czwartek, 6 października 2011

Autostopem do Matki Teresy - Dzień II

WĘGRY, SERBIA, KOSOWO











Gdy oceniasz ludzi, nie masz czasu ich kochać.
Matka Teresa



Piątek 12 sierpnia 2011. Dzień drugi.


Podobno żyjemy w czasach wolności.

Najpierw jest edukacja szkolna, która przypomina taśmę produkcyjną: uczniowie jadą po niej, jeden za drugim, w tym samym tempie, a nauczyciel wkłada im do głowy kolejne porcje wiedzy. Każdemu, po równo, każdemu to samo. Czy chcesz czy nie. Nie ma znaczenia tempo twojej pracy, osobiste predyspozycje. Powinieneś opanować partię materiału w terminie, na czas. Inaczej wypadasz.

Później przychodzi praca, a z nią kolejna rutyna. Tak szczegółowa, że przestajemy mieć wybór. Taśma produkcyjna jedzie dalej i to ona decyduje, co w danej chwili należy robić. Pojawiają się kolejne zasady, presja, zobowiązania, terminy do wykonania. Nie Ty decydujesz kiedy można się zatrzymać.

Po jakimś czasie okazuje się, że z tych ram nie ma już wyjścia.

Grunt pod nogami zaczyna się obsuwać. Dzień po dniu upływa w niepokoju. Świat staje się coraz bardziej płynny, niestabilny jak budowla z gęsich piór. Nigdy nie wiesz czy partner, mąż lub żona, nie zdecyduje się nagle powiedzieć „dosyć” i odejść, bo tutaj nie może się w pełni rozwijać. Problem należy wyciąć, jak nowotworową komórkę. Tak jest łatwiej, szybciej.

Wielkie firm zatrudniające setki pracowników już dawno wszystko wspaniale wymyśliły. Są praktyki, w których dyrekcja rutynowo, co pół roku, zwalnia jedną trzecią zatrudnionych. Nie dlatego, że akurat jedna trzecia źle pracuje, ale dlatego, żeby wszyscy wiedzieli, że ich praca nie jest przesądzona. Trzeba więc wychodzić ze skóry, dawać siebie sto dziesięć procent. Przecież liczy się efekt i skuteczność.

Autostop jest pewnego rodzaju szaleństwem. Wrodzeni w jakiś typ życia, gdzie wszystko musi być uporządkowane, wygodne, przewidywalne nie możemy wyobrazić sobie funkcjonowania bez tego. A przecież ludzie przez lata żyli ciekawie i sensownie, bez telefonu, lodówki, pralki, telewizora czy radia. Nawet bez komunikacji miejskiej.

„Musisz mieć to i to, żyć w taki a nie inny sposób” – słychać na każdym kroku. Prześladuje nas poczucie winy, jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi w jawny i publicznie uznawany sposób, jeżeli wyobrażamy sobie, że nie pasujemy do modelu szczęścia praktykowanego przez ogół. Człowiek o Jezusowej wolności odpowie: „Ja zrobię coś, co nie podlega waszym kryteriom i znajdę szczęście. Idąc drogami powszechnie aprobowanymi, nie można żyć własnym życiem”.

To  jedna z oznak przylgnięcia do Jezusa. Pojawienie się pytania, które człowiek sam sobie stawia: „Czy to ja zwariowałem, czy też oni wszyscy?” Naprawdę tak jest. Bo wszyscy jesteśmy stuknięci. Cały świat zwariował.
***
Bardzo prawdopodobne, że to była jedna z ostatnich naszych „wygodnych” nocy.

Wszystko dzieje się zbyt szybko. Wczesna pobudka, kameralna msza w klasztornej kaplicy, na kazaniu dzielenie się Słowem Bożym. „Z pokorą przyjmować to wszystko, co daje nam Bóg”.

Obiecujemy sobie, że jutro, gdziekolwiek będziemy, zaczynamy dzień bez pośpiechu. Inaczej przecież planowaliśmy. Żadnej presji, nic nie musimy. Musimy to jedynie umrzeć i w konsekwencji dostać się do nieba. Nic więcej. Resztę na plecy nakładamy sobie sami. To ostatni raz.

***
Po szybkim śniadaniu Tibor z Józefem wywożą nas na obrzeża Debreczyna. Prowadzi cygański głos węgierskiego GPS-a, którego największą zaletą są niecenzuralne słowa. Z głośnika wydobywają się przekleństwa i groźby:

- Już ja cię nauczę tego, czego twoja matka nie potrafiła! – ryczy przepity, gardłowy węgierski głos.

Cygańska postać chce dosadnie przekonać niezdecydowanych kierowców. Niestety na Tibora nie działa, mamy nawet wrażenie, że ten zaraz spowoduje wypadek. Węgierski dominikanin jest rozbawiony do łez i wciąż tłumaczy kolejne frazy na polski.

Do serbskiej granicy zostało ponad dwieście kilometrów. Kierunek Szeged.


***
Węgierka w średnim wieku
Ruch nie jest porywający, ale w końcu zatrzymuje się kwiaciarnia na kółkach. Przynajmniej tak wygląda to z zewnątrz. Wkładamy plecaki uważając na wszędzie obecne kwiaty. Ich intensywny zapach unosi się w powietrzu. Kobieta nie zna niestety angielskiego, a o polski nawet nie pytamy. Czasem jednak przypomni się jej jakieś słowo. Od czego jest także uniwersalny język znaków i gestów?

Węgierka jest uroczą, uśmiechniętą osobą, lecz niestety nieco nadtroskliwą. W swojej prostoduszności próbuje nas odwieźć na dworzec autobusowy. Coś przecież musiała źle zrozumieć. Do Macedonii autostopem? Czujemy się jak małe dzieci, które wpadły na nierozsądny pomysł.

- Autobus to najlepszy sposób podróży!  - powtarza kobieta.

Tyle zrozumieliśmy, ale teraz czeka nas żmudna próba wyperswadowania jej tego pomysłu.

Mądrzy pedagodzy mówią, że gdy rodzice są nad zbyt skupieni na swoich dzieciach, to te odczuwają to nie jako pomoc, ale jako uwierający ciężar. Wychowywanie to ciężka sprawa, do dziś nie mogę wyjść z podziwu, że moim rodzicom się jakoś udało. Nie kończyli wychowawczych kursów, ale zawsze intuicyjnie dawali nam przestrzeń wolności. Pamiętam gdy mama będąc już zupełnie bezradna, kropiła mnie i brata  „wodą święconą” wypędzając złe duchy. Kiedyś się z tego śmiałem, a teraz wspominam z sentymentem. A przecież było co wypędzać… Podbite oczy od podwórkowych bijatyk, zdarte kolana, pierwsze zapalone papierosy, strzały z procy, wybite okna, setki godzin opuszczonych w liceum i coroczne błagania przed końcem roku, by jednak z „nagannego” zachowania zrobić na świadectwie „nieodpowiednie”. To były czasy. Dzieciństwo miało swój urok.

Tylko, że teraz dziećmi już nie jesteśmy, a z dworca będziemy musieli znowu wyjechać poza miasto. A może naszej uśmiechniętej węgierce chodzi po prostu o to, że księżom nie wypada podróżować w ten sposób? Trudno ustalić.

Na szczęście w końcu się dogadujemy.

Jedziemy słuchając przebojów lat 80-tych i wciągając w nozdrza wszędzie obecną woń kwiatów. Co jakiś czas uśmiecham się i kiwam głową słysząc jakieś węgierskie słowa, a nasza automobilistka odwzajemnia się tym samym, wtrącając tylko kolejne wyrazy, kompletnie dla nas nie zrozumiałe. Ot, sympatyczna konwersacja polsko-węgierska. 
***
Przesiadka w niewielkim miasteczku. Jest po dziewiątej, słońce zaczyna świecić coraz jaśniej. Mijamy otwarty niewielki kościółek. Ksiądz samotnie odprawia mszę świętą. Nie, źle spojrzeliśmy. Nie jest sam. W ostatniej ławce siedzi jedna, starsza już wiekiem kobieta.

***
Waldek
Nareszcie pierwszy tir w ciągu tej podróży. Kierowcą okazuje się Polak mieszkający pod Łodzią. Jest zaskoczony, że trafił na krajanów. Waldek nosi długie baki i jest szalenie pogodnym człowiekiem. Wygląda jak macho ze starych amerykańskich filmów.

Szybko ładujemy do wysokiej kabiny plecaki, uważając by nie nadepnąć kierowcy na netbooka, pełniącego funkcję GPS. A jednak porozmawiamy sobie po polsku. Kładę się na wygodnym łóżku, rozprostowując plecy i życząc sobie, by ta chwila trwała jak najdłużej.

Waldek jedzie do Bukaresztu, więc przez chwilę zastanawiamy się nawet, czy nie skierować swoich kroków do Rumunii.

- Bóg ukarał Węgrów za ten język – twierdzi.

Ciężarówkami jeździ od kilkunastu lat. Kilka razy objechał Europę. Niewiele go już dziwi, również i lęku u tego człowieka nie zaznasz.

- No, może tylko jednej rzeczy się na Węgrzech boję - mówi bardzo tajemniczo - rangersów. Bywają czepialscy.

To polski przydomek węgierskiej policji, od węgierskiego słowa rendorsegi.

O rangersach ma nienajlepsze zdanie i twierdzi, że „wszyscy biorą”, - A Ukraińcy to już się nie mówi.

Opowiadam historię, usłyszaną w Polsce kilka lat temu, od jednego z kierowców ciężarówek.

Przejeżdżając przez Ukrainę na drodze zatrzymała go policja. W przednim świetle zgasła mu żarówka, czego biedak nie zauważył.

- Będzie mandacik, nie ma pan przedniego światła – mówi policjant.

Polski kierowca próbuje się bronić mówiąc, że nic o tym nie wiedział, że prosi o pouczenie i że to bez jego winy.

- Nic mnie to nie interesuje – mówi stanowczo policjant - proszę nas zrozumieć, odpowiadamy tutaj za bezpieczeństwo, i tylko dlatego pana zatrzymujemy.

Nagle zza zakrętu wyjeżdża samochód na ukraińskich numerach. Jedzie całkowicie bez świateł. Funkcjonariusz nawet nie zwraca na niego uwagi. Polski kierowca jest zdezorientowany.

- Panowie, to nie fair. Mnie zatrzymujecie, gdyż zgasło mi jedno światło o czym nawet nie wiedziałem, a tutaj przejeżdża wasz człowiek, całkowicie bez świateł, i nawet nie reagujecie?

- Co się pan martwisz. On drogę zna! – tłumaczy zupełnie niespeszony policjant.

Waldek kiwa ze zrozumieniem głową, po czym opowiada sytuację przed kilku tygodni, mającą świadczyć o tym, że coś jednak się zmienia.

- W tym roku ukraińskimi drogami przejeżdżał Belg. Kiedy został zatrzymany przez policję ta zażądała od niego łapówki. Belg zamiast zapłacić, błyskawicznie skontaktował się ze swoją ambasadą. Teraz ukraiński policjant ma mieć sprawę w sądzie i straci pracę.

Kiedy wracając do Polski, ową historię opowiadaliśmy innym polskim kierowcom, kręcili głowami z niedowierzaniem. Nie wiem czy ze względu na naszych wschodnich sąsiadów czy może na „bezczelną zuchwałość” owego Belga.

Wysiadamy przy rondzie. Naszemu rodakowi życzymy spokojnej drogi, bez spotkań z rangersami.


***
Zoltan
Potężny Węgier znający zaledwie kilka słów po angielsku. Pyta nas o drogi w Polsce, jednak jedzie zaledwie kilkanaście kilometrów. Znowu musimy więc wysiąść.

Jedziemy więc małymi odcinkami, po dziesięć, trzydzieści kilometrów, ale przynajmniej w kierunku granicy. Mijamy małe miasteczka, gdzie życie toczy się spokojnie i leniwie. Podróż mija wolniej, ale za to znacznie przyjemniej, niż na drodze szybkiego ruchu.  Po kilku minutach zatrzymuje się

Iwa
Szalenie sympatyczna kobieta z tatuażem na wychodzącym aż na szyję. Jedzie wraz z dwójką  kilkuletnich pociech. Dzieci w życiu widziały już wiele: niedźwiedzia, tygrysa, żyrafę, ale takich białych okazów na drodze to chyba jeszcze nie. Maluchy siedzą więc milczące w samochodach przypatrując nam się z wyraźnym zaciekawieniem.
- Spójrz, zachowują się porządniej niż bracia na nieszporach – wtrąca złośliwie Maciej.

Kiedy Iwa dowiaduje się ze naszym celem jest Macedonia uśmiecha się szeroko i patrzy na nas z niedowierzaniem. Jakby chciała powiedzieć: „Po co jechać tak daleko?”

Przejeżdżamy kolejne 20 km, niby niewiele, ale jednak. Jest coraz bardziej gorąco, a my zaczynamy robić się głodni. Na pożegnanie Iwa, jakby czytając w naszych myślach, wręcza chrupiące bagietki. Prosty gest, a dla nas niczym dar z nieba. Cenniejszy tym bardziej, gdyż nie posiadamy ze sobą forintów, by kupić cokolwiek.

Przypominają się słowa Matki Teresy, która mawiała, że nie ma na tym świecie ludzi, którzy nie mają nic, czym mogliby się podzielić. Nie masz wiele? Daj ile możesz. Jeśli zrobisz to z miłością, taki gest jest najcenniejszy.

Dzieciom Iwy dajemy obrazki z ikoną Dominika. Przyglądają się im z zainteresowaniem. „Pokój z Tobą” – mówimy. To jedno z niewielu słów, jakie znamy po węgiersku, dla kobiety są one sporym zaskoczeniem.

***
Bagietki smakują wyśmienicie. Można dostawać sporo, ale nie często ktoś swoim prezentem trafia w dziesiątkę nawet o tym nie wiedząc. Dostajemy niewiele, ale czujemy się jak Izraelici, którym nagle z nieba spadła manna.

By oszczędzać siły robimy dyżury. Od ciągłego trzymania ręki w górze zaczyna ona drętwieć. Teraz moja kolej. W tym czasie Maciej czyta na głos fragmenty apokryfów, w którym to młody chłopak biegnąc wpadł niespodziewanie na nastoletniego Jezusa. Niestety, upadł martwy na ziemię – dodaje autor pisma. Słowo „niestety” jest jednak moim dodatkiem.

Stoimy kolejną godzinę. Samochodów niewiele. Utknęliśmy w małej wiosce. Ruch jest znacznie mniejszy, ale za to przyjaźniejszy teren, niż na szybkiej autostradzie. Coś za coś.
- Zauważyłeś że Węgry pachną na słodko? – wtrąca nagle Maciek. No cóż, chyba mam katar…

Jest popołudnie, słońce praży niemiłosiernie, a my coraz bardziej robimy się senni. Nagle zatrzymuje się Iwa, nasza węgierska znajoma, z sympatycznymi dziećmi. Te machają do nas otrzymanymi obrazkami.

Niespodziewanie węgierka wręcza reklamówkę świeżych bułeczek oraz butelkę mrożonej wody. Okazuje się, że właśnie wraca z zakupów, pomyślała też o nas…

Nic o tej porze nie może smakować lepiej. Obiad pojawia się sam.
- To znak żebyśmy się nie zniechęcali - komentuje Maciek.


***
Mija już kolejna godzina stania. Mijają nas samochody, ale chyba mają inne plany. Z nudów łapiemy motor, rower.

„Gdy stoisz zbyt długo, nie martw się. Czekasz bowiem na właściwą osobę” – brzmi kolejna zasada autostopowicza. Łatwo powiedzieć...

Przypomina się sytuacja sprzed lat. Jeden młody kierowca z terenów Dolnego Śląska podwoził mnie do Krakowa. Wracając późnym wieczorem z pracy, zauważył nagle leżącego na środku ulicy człowieka. Wystraszony zatrzymał samochód. Okazało się, że leżącą na wznak osobą jest trzydziestoletni Szkot. Biedak po sześciogodzinnym oczekiwaniu, z desperacji położył się na asfalcie. Kierowca zabrał go więc ze sobą, a w ramach wdzięczności przygrywał mu całą drogę na kobzie.

Może więc położyć się na ulicy? Człowiek w sytuacjach krańcowych, jest gotowy na wiele.

Posuwamy się bardzo wolno. W ciągu czterech godzin przejechaliśmy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. Jak tak dalej pójdzie do Skopje dojedziemy za kilka dni, jeśli w ogóle…

Nagle…

Poli
Błyszcząca terenowa toyota zatrzymuje się z piskiem opon. Dzięki Ci Panie. Kierowca jest postawnym i dobrze ubranym mężczyzną. Nosi jasną rozpinaną koszulę, na szyi zaś złoty łańcuch. W samochodzie przyjemny chłód klimatyzacji. Poli pyta czy znamy rosyjski. Niestety, nie znamy. Rozmawiamy więc łamanym angielskim. Kierowca wkłada do odtwarzacza płytę CD i podkręca potencjometr. Z głośników wybrzmiewa cygańska muzyka. Kierowca głośno gwiżdże: „gut roma miuzik”.

- Będę musiał wstąpił do restauracji – mówi nagle Poli – jednak będzie to krótki postój.

Nasza toyota skręca więc z głównej drogi wjeżdżając w las. Zatrzymujemy się na parkingu przy malowniczo położonej restauracji. Sporo zaparkowanych samochodów. Budynek jest z drewna, obok drewniane stoliki z zadaszeniem. Dookoła zieleń i przyjemny cień, dający schronienie podczas dzisiejszych upałów. Poli wita się z wszystkimi pracownikami, a do jednego z nich mówi coś po węgiersku. Pojawia się kelner pytając jakie mamy zamówienie:

- Kawa, sok, coś do zjedzenia? – pyta.
- To restauracja typowo węgierska – tłumaczy Poli – świetne jedzenie, doskonałe napoje. Zróbcie sobie przerwę.
- Nie mamy forintów – tłumaczymy nieco zakłopotani. Wolelibyśmy uniknąć nieporozumień.

Obsługa wybucha śmiechem.

- No problem! To on tu jest szefem - mówi kelner wskazując na naszego kierowcę.

Po węgierskich bułkach od Iwy nie czujemy się głodni, więc zamawiamy krzepiące napoje. Maciej bierze wymarzoną kawę, ja zadowalam się pomarańczowym sokiem. Jest także okazja skorzystać z toalety, orzeźwić twarz i wymyć ręce.

Robimy pamiątkowe zdjęcie rozdając pracownikom ikony. Poli prosi o modlitwę za swoje dorastające córki.

***
Istnieje kilka wariantów podróżowania autostopem. Można wybrać autostradę, lub mniej uczęszczaną drogę pomiędzy miastami i wioskami. Podróż jest wówczas dłuższa, kilkoma samochodami przejeżdża się zazwyczaj po kilkanaście kilometrów. Odcinek Debreczyn – Szeged pokonujemy drugim wariantem. Powoli, z mozołem, ale jednak zbliżamy się do granicy.

Po takich spotkaniach jak to ostatnie znowu okazuje się, że warto było czekać. Jak w życiu. Nie dostajemy wszystkiego od razu. Bóg daje nam drobne rzeczy, abyśmy później umieli Mu zaufać w wielkich. Te drobne momenty warto pamiętać i  przypominać sobie, gdy nasze czekanie wydłuża się za bardzo.

***
Viola
Drobna, uśmiechnięta brunetka, świetnie mówiąca po angielsku. Ma bardzo kobiecy głos, a kiedy mówi, wciąż się uśmiecha, co również udziela się i rozmówcy. Robi tak nawet załatwiając interesy przez telefon. Pracuje jako przedstawicielka handlowa znanej firmy produkującej jogurty.

Viola daje nam wybór, wysiądziemy przy najbliższym sklepie, albo zwiedzimy wszystkie na przestrzeni 50 km, w których załatwia interesy Wybieramy drugą możliwość. Proponujemy Violi nową akcję marketingową: „Mnisi już piją jogurty, a Ty?”.  Ale chyba nie jesteśmy przekonywujący.

Objeżdżamy z nią okoliczne sklepy. Viola załatwia interesy, wpisuje w arkusze kolejne cyferki, a my w tym czasie mamy dziesięciominutowe przerwy. Poznajemy kolejne węgierskie miasteczka i wioski. To prawdziwy urok podróży autostopem.

- Staliście się lokalną sensacją – mówi dziewczyna wsiadając do samochodu.
- Viola, może i w to nie wierzysz, ale jesteśmy przekonani, że Bóg wciąż opiekuje się każdym człowiekiem. Dzisiaj na naszej drodze podesłał nam właśnie ciebie.

W trakcie podróży stawia pytania, o naszą drogę do zakonu, o klasztorny styl życia, o miłość. Odpowiedzi słucha z uwagą i wciąż o coś dopytuje. Okazuje się nie być chrześcijanką. Zresztą trudno jej zidentyfikować się z jakąkolwiek religią. To jedna z osób, które można by określić jako „bezwyznaniowe”.

- Szukam trochę w buddyzmie, nieco w hinduizmie - stwierdza.

Ciekawe doświadczenie, spotykać ludzi, którzy nawet nie potrafią określić swojej religii. W Polsce to jeszcze rzadkość. Można zupełnie nie praktykować, a w kościele pojawiać się od chrztu dziecka do jego bierzmowania, ale i tak w tabelce „wyznanie” wpisuje się: „katolik”. Tu jest inaczej.

- Jestem zaręczona, w przyszłym roku planujemy ślub - zwierza się dziewczyna.  - A wy, powiedzcie czy jesteście szczęśliwi? - pyta nagle.

Pytanie o szczęście słyszmy po raz kolejny od naszych kierowców.

Na pożegnanie dajemy ikonę przyjaźni wyjaśniając jedną z jej interpretacji. „Dobra przyjaźń to nie wpatrywanie się w siebie, lecz patrzenie w tym samym kierunku”.

Dziewczyna uśmiecha się ciepło,

***
Idziemy na drogę przechodząc przez łąkę pełną wysuszonych traw i wystających badyli. Rozmawiamy o poznanej dziewczynie.

- Wiesz, to nie jest problem, gdy człowiek chce więcej i więcej. Sytuacja zaczyna się jednak komplikować, gdy mamy już wszystko, o czym marzyliśmy, ale nie czujemy się ani szczęśliwi, ani spełnieni – twierdzi Maciek.

***
Do wyczekiwanego Szeged zostaje 20 kilometrów. Jedziemy zbyt wolno, na kolejne samochody czekamy nawet po kilka godzin. Może więc nie mamy szczęścia do wielu rzeczy, ale do jednej na pewno. Do ludzi.

***
Miklos
Po niespełna dwóch minutach zatrzymuje się toyota.
- To na Węgrzech nikt nie zabiera autostopowiczów, więc dlatego się zatrzymałem – ten tekst słyszymy dzisiaj po raz kolejny. – Może jesteście dla mnie zesłani od Boga, więc musiałem was zabrać?

Teza bardzo nam się podoba, choć akurat uważamy tak samo o naszym rozmówcy, o czym mówimy, wywołując u niego szeroki uśmiech.

Miklosz skazuje się być kalwinem, ale była żona jest katoliczką z Rybnika.

- To wspaniała kobieta, niestety jesteśmy już po rozwodzie – wyjaśnia.
Rozbitego małżeństwa bardzo żałuje i ma się nawet wrażenie, jakby tęsknił za żoną. Jest pracownikiem naukowym ma uniwersytecie w Debreczynie. Opowiada o swoich religijnych poszukiwaniach.

- Można się interesować innymi religiami - mówi Miklosz - ale warto sobie uświadomić że z inną religią wiąże się zupełnie inna kultura i spojrzenie na człowieka, na świat. Europejczyk nigdy nie zrozumie dobrze buddyzmu lub hinduizmu.

Już któryś raz mamy przeświadczenie, że kolejny kierowca kontynuuje wątek lub odpowiada na pytania które zadał nam ktoś wcześniej.

Kiedy Miklosz dowiaduje się, że wczoraj wyjechaliśmy z Krakowa stwierdza, że musimy być szczęściarzami. Zatrzymuje się w restauracji i na stacji benzynowej pytając o najlepszą trasę, a potem zawozi nas daleko za miasto, aż pod samą serbską granicę. Do swojej drogi dokłada ponad dwadzieścia kilometrów.

Dziękujemy i sięgamy do kieszeni chcąc dać mu obrazki prymicyjne. Miklos krzyczy:

- No money! No money! – jednak szybko uspokaja się po spojrzeniu na Ikonę Przyjaźni i oblicze Chrystusa.

Tak żegnają nas Węgry.
***
Na serbskiej granicy długa kolejka samochodowa. Na szczęście nie musimy w niej stać. Tradycyjnie już swoim ubiorem wywołujemy poruszenie. Ludzie czekający na swoją kolej machają rękoma. Spotykamy kilku Polaków, pozdrawiamy i kierujemy się do odprawy paszportowej.

Celnicy żartują, zadając kilka rutynowych pytań. Dostajemy nowe pieczątki. Nareszcie wita nas Serbia.

Po przekroczeniu granicy, decyzja na postój. Mamy jeszcze bułki, otrzymane od Iwy. Nagle podjeżdża samochód przypominający naszą starą ładę, a w nim serbski policjant:

- Panowie, to nie jest bar i miejsce na piknik, tylko granica.
Pewnie obawia się, że nakruszymy.
- Daleko jedziecie? Gdzie macie samochód? – pyta dalej.

- Zaraz coś złapiemy – odpowiadamy.

Policjant macha ręką i odchodzi do pobliskiego komisariatu. Przed nami kilometr marszu. Ruszamy do najbliższej stacji benzynowej.

Serbski patrol przy granicy z Węgrami. Niestety, policjant nie chciał nas podwieźć.

***
Czekamy przy autostradzie, aby dostać się do Belgradu. Rozpędzone samochody nie rodzą nawet złudzeń, że któryś może się zatrzymać .

Okolice może i niezbyt piękne, ale za to można przemierzyć kilkaset kilometrów jednym pojazdem. Dlatego, gdy zatrzymał się Serb mówiąc, że po kilkunastu kilometrach zjeżdża z autostrady, szybko rezygnujemy. Czekamy dalej. Mamy już w tym pewną wprawę.

Mijają dwie godziny, a oprócz życzliwych uśmiechów nic konkretnego.

W nieszporach św. Piotr pisze: „Wszystko co wystawia wiarę na próbę traktuj jako zbawienne bo to rodzi wytrwałość”.

Jest coraz bardziej późno. Zaczynamy tracić nadzieję na dzisiejszą podróż. Bierzemy do ręki różaniec. „Chwała ojcu i synowi” – kończymy ostatnią tajemnicę i po kilkunastu sekundach zatrzymuje się serbski samochód.

***
Zoli i Miki
- Jedziecie do Belgradu?
- Nie, zaledwie trzydzieści kilometrów, a potem skręcamy.
- Wszystko nam jedno. Byle tylko wyrwać się z tej stacji. Wsiadamy. – Mamy już dosyć stania w tym miejscu.

Zoli i Miki. Ojciec z synem. Wracają właśnie z Węgier, gdzie dwudziestokilkuletni Miki pracuje jako informatyk, Zoli natomiast układa słodkie tabliczki w serbskiej fabryce czekolady.

- Czy to prawda że ludzie tam pracujący nie lubią czekolady? - pyta Maciej.
- Tak – odpowiada Zoli.
- Tak samo jak ludzie mieszkający nad wodą nie potrafią pływać, a ludzie z gór nie chodzą po nich - dodaje z przekąsem Miki.

Chłopak świetnie mówi po angielsku i ma rzucający się w oczy kolczyk w brwiach. Przyznają się, że są katolikami.

Robi się późno, a my wciąż jesteśmy na autostradzie.

- Skręcacie razem z nami na podmiejskie drogi, czy wolicie, by wysadzić was przy kolejnej benzynowej stacji na autostradzie? - Zoli pyta o decyzję.
- Spróbujemy dalej autostradą. Mamy już dosyć kilku godzinnego stania przy serbskiej granicy i poruszania się po kilka kilometrów.
- Jasne - uśmiecha się Miki - Bez ryzyka nie ma gry.

Maciek stwierdza, że gdyby został biskupem, ten angielski idiom wpisałby sobie zaraz poniżej herbu.


***
Robi się zmierzch, a my stoimy przy kolejnej już dzisiaj stacji benzynowej. Obok uprawne pola, w pobliżu żadnych domów. Czy to ma być dla nas dzisiejszy nocleg?

Dajemy sobie jeszcze pięćdziesiąt minut szansy, ustalając limit do dwudziestej pierwszej. Trudno, jeśli nic nie złapiemy, szukamy miejsca na nocleg. Deszczu na szczęście nie ma, więc możemy spać pod gołym niebem. W plecakach mamy bananową kaszkę, trochę bakalii oraz butelkę wody -  więc zorganizujemy smaczną kolację. Mimo to, czujemy się nieco zawiedzeni. Udało się wprawdzie przekroczyć serbską granicę, ale teraz znowu kluczymy.

Do godziny „zero” zostaje trzy minuty. Czujemy się zrezygnowani, dopada jakiś dziwny marazm połączony z poczuciem zniechęcenia.

W tym wszystkim najgorsze jest dla mnie to uczucie bezradności i świadomość, że nic więcej zrobić nie można. Stoisz na otwartej przestrzeni, do najbliższych mieszkalnych domów jest kilka kilometrów i nie masz wyjścia, musisz zaufać.

Na dzisiaj trzeba dać sobie spokój. Szkoda, gdyż mieliśmy nadzieję na zrobienie dłuższej trasy. Jest już noc. Tylko światła mijanych samochodów i biały księżyc sprawiają, że nie musimy używać latarek.

Trudno, czeka nas więc nocleg, gdzieś pośród serbskich pól. Nie wszystko poszło dzisiaj po naszej myśli? To smutne. Ale przecież nie ma sensu teraz zagłębiać się w rozmyślanie, jak bardzo jesteśmy pokrzywdzeni. Trzeba wsiąść się w garść. To życie, ten czas, który mamy, jest również ważny.

Tylko, że to wciąż kolejne mądrościowe formułki. Powiedzmy sobie szczerze: jest zawód.

- Podobno Bóg przychodzi piętnaście minut za późno – mówię Maćkowi.
- No tak, ale dobrze się o tym mówi na kazaniach. Nie łatwo jest wytrwać, gdy wydaje się, że wszystko stracone  – odpowiada cicho.

Zostaje trzydzieści sekund.

- Boże, proszę nie rób nam wstydu! – mówię w końcu zdesperowany, czując zupełną bezradność.

Nikt nas nie słyszy. Tylko świecący księżyc, nieco gwiazd i szum wiatru pędzących samochodów.

Maciek uśmiecha się, ale widać, że na dzisiaj ma również dosyć.

– Trudno, widocznie On lubi przychodzić za późno. Szkoda, że akurat nie do nas…

W tym momencie rozlega się dźwięk klaksonu. Widzimy cofającego się czarnego terenowego mercedesa na niemieckich numerach.

Bierzemy plecaki śmiejąc się na głos. Takie historie zdarzają się tylko w katechetycznych książkach.


***
Leon i Idryz
Z tylniego siedzenia szybko zbieramy przenośny komputer i kilka kartonów z rzeczami, by zrobić miejsce na plecaki. Nasi dobrodzieje okazują się być muzułmanami. Idryz i Leon mieszkają w Niemczech i są rodziną. Leon ma szesnaście lat, wygląda i mówi bardzo dojrzale jak na swój wiek. Dobrze też zna język angielski. Idryz jest jego ojcem, angielski zna słabiej, więc często prosi syna o tłumaczenie.

- Jedziecie do Belgradu? - pytamy.
- Tak będziemy mijać Belgrad.
To świetnie, uda nam się jeszcze dziś zrobić ponad dwieście kilometrów.
- Naszym celem jest Prisztina - słyszymy.

Szybkie spojrzenie na mapę. Kosowo. Nie planowaliśmy jechać przez to państwo, jednak szybko okazuje się, że stamtąd będziemy mieć jeszcze bliżej do upragnionej Macedonii, Pristina to lepszy cel.

- Czy możemy z wami jechać do końca? – pytamy raz jeszcze.

Pytaniem budzimy jednak podejrzliwość. Skąd ta nagła zmiana planów? Niespodziewanie w samochodzie robi się nerwowa atmosfera. Zawisła jakaś niezdrowa cisza, jakby nagle ktoś wyłączył dźwięk. Idryz zaczyna się denerwować i mówi coś bardzo szybko do swojego syna po niemiecku. Nie rozumiemy co się dzieje.

Dochodzi godzina dwudziesta druga, jest już ciemno. Pędzimy po autostradzie, obok same pola, zabudowań niewiele.
- Jaką mam gwarancję, że naprawdę jesteście tym, za kogo się podajecie? – pada nagle pytanie.

Niespodziewanie zaczyna się seria pytań, mająca nas uwiarygodnić. Zaczyna się teleturniej, a nagrodą jest nasze przetrwanie w tym samochodzie. Pada pierwsze pytanie, które zaskakuje nas zupełnie.
- Kogo pokonał w XVII wieku polski władca?

To były czasy podstawówki, no może liceum kiedy o tym słyszeliśmy, teraz pamiętamy jedynie szczątki.

- Chodzi o Turków? – zastanawiamy się wspólnie – Jan III Sobieski? – dodaję niepewnie.
- Tak, macie rację. Jan III Sobieski przeprowadził jedną z najbardziej imponujących operacji wojskowych, a później wyzwolił kilkadziesiąt tysięcy osób spod tureckiej niewoli, samemu dysponując znacznie mniejszą armią – wyjaśnia Idryz.

Kolejne pytania dotyczą naszego zakonu, ilości klasztorów, trybu życia, a nawet naszego stosunku do islamu.

- A czy posiadacie dokumenty świadczące, że jesteście tym za kogo się podajecie?

Sytuacja wydaje się komiczna. Niemcy, na dodatek deklarujący się jako wyznawcy islamu, sprawdzają nam celebrety, co w katolickiej Polsce nie zdarzyło nam się jeszcze nigdy. Na szczęście wzięliśmy ze sobą. Wyciągam rękę pokazując Leonowi niebieski laminowany dokument, wydany przez naszą prowincję.

W duchu dziękuję Michałowi, który początkiem lipca podesłał do klasztoru aktualny celebret. Myślałem nawet, że się nie przyda.

Chłopak podaje go ojcu mówiąc, że wydaje się być wiarygodny.

Atmosfera się w końcu rozluźnia. Idryz przeprasza mówiąc, że musiał się upewnić, gdyż w tym rejonie kręcą się różni ludzie..

- Po Kosowskiej wojnie należy mieć ograniczone zaufanie do każdego człowieka – twierdzi.

Pytają czy jesteśmy głodni, a zaraz potem proponuje przełożyć nasze ciężkie plecaki do bagażnika.

- Zabierzemy was do Prisztiny, ale czeka nas długa droga, więc musi być wam wygodnie. Z Prisztiny to już bardzo niedaleko do Skopje. Musicie mi jednak obiecać, że będziecie się za nas modlić, a szczególnie w dwóch intencjach.
I bez tego będziemy – mówimy.

Leon trenuje piłkę nożną w Salzburgu niedaleko Monachium. Jest bramkarzem. Jego trener mówi, że ma wielki talent. To pierwsza intencja do naszych modlitw. Drugą mamy poznać za kilka godzin.

- Jak już będę sławnym piłkarzem to obiecuję, że was zaproszę do siebie – mówi.
- Dobrze, przypomnimy się wówczas.
- Macie konto na Facebooku?
- Niestety.
- Ale telefony macie, więc jesteście dość nowoczesnymi księżmi.
- Pracując z ludźmi trudno jest dzisiaj bez tego funkcjonować – tłumaczę.
- Szkoda, że nie macie fejsbukowego konta. Dam wam zatem do siebie adres e-mail – mówi Leon. 

Matkę Teresę szanują i cenią. Mówią, że zarówno w Macedonii jak i w Albanii należy szukać informacji związanych z tą świętą wyłącznie od katolików lub... muzułmanów.

- Prawosławnym nie ufajcie, bo na jej temat kłamią! – mówią. – A to była święta osoba. Nie wiem czy znacie zarzuty na jej temat. Wyszły książki oskarżające Matkę Teresę o jej działalność. Krytykowano standard obsługi medycznej, wiele osób umierało. Słyszeliście o tym?
- Słyszałem, ale nie miałem okazji się zapoznać się z zarzutami – odpowiadam czując się nieco zaskoczony przebiegiem rozmowy.
-  Myślę także, że jeśli pracuje się z osobami terminalnie chorymi, trudno nie stykać się ze śmiercią – dodaje Maciek.
- My mamy do Matki Teresy ogromny szacunek. Sam jestem  gronie jej sympatyków i jeśli mogę wspieram ubogich – wyjaśnia Idryz.

Sam pochodzi z Kosowa. Przez lata walczył o niepodległość dla tego kraju. Obecnie mieszka tam jego żona i cała rodzina.
- Jestem dumny ze swojego ojca – stwierdza Leon.

O skomplikowanej historii bałkańskiej chcą nam przekazać jak najwięcej. Słyszymy o wojnie, ludobójstwie i zbrodniach Miloszevicza. Pytają także co myślimy o muzułmanach?
- Nie znamy zbyt wielu, więc trudno nam coś powiedzieć. Najczęściej słyszy się jednak o terrorystach, którzy przyznają się do Islamu.
- Widzicie, bo w każdej religii znajdują się ekstremizmy i to niestety smutne, że religii używa się jako oręża przeciwko drugiemu człowiekowi. 

Jest pełnia księżyca. Zza szyby samochodu oglądamy Belgrad słuchając serbskiej i albańskiej muzyki.

- To podobny, słowiański język więc pewnie rozumiecie? – pyta Idryz.
- Trochę – wyrywa mi się, bo przecież słyszałem, że to ta sama grupa językowa.
- Naprawdę coś z tego rozumiesz? – pyta szeptem zdziwiony Maciek.
Wsłuchuję się uważniej. Oczywiście, nie rozumiem niemal nic. 

Jest już po północy. Maciej zapada w sen. Leon wypytuje mnie o muzyczne gusta, jest bardzo ciekawy w jaki sposób żyją zakonnicy.

Rozmawiamy o zmarłej Amy Winehouse, Michaelu Jacksonie, rockowych zespołach, niemieckim jazzie i reggae, a także o hip-hopie, który Leo również lubi.

Wyjaśniam mu, że dwóch czołowych polskich raperów jest muzułmanami. Mają doskonałe teksty i często odwołują się do wiary i Boga.
- Szkoda, że śpiewają tylko po polsku –  pada odpowiedź. 

Podczas podróży wciąż pytają czy nam czegoś nie potrzeba. „Jesteście głodni?” „Nie jedziemy za szybko?”, „Czy nie przeszkadza wam jak zapalę?”.

Na stacji benzynowej robimy postój na rozprostowanie kości. Przy okazji słyszymy kilka cennych rad.

- Wizerunek księdza: nosi koloratkę. Uważajcie, bo niektórzy ludzie pomyślą, że jesteście agentami katolickiego CIA. W krajach, w których większość stanowią muzułmanie habit dla ludzi jest czymś nowym.

- Nie ufajcie nikomu na Bałkanach. Ludziom chodzi o pieniądze – słyszymy ostrzeżenie.

W takich momentach zawsze włącza mi się spora dawka sceptyzyzmu. Przecież tak samo jak mamy wbudowane wszystko, co umożliwia nam czynienie rzeczy niemądrych, tak samo mamy wbudowane wszystko, co umożliwia nam czynienie dobra. Jedynie od nas zależy z czego chcemy korzystać.

Idriz wychodzi skorzystać z toalety, a Leo nagle ścisza głos.

- Mojego ojca zżera nowotwór. Ma raka trzustki. Musicie się modlić.

***
Po trzeciej nad ranem przekraczamy kosowską granicę i dojeżdżamy do Prisztiny. Mijamy katedrę w stolicy pod wezwaniem bł. Teresy z Kalkuty.

- To najmłodszy kraj na świecie, zaraz obok Sudanu Południowego – objaśnia Leon.

Na pożegnanie dostajemy reklamówkę świeżo kupionych hamburgerów w pobliskim fast foodzie oraz coca-colę do picia. 

Żegnamy się z naszymi niemieckimi znajomymi, zostawiając nasze obrazki. Idryz jeszcze raz prosi o modlitwy. Obiecujemy napisać i odprawić w ich intencji mszę świętą.

„Nie martw się jeśli czekasz na drodze po kilka godzin. Widocznie czekasz na tą właściwą osobę” - brzmi kolejna zasada autostopowicza.

***
„W tym szaleństwie jest metoda” - lubi mawiać Marek, nasz dominikański współbrat z Korbielowa. Intuicyjne wyczuwałem mądrość tego zdania. Kiedy przestaniesz koncentrować się na swoich pomysłach, wówczas Bóg pokazuje swoje.

Ta wyprawa, od samego początku była niepoważna. Zostawiliśmy całkowicie swoje plany. Żadnych ustalonych noclegów, terminów, że musimy gdzieś być na czas.

Jedynie cudowna wolność w sercu i świadomość, że im dalej jedziemy, tym coraz trudniej będzie się wycofać.

Jezus jakby wciąż mówił: „Nie martwice się o jutro, zostawicie to za sobą. Wszystko już dawno przygotowałem. Teraz macie jedynie nie przeszkadzać i czekać na właściwych ludzi”. O tej porze mieliśmy spać przecież pod Belgradem. Kosowa nie było w planach, wydawało się zbyt niebezpieczne.

Widocznie nie my w tej podróży jesteśmy najważniejsi. Widzimy zaledwie jeden krok, więcej nie możemy dostrzec. Dopiero po przejściu jednego, odsłania się kolejny. To nie łatwy sposób chodzenia.

***
Jest chłodno i ciemno. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdujemy stację benzynową. Na parkingu spostrzegamy zaparkowany autobus, więc chowamy się za nim robiąc bazę na trawie. Jest czwarta nad ranem. Przerwa na śniadanie i krótki postój. Wieprzowina od braci muzułmanów i cola smakują wybornie.

Prisztina. Niepodległe Kosowo, o którym z dumą opowiadali nasi niemieccy znajomi. Sytuacja ekonomiczna ale i  polityczna jest tu bardzo skomplikowana. Sąsiednia Serbia to  jedno z tych państw, które Kosowa nie uznają.

Przekraczając kosowsko-serbską granicę z niewłaściwej strony, możesz zostać aresztowany pod zarzutem nielegalnego przebywania na terytorium Republiki Serbii. A już na pewno zostaniesz zatrzymany przez tamtejszą policję zaledwie kilkaset metrów za paszportową odprawą. I cóż z tego, że w paszporcie masz wbitą pieczątkę "Republika Kosoves", skoro dla Serbów takiego państwa zwyczajnie nie ma?

Bałkańskie miasto budzi się ze snu, a my o nim marzymy... Jest bardzo chłodno więc zakładamy cieplejsze rzeczy i owijamy się śpiworami, czekając na wschód słońca. Nie ma warunków na sen. Ten musi poczekać, a jeśli przychodzi jest niespokojny i urywany. Za to Skopje coraz bliżej.

Nasz serbski znajomy Mike ma rację: „Bez ryzyka nie ma gry”.


Republika Kosowo.


Wpis pochodzi z dominikańskiego bloga: "Opowieści z betonowego lasu".


7 komentarzy:

sygnaturka pisze...

Zazdroszczę odwagi pozostawienia wszystkiego za sobą, mając przed oczami tylko jeden cel. Czasem brakuje mi takiej podróży, oderwania się... Do zobaczenia we wtorek ;) Magda

o. Krzysztof pisze...

Magda, czekam z niecierpliwością na czerwone zapiski z marginesów ;)

Anonimowy pisze...

genialnie się to czyta, mistrzostwo!
W te wakacje również wybrałem się w podobną stronę autostopem wraz z dziewczyną, wykręciliśmy ponad 4500 km.. i również spotkaliśmy niezwykłych ludzi, których zesłał nam Bóg na naszej drodze.
Bo nie ważny jest cel, w podróży, ważna jest droga...

o. Krzysztof pisze...

Anonimowy: a gdzie byliście z dziewczyną?

sygnaturka pisze...

Zapiski na marginesach są zielone i zółte ;)

Anonimowy pisze...

Pojechaliśmy tak:
Dzień I - Poznań->Katowice - sen na przydrożnych działkach.
Dzień II - PL - Węgry, Balaton gratis obiad w restauracji
Dzień III - Węgry - Chorwacja, Makarska
Dzień IV - Makarska - Dubrovnik - Czarnogóra, Suomore
powrót zajął nam 2 dni przez Chorwacje, SLO, A, SK, CZ.
zainspirowani klimatem południa, wróciliśmy jeszcze raz we wrześniu nie całkiem na stopa, bo chcieliśmy się szybciej i pewniej przemieścić. stopowaliśmy z Serbii do MNE, w Czarnogórze tylko stop, na pewnym odcinku w Albanii również stop.
z zasadami autostopowicza całkowicie się utożsamiamy:)

o. Krzysztof pisze...

w wielka chęcią poczytałbym zapiski - jeśli takie prowadziliście. A przy okazji - to uzależnia :)

Prześlij komentarz