środa, 5 października 2011

Autostopem do Matki Teresy - Dzień I

POLSKA, SŁOWACJA, WĘGRY










Z urodzenia jestem Albanką, obywatelstwo mam indyjskie.
Jestem katolicką siostrą
i przez swoją misję należę do całego świata,
ale moje serce należy tylko do Jezusa.
Matka Teresa


Czwartek 11 sierpnia 2011. Dzień pierwszy.
Wspomnienie św. Klary

Spaliśmy łącznie trzy godziny. Zawsze jest tak samo. Pakowanie, segregacja najpotrzebniejszych rzeczy, pytania o to, co jeszcze można włożyć do plecaka, a co na pewno z niego wyciągnąć. Będzie padać czy nie? Bierzemy namiot czy ryzykujemy spanie pod gołym niebem? Namiot sporo zajmuje i jest mało mobilny. Może więc dużą pałatkę? Ta nie ma podłogi, za to chroni przed deszczem i niewiele waży. To jak? Decyzja. Jednak pałatka. Jeszcze tylko spakować menażkę, na dwóch, by oszczędzać miejsce w plecaku, kartusz z gazem i niewielki palnik.

Teraz segregacja rzeczy. Wyłącznie najpotrzebniejsze. Kilka koszulek, bielizna, ciepłe skarpety do spania, szare mydło (doskonałe do mycia i prania), peleryna przeciwdeszczowa, spodenki… Brać buty czy nie? Zajmują dodatkowe miejsce. Zaryzykuję. Powinna wystarczyć para sandałów. Dobre na deszcz i słoneczną pogodę. Po górach przecież chodzić nie będziemy.

Mamy cztery paczki owocowych kaszek dla dzieci, trochę bakalii i kilkanaście małych rozpuszczalnych kaw. Przeżyjemy. Podobno człowiek może bez jedzenia wytrzymać nawet dwa tygodnie – tak przynajmniej twierdzi Bear Grylls, były komandos wojsk brytyjskich, a obecnie autor poradników przetrwania.

Mamy więc nadmiar, a wody przecież nie braknie. Zawsze można napełnić plastikową butelkę w toalecie benzynowej stacji lub zapukać do jakiegoś domu. Wody nikt nie odmówi.

Jeszcze zestaw małego księdza, i nie zapomnieć o stułach. Wszystko? Same najpotrzebniejsze rzeczy. Tylko dlaczego plecaki ważą po kilkanaście kilogramów?

Zawsze jest tak samo. Powinienem się przyzwyczaić.
***
Przed świtem odprawiamy mszę świętą przy grobie św. Jacka. Czytania, podczas których łapczywie szukamy słowa, które mogłoby posłużyć na wyprawę. „Cały Izrael szedł po suchej ziemi” czytamy w księdze Jozuego. „Mamy obietnicę, nie będzie lało” – wtrąca Maciej podczas kazania. To budujące, gdyż w Polsce deszcze od kilku tygodni.

Uwielbiam deszcz, ale pod warunkiem, gdy przebywam w klasztorze.

Po szóstej rano nasz wspólny przyjaciel Szymon, od niedawna zamieszkujący w Krakowie, zawozi nas na „Zakopiankę”. Wstał specjalnie skoro świt, na grubo przed modlitwami. W dominikańskim klasztorze, taką postawę nazywamy heroiczną.

Skoro już zapadła decyzja by zawierzyć opatrzności i pojechać autostopem na drugi koniec Europy będziemy musieli być otwarci na spotkanych ludzi. Najpierw jednak podróż musi zacząć się od tych, których już mamy, którzy są najbliżej, którzy wstaną razem z nami i zawiozą tam, gdzie będzie najłatwiej złapać tę pierwszą, ważną okazję. „Skoro twierdzicie, że macie szczęście do dobrych ludzi, trudno, niech już będę pierwszym z nich” – żartuje Szymon.

***
Po co ci to? – nachodziły mnie myśli jeszcze przed wyjazdem. Czy nie prowokujesz niepotrzebnie losu? Czy jednak nie wystawiasz Pana Boga na próbę? Czyż nie lepiej znaleźć sobie bezpieczne miejsce, gdzie łóżka są wygodne, a jedzenie podawane kilka razy dziennie?

Nie jestem okazem zdrowia. Narzekać jednak nie znoszę. Bywają poranki, gdy chory kręgosłup daje we znaki i potrzeba czasu by wstać. Można się przyzwyczaić. Kilka podciągnięć na drążku, rozciągających ćwiczeń i o bólu da się zapomnieć. Tabletek nie używam, bo do chemii mam dystans. Nie ma co się nad sobą użalać, taka postawa jest dopiero chora, a na nią pigułek nie ma. Jak będziesz wciąż narzekał, koncentrował się wyłącznie na sobie, to nikomu nie pomożesz, bo zajmujesz się bardziej sobą niż innymi. Tu spanie czeka nas inne, nieprzewidywalne. No i jeszcze zupełnie nie znane nam rejony. W ostateczności na Węgrzech czy Słowacji znajdziemy jakieś klasztory, ale dalej już nic. Nawet katolicy są w mniejszości.

Jadę pełen obaw, choć o tym nie mówię. Przed wyjazdem uzyskaliśmy błogosławieństwo naszych przeorów, więc przecież powinienem być spokojny. A co jeśli się nie uda? – ktoś perfidnie szepcze do ucha.
- Więc gdzie ty w końcu jedziesz? – zapytał na kilka minut przed moim wyjazdem Karol, przeor klasztoru w którym mieszkam  – Do Turcji, Albani, Mołdawi czy może Meksyku?
- Do Macedonii, a reszta się okaże. Proszę o błogosławieństwo  – odpowiadam.
- Wy to z tym Chanaką macie pomysły… - usłyszałem, ale zaraz potem padło błogosławieństwo i pokrzepiające słowa: – Uważajcie na siebie. Westchnę za wami.

Podróże autostopem nie są dla mnie czymś nowym. Polskę mam objechaną, bywało, że trzeba było jechać nawet nocą. Europa jest jednak terenem zupełnie nowym. Jest ta pociągająca nutka adrenaliny, ale też niepewność i lęk. To jednak obce kraje.

Na dodatek Maćka zaczyna boleć wyrastający ząb mądrości. Oby to tylko przejściowe.

Ostatnie przychodzące smsy i wyłączam telefon. Plecaki kładziemy na chodnik. Ściskamy się żegnając z Szymonem i zaczynamy machać…

Zaczyna mnie nagle ogarniać to cudowne uczucie wolności. Żadnych klasztornych spraw, tylko my, Pan Bóg i napotkani ludzie.

Czekamy.



Mariusz
Po kilku minutach zatrzymuje się pierwszy samochód. Ciemne BMW. Po krótkiej rozmowie szybko okazuje się, że kierowca jest wujkiem Zuzy, jednej z podopiecznych Maćka krakowskiej „Przystani” .

- Miałem jechać dziś innym samochodem, trzy osobowym roadsterem, ale w ostatniej chwili zdecydowałem się na większy. Coś mnie natchnęło.

Maciek twierdzi, że jestem monotematyczny, gdyż podobno w co drugim kazaniu mówię, że przypadki są w gramatyce, a nie w chrześcijaństwie. No tak, ale jak się nie ma nic więcej ludziom do powiedzenia, to człowiek się powtarza.

Zaczęło się jednak nieźle. Pan nam sprzyja. Wygodnie rozkładam się na skórzanym fotelu delektując się jazdą.

***
Wciąż Polska, do granicy zaledwie trzydzieści kilometrów.

Dochodzi dziewiąta. Znajdujemy drewnianą wiatę nieczynnej jeszcze o tej porze restauracji. Pora na postój i śniadanie. Dwie świeże bułki, popijane mlekiem. Rarytas. Później godzina czytań i jutrznia. Zaczyna świecić słońce, niebo jest przejrzyste. W tle widać tatry.

Wychodzimy na drogę.


Kolejny samochód, jednak kiedy okazuje się, że jedzie zaledwie dziesięć kilometrów rezygnujemy.  „Pewnie Pan Bóg ma dla nas coś lepszego” - stwierdza Maciej i szybko okazuje się, że ma rację.

Piotr
Po kilkunastu minutach zatrzymuje sie ford. Młody chłopak z Polski, po nocnej zmianie jedzie pod Bratysławę kupić psa, owczarka niemieckiego. Jego rodzina nic o tym nie wie. Ma być niespodzianka. Bez wątpienia będzie.

Wspólnie przekraczamy pierwszą granicę. Podziwiamy ciągnące się piękne widoki gór.

Sytuacja zabawna. Niemiecki owczarek, kupowany na Słowacji przez Polaka. Zamiłowanie do psów jednak rozumiemy.  "Zanim poczęło się to dziecię  - pisał następca Dominika,  św. Jordan z Saksonii - jego matka miała sen, że w swoim łonie nosi psa trzymającego zapaloną pochodnię, którą rozpala cały świat". Stąd dominikanów nazwano później Domini Canes, czyli Psami Pańskimi, roznoszącymi po świecie ogień Słowa Prawdy.

Niby mała rzecz, ale dla nas kolejny znak dany na otuchę na początku podróży. Nie martwcie się „Jestem”.

***
Wysiadamy przy drodze szybkiego ruchu, tu Piotrek musiał odbić. Słowacja przywitała nas słoneczną pogodą.  Mamy doskonałe miejsce do łapania kolejnego samochodu. Stoimy przy znaku drogowym. Maciek wyciąga rękę i wskazuję miejscowość, do której chcemy dotrzeć. Nie tylko nas to bawi, kierowcy także nie są obojętni – machają, włączają długie światła, klaksony. W końcu zatrzymuje się dwoje Słowaków.


Iveta i Milan
- W kierunku Węgier?
- Do Budapesztu, wsiadajcie.

- Podobno Węgrzy nie lubią się ze Słowakami? – pytamy.

Milan, czterdziestoletni mężczyzna w sportowej koszulce zapala papierosa, po czym tłumaczy nam polityczne zawiłości.

- Coś jest na rzeczy - mówi. - Faktycznie są politycy, którzy tę niechęć nakręcają. Sam kiedyś słyszałem taką anegdotę  o jednym z nich: Jan Slota (słowacki polityk słynący z niechęci do Węgrów) umiera w łóżku. Jego żona pyta: jakie jest Twoje ostatnie pragnienie? Chcę zostać Węgrem! Węgrem? Dziwi się żona. Dlaczego, przecież ich nienawidzisz? Bo jak umrę, będzie jednego mniej – mówi Slota.

Iveta, kobieta z którą mieszka, jest po rozwodzie. Jej mąż był alkoholikiem, po kilku latach nie wytrzymała, decydując się na separacje, a kiedy nie było zmiany, nastąpił na rozwód. Twierdzi, że nie wytrzymała, a dla trójki ich dzieci to również ulga.

- Dopiero po rozstaniu odkryłam w jak chorych relacjach żyłam – mówi. - Przez długi czas miałam wyrzuty sumienia, że może jeszcze mogłam zrobić coś więcej, ratować małżeństwo, męża. Były jednak momenty dramatyczne, gdy przepadała cała wypłata i nie mieliśmy nawet środków do życia. Mama nauczyła mnie modlitwy różańcowej i to było coś, co dawało siłę, by nie zwariować. Czasem gdy z oczy lały się łzy chwytałam za różaniec i powierzałam się Maryi.

Milan mówi niewiele, widać, że doskonale zna sytuację kobiety z którą żyje.

 - Pewnego dnia trafiłam w konfesjonale na bardzo mądrego starszego już wiekiem księdza. Uspokoił mnie i na nowo wlał nadzieję. Skoro przez tyle lat próbowałaś i nic z tego nie wyszło, to może rozstanie stanie się wstrząsem dla męża, który spowoduje zdrowienie? Na pewno dzieci mają teraz szansę na normalne życie.

- Niektórzy w takich sytuacjach właśnie pozostają przez całe życie z toksyczną osobą, jak twierdzą właśnie ze względu na dzieci – mówimy.

- Tylko, że właśnie ze względu na dzieci nie można w tak chorych układach rodzinnych tkwić zbyt długo. Głową rodziny powinien być mężczyzna, ale gdy nadchodzi moment kryzysowy należy wziąć odpowiedzialność za rodzinę. Wówczas bez znaczenia jest czy zrobi to kobieta czy mężczyzna. Ważne by jedno ze zdrowych rodziców było w stanie – kontynuuje Iveta.

- Pewnego dnia usłyszałam wewnętrzny nakaz aby założyć sklep z tekstyliami. Zdziwiłam się. Ja i prowadzenie sklepu? Przecież zupełnie się na tym nie znam. To był krok wymagający odwagi. Zdecydowałam się, bo jakoś musiałam utrzymać rodzinę. Sklep szybko zaczął przynosić dochody. Z czasem zaczął pomagać mi Milan. Właśnie teraz jedziemy razem do Budapesztu kupić nowy towar. 
Milan wciąż niewiele się odzywa. Co jakiś czas zapala tylko kolejnego papierosa. A Ive mówi i mówi…

- Skąd mamy brać siły, gdy pojawia się cierpienie? Bóg daje nam siły, a Matka Boża niewiarygodnie wspiera. Mam także wsparcie o mojej zmarłej mamy, która jest teraz blisko Jezusa w niebie. Gdy dopada mnie smutek biorę różaniec. Siłę czerpię z różańca i pomocy Panny Marii. To ona daje mi siłę.

Iveta tryska energią i radością. Ma miły śpiewający głos i śmiejące się oczy. To jedna z takich osób, do której człowiek od razu odczuwa sympatię. Słuchamy, z czasem tylko wtrącając kilka słów.

- A wiecie co mi powiedział mądry proboszcz? Jest już starszym człowiekiem, ale bardzo mądrym. Nawet rak może być darem od Pana Boga. Mocne co? Człowiek może zginąć nagle, bez pojednania z Nim, a dzięki chorobie można się przygotować na dobrą śmierć.

Milan uśmiecha się i głaszcze Ivetę po włosach. – Ty moja filozofko.

Ivety dzieci chodzą do salezjańskiej szkoły. Młodszy syn na początku nie był zachwycony: „Mamo, tam trzeba się modlić rano i wieczorem!”. Teraz jednak jest bardzo zadowolony i nie chciałby zamienić szkoły na inną.

- Patrząc z perspektywy czasu, nigdy bym się nie odważyła na takie zmiany w swoim życiu”, mówi Iveta, - Ale Pan Bóg nigdy mnie nie opuścił i kiedy potrzebowałam, tej siły nigdy mi nie zabrakło”, dodaje na koniec.

- Trudno mi pojąć, dlaczego nie mogę korzystać z sakramentów – mówi jakby sama do siebie.

To nie miejsce, ani czas na teologiczne dywagacje. Gdy człowiek jest przeniknięty bólem, lepiej je na razie sobie darować.

Proponujemy wspólną modlitwę na różańcu.

- Z przyjemnością, nigdy nie modliłam się z Polakami. Będzie więc polsko-słowacki różaniec.
„Zdrowaś Mario miłości pełna…” – zaczyna Iveta.

***
Późne popołudnie. Dojeżdżamy pod Budapeszt.

Jedna z podstawowych zasad podróży autostopem. Nigdy nie stawaj w centrach dużych miast. Wysiadaj kilka kilometrów przed lub zaraz przy wyjeździe z miasta. Nigdy w centrum. 

Macka nadal boli wyrastający ząb. Od naszych słowackich znajomych dostaje na pożegnanie środki przeciwbólowe. Podobno są skuteczne.



***
Dwie granice za nami. To chyba ostatni raz kiedy możemy rozmawiać po polsku. Tutaj zaczynają się pierwsze schody i to wcale nie z powodu języka.

Chcemy się dostać do Szeged, czyli miasta przy serbskiej granicy. Najpierw jednak musimy przejść na druga stronę autostrady, a to wymaga przejścia kilku kilometrów i znalezienia mostu, przechodzącego przez pasy ruchu szybkiej autostrady. Samochody pędzą z prędkością przekraczającą nawet 180 kilometrów na godzinę.

W końcu dostajemy się na stację benzynową i po krótkim postoju trzymamy już kartkę z napisem „Szeged”.  Rzadko korzystamy z opcji „kartkowej”, ale tym razem spróbujemy. Na stacji dano nam papier, pisak znaleźliśmy w plecaku.

Mija pierwsza godzina, potem kolejna. Okazuje ze nie jest łatwo sie stad wyrwać. Sznur samochodów wyjeżdża ze stacji jednak żaden z tych, który się zatrzymał nie jedzie na Szeged lecz w stronę przeciwną. Utknęliśmy. Brakuje sił by czekać dłużej. Takie momenty w tego typu podróżach są najtrudniejsze. Łatwo się zniechęcić.

Wpadamy więc na pomysł, że całkowicie zaryzykujemy i pojedziemy wszędzie tam, gdzie będzie jechał pierwszy samochód, który się zatrzyma. Byle tylko wyrwać się z tego miejsca. "Gdzie jedziecie? Gdziekolwiek!".

Zatrzymuje się van na ukraińskich numerach. Do Szeged? Nie, na Ukrainę. Nie szkodzi. Wsiadamy. W trakcie podróży okazuje się jednak, że nasi współpasażerowie będą mijać Nyiregyhaze, spojrzenie na mapę. Stamtąd zaledwie 50 kilometrów do Debreczyna, a tam znajduje się dominikański klasztor.  Nie jest to może szczyt naszych marzeń, wolelibyśmy już jechać w kierunku Serbii, ale trzeba brać to co jest. W Debreczynie jeszcze nigdy nie byłem, wiem tylko, że mieszka tam dwóch braci, z którymi studiowaliśmy w Polsce, Tibor i Tomasz.

Jedzie z nami jeszcze cztery osoby. Ukraiński  kierowca jest skupiony na drodze i nie należy do zbyt rozmownych. Jego towarzysze również. To nawet lepiej. Po dziewięciu godzinach jazdy zaczynamy odczuwać pierwsze oznaki wyczerpania. Razem z Maćkiem spaliśmy dziś łącznie 3 godziny.  Po kilku minutach dopada nas ogromne zmęczenie i zasypiamy.

Samochód delikatnie kołysze się na autostradzie. Budzę się z obolałym karkiem. Ukraińskie siedzenia z pewnością mi nie służą. Na pożegnanie dajemy obrazki i ku naszemu zdziwieniu słyszymy – „jesteście dominikańce!”. To miłe, chyba słyszeli o naszym zakonie. W tym miejscu to wcale nie jest oczywiste.


***
Znowu autostrada. Nasz widok budzi ogólne zaciekawienie do czego już się przyzwyczailiśmy. Ludzie trąbią uśmiechają się kierowcy ciężarówek machają do nas rekami. Pogoda piękna. Bezchmurne niebo. Powoli zbliża się wieczór.

Decydujemy się na niezapowiedziane odwiedziny naszego współbrata Tibora Bejczi. To Macieja nowicjat. Węgierscy bracia nie mają dominikańskiej formacji zakonnej u siebie studia więc robią w Polsce. Spotkaliśmy się na studenta cie, było to zderzenie zupełnie dwóch kultur. Językowej i kulinarnej. W Polsce Tibor nauczył się pić herbatę. Na Węgrzech pija się ją jedynie na ból brzucha. Maciek wspomina o pierwszych lekcjach polskiego. Gdy Tibor miał dyżur w kuchni bracia pytali o „durszlak”. A potem usilnie przekonywali, że w Polsce jajecznica jest tylko w proszku.

Przyjeżdżając do Polski Tibor nie znał ani słowa w naszym języku. Wsiadając do pociągu poprosił więc Józefa, ówczesnego wikariusza Węgier, aby nauczył go choćby jednego słowa po polsku. Tibor przyjechał więc do naszego kraju ze słowem „cholera”. Miało być uniwersalne i wymowne. „Nic lepszego nie znalazłem” – tłumaczył się po latach Józef.  Teraz Tibor mówi po polsku doskonale, mamy cichą nadzieję, że znajdzie się kawałek podłogi. Głupio wyszło. Czujemy się niezręcznie, że wpadamy w ostatniej chwili.

Istvan
Jest kolejną osobą, którą spotykamy. Najpierw pyta kim jesteśmy, dlaczego tak dziwnie ubrani.
- Jesteśmy dominikańskimi księżmi – tłumaczymy.
- Już wszystko rozumiem. Coś kojarzę.

Sam od kilku lat interesuje się Reiki. Reiki to metoda uzdrawiania energią, stworzona przez Mikao Usiu, japońskiego buddystę. Reiki to japońskie słowo, którym nazwano energię życia.

- Ja szukam energii wszechświata i ściągam ją z kosmosu na ziemię. Co o tym myślicie? – pyta łamaną angielszczyzną.

Wymieniamy swoje poglądy pytając o źródła owych energii, o naukowe uzasadnienie, Michael nie do końca nas rozumie. Co by jednak nie powiedzieć o chrześcijaństwie, jest to religia, która nie boi się używania rozumu i korzystania z nauki. A katolicyzm na pewno.

Istvan pomimo bardzo dobrego samochodu jedzie bardzo ostrożnie i przepisowo. Mijamy nagle