzieli sobie własnych odpowiedzi. Przekonanych przekonywać nie potrzeba, a krytycy będą zawsze.

Miała to być podróż, w której Boga dotyka się namacalnie. Miały być spotkania z ludźmi przez których świeci Pan Jezus. I wreszcie miał to być czas bezgranicznego zaufania w to, że On naprawdę żyje, daje się poznać i nie pozwoli by Jego dzieciom stała się krzywda.

Ta podróż taka właśnie była.
***


„Życie zakonne jest ciężkie i pełne wyrzeczeń i dlatego nikt kto nie ma poczucia humoru nie jest w stanie go znieść” – pisał Merton. W przypadku podróży autostopem zasada trapisty sprawdza się doskonale. Poczucie humoru i dystans do siebie samego są tu nie do przecenienia. Jeśli traktujesz swoją osobę zbyt serio, nawet prosty gest pokazujący niechęć, któregoś z przejeżdżających kierowców, może sprawić, że szybko się zniechęcisz.

Nie myśl także, że skoro jesteś księdzem ubranym w dominikański habit, będziesz miał łatwiej. Bywa różnie. W krajach, gdzie chrześcijaństwo stanowi mniejszość, należy założyć, że będzie także i niechęć. I w Polsce przecież to się zdarza. Podróżując w ten sposób miej świadomość, że skoro ludzie decydują się na zaproszenie cię do swojego samochodu, to oczekują, że uszanujesz ich przekonania. Dlatego nie zdziw się, gdy zamiast praktykujących katolików spotkasz pary żyjące w związkach niesakramentalnych, homoseksualistów, rozwodników, ateistów, świeżo wypisanych z kościoła, lub takich, których poszukiwania religijne zaprowadziły do buddyzmu czy islamu.  To często wyjście na same obrzeża.

Bywały przypadki, że jeżdżąc po Polsce, trafiałem nawet na zorganizowane grupy przestępcze. Widocznie habit ich zaintrygował i mieli potrzebę rozmowy. Pamiętam moment, gdy nagle samochód skręcił z głównej drogi, a kierowca wraz ze swoimi towarzyszami wywiózł nas do ekskluzywnej knajpy położonej w lesie, twierdząc, że teraz nigdzie nas już nie wypuszczą. Mieliśmy pojechać do publicznego domu, po czym zamówić sobie dziewczynę, aby zrozumieć na czym polega prawdziwe szczęście. Rozstaliśmy się w przyjaźni, ale atmosfera była rzeczywiście nerwowa.

Kiedy jednak wysiądziesz z samochodu poruszony obecnością Boga, którego znajdziesz w spotkanych ludziach, to nagle wcześniejsze niepowodzenia stają się niczym. 
 ***

Nie pojechałem sam. Wraz ze mną podróżował Maciej Chanaka, dominikanin mieszkający w Krakowie. Szczerze mówiąc, ta podróż, to jego pomysł. Sam bałbym się chyba zaproponować coś tak oryginalnego.

Od zaprzyjaźnionych sióstr Misjonarek Miłości w Łodzi, dostałem adres klasztoru w Skopje, zapewnienie o modlitwie a także naleśnika z kapustą i grzybami. „Żeby ojciec miał siłę i do nas wrócił” – powiedziała łamaną polszczyzną siostra Romana, przełożona z Indii. „Oby tak było” – westchnąłem do siebie. 

Ponad cztery tysiące kilometrów autostopem, mając do dyspozycji zaledwie osiem dni. Cel: Skopje, i żadnych innych planów. Tylko my, napotkani ludzie i oczywiście On. Chcemy dać się poprowadzić i dlatego właśnie wybraliśmy autostop.

Żadnym innym sposobem nie spotkasz tylu różnych ludzi, co podróżując autostopem. Nie ma również tańszego środka transportu, na dodatek bardziej przyjaznego środowisku. Nawet rower musi używać opon i innych części. Podróżując autostopem jedynie wypełniasz pustą przestrzeń w pojeździe, który i tak zmierza w twoim kierunku. Ekologia i czystość. A jeśli na dodatek otrzymałeś łaskę wiary, masz pewność, że Pan Bóg jest i nieustannie otacza cię swoją opieką. 

 ***
Od razu darowaliśmy sobie encyklopedyczne wiadomości o okolicznych krajach. Żadnych przewodników, baz noclegowych, miejsc, które „koniecznie trzeba zobaczyć”. Byliśmy spragnieni, aby posłuchać historii mieszkających tam ludzi. Takich zwyczajnych,  miejscowych, którzy po swojemu szukają sensu otaczającego ich świata.

W plecaku cztery bananowe kaszki, trochę bakalii, po butelce wody i zestaw małego księdza. Przeżyjemy – powtarzaliśmy sobie. Był strach i odrobina lęku, że może jednak się nie uda. Choć oczywiście nie przyznawałem się do tego publicznie.

Jednocześnie w głębi serca, na samą myśl o wyjeździe, narastało to cudowne poczucie wolności. Była w nas dzika pasja podróży i jakiś rodzaj bezczelnej wiary, że niezależnie od wszystkiego, On wciąż będzie z nami i nie pozwoli, aby Jego dzieciom stała się krzywda. „Bóg przecież nie daje człowiekowi pragnień, których by nie mógł wypełnić” – twierdziła św. Teresa.

Niektórzy twierdzą, że przypadek to Bóg, który pojawia się incognito. Takich „przypadków” podczas podróży była masa.

Czego uczą podróże autostopem? Myślę, że dwóch rzeczy. Pierwsza to cierpliwość, a druga to pokora. Cierpliwość, bo nigdy nie wiesz kiedy skończy się Twój uliczny postój, czy nie czeka cię kolejna godzina z coraz bardziej drętwiejącą ręką.

A pokory dlatego, bo musisz z ufnością przyjmować wszystko, co ci się przydarza. czego zmienić nie potrafisz. Tu panują inne zasady. Nie jesteś dyspozytorem swojego czasu podróży. Możesz spędzić na drodze kilka minut, ale i zostać tu na noc. Przerabialiśmy jedno i drugie. A jeśli zostaniesz wysadzony na środku autostrady, co i również się nam zdarzyło, to już zupełnie przepadłeś.

Nie ty wybierasz ludzi, z którymi chciałbyś jechać, lecz to oni decydują się na podróż z tobą. Nie ty także ustalasz zasady. Gospodarz miejsca (czytaj samochodu) w każdej chwili może się zatrzymać mówiąc: „wysiadaj”, ale może też zabrać cię do dobrej restauracji i postawić świetny obiad. Przerabialiśmy jedno i drugie.

***


Słowacja, Węgry, Serbia, Kosowo, Macedonia, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Słowenia, Austria, Czechy. Ponad cztery tysiące kilometrów przejechane w osiem dni wyłącznie autostopem. Pod wpływem napotkanych ludzi, nagle z planowanych kilku państw, zrobiło się kilkanaście. Intensywny czas, w którym było miejsce na wszystko. Noclegi pod gołym niebem, nie kończące się rozmowy, kąpiel w Adriatyku, a nawet krótkie (takie jak lubimy) zwiedzanie ciekawszych okolic.

To była cudowna i magiczna podróż pełna Jego obecności i znaków. O niektórych boimy się pisać, gdyż zabrzmią niemal katechetycznie. Ktoś może zarzucić, że naginamy świat do siebie. Były to często drobne rzeczy, sploty niewiarygodnych wydarzeń, które jednak my uważamy za cuda.

***
Od pierwszego dnia postanowiłem pisać dziennik podróży. Robiłem to po raz pierwszy i teraz już w ciszy klasztornej celi, stwierdzam, że pisanie dziennika, jest doskonałym sposobem, aby utrwalić to wszystko, czego człowiek nie chciałby zapomnieć. Lepszym od zdjęć. Pisanie porządkuje myśli, utrwala chwilę, aby móc do niej jeszcze wrócić i zbyt szybko nie wymazać napotkanych osób. A przede wszystkim nie zapomnieć Jego działania.

Na początku pisałem na małych samoprzylepnych kartkach, z których zrobiłem niewielki notesik. Szybko jednak dałem sobie z tym spokój, mając trudności z odczytaniem później własnego pisma. Gdy jedziesz trzęsącym się samochodem przygnieciony stosem papierów, obok wypchanych walizek szwajcarskiej armii, ciężkich jak kamienie, i gdy przy każdym zakręcie zsuwają ci się one na kolana, szybko pisanie staje się niemożliwe. Chyba że potrafisz pisać, trzymając długopis i kartę wyłącznie jedną ręką.

Okazało się że najlepiej sprawdził się… prosty notatnik, zwykłego komórkowego telefonu z dwunastoma przyciskami. Sieć może być odłączona (tak też zrobiłem), a telefon wciąż użyteczny. Można się przyzwyczaić, a niewielkie rozmiary i możliwość pisania nawet podczas jazdy albańską drogą to rzeczy nie do przecenienia. Z czasem osiągnęliśmy perfekcję.

Pisanie daje chwilę wytchnienia. Gdy stoisz kilka godzin na autostradzie do Belgradu, czy na małej wiejskiej drodze gdzieś w Albanii, Kosowie czy Węgrzech możliwość przelania swoich emocji na tekst sprawia, że czujesz się lepiej. Masz kontakt z samym sobą.

Były momenty, gdy chciałoby się zapamiętać wszystko, każdy zapach, tembr głosu, wypowiedziane słowo, akcent. Gdy chciałoby się utrwalić rozmowę, z której wychodzisz poruszony. To jednak nie możliwe. Żadne zdjęcie, żaden opis nie zastąpi żywego spotkania.

Nasza opowieść nie jest sensacyjnym scenariuszem mówiącym o dwóch zakonnikach, którzy poczuli misję i udali się w rejony, gdzie katolicyzm jest wyznaniem mniejszości. Nie znajdziesz w niej opowieści o spektakularnych nawróceniach i o tym, jak wielką cenę musieliśmy zapłacić za obronę tego w co wierzymy. Może i tak byłoby wygodniej? Sytuacja jest klarowna. My lepsi, oni gorsi. Coś dajemy, oni biorą. Było zupełnie inaczej. Doświadczaliśmy ogromną ilość dobra, tylko ze względu na Niego. Czasem nawet miałem zawstydzające wrażenie, że Ci ludzie, nie uważający się za katolików, bardziej wierzą w moc modlitwy niż my sami…

Po tej podróży Kościół i świat wydaje się nam jeszcze bardziej prawdziwy, i tak fascynujący, że życia nie starczy, żeby go poznać na dobre.  To opowieść o tym, że otaczają nas ludzie przeniknięci dobrem, choć czasem chciałoby się ich spisać na straty. To historie o ludziach, którzy już dawno żyją Panem Bogiem, ale najczęściej o tym nie wiedzą. O nich mówił Jezus, kiedy nakazywał nie oceniać zbyt szybko. To o nich jest ewangeliczna przypowieść, kiedy wchodzą zaskoczeni do nieba.

Prawdopodobnie będą to długie wpisy i całkiem możliwe, że znudzą wielu z Was. Nie miejcie nam tego za złe. Spisany dziennik był przeznaczony głównie dla nas samych. Zaraz przed wyjazdem dostaliśmy wiele smsów i maili, w których obiecywano nam wsparcie i modlitwę. Teraz czujemy się zobowiązani, by podzielić się tą podróżą. Mocy modlitwy doświadczyliśmy bowiem w nadmiarze.

Zabierali nas ateiści, muzułmanie, prawosławni, świeżo wypisani z kościoła, buddyści, nauczyciele reiki, także katolicy. Tych ostatnich było najmniej. Były momenty, że śmialiśmy się na głos nie mogąc przestać, ale i takie kiedy ściszaliśmy głos słysząc kolejną wstrząsającą historię. Gdy widzisz blizny po odłamkach granatów na ciele, rozmawiasz z osobą, która na wojnie straciła nie tylko majątek ale i najbliższych, wówczas zapominasz o najmądrzejszej teologii.

Wszyscy Ci ludzie opowiedzieli nam swoje historie. Teraz one stały się częścią nas. Niektóre z nich mają po kilka zdań, o innych można by napisać całą książkę.

Dlatego tę podróż opisujemy, nie przez ilość przejechanych kilometrów, ani liczbę odwiedzonych miast, ale właśnie przez pryzmat napotkanych ludzi.

Posłuchajcie...


Przed domem Matki Teresy w Skopje, z siostrami Misjonarkami Miłości i Danielą.


Wpis pochodzi z dominikańskiego bloga: "Opowieści z betonowego lasu"




1 komentarz:

Łukasz Targosz pisze...

dla mnie ten wpis jest bardzo inspirujący :) planuje podróż stopem do Hiszpani w styczniu. Pomysł zrodził się jakoś niedawno, tak z głupa :) tak samo poprzedni wyjazd, do Wrocławia, dojechałem do Katowic, miałem stracha, nie patrzyłem na mapę ani raz w drodze, pojawiali się różni ludzie i samo się kręciło :) Bóg działał. :) Pewien pilot mi nawet chciał kawe kupić, skończyło się na redbulu, którego pamiętam do teraz. nie musiał mi nic kupować a jednak miał dobre serce :) Obcy ludzi zainteresowali się mną w Katowicach, jeden wziął ode mnie numer, bo się martwił :) to było niepojęte. :) prosze was o Modlitwe :) i powodzenia w dalszych wyzwaniach :)

Prześlij komentarz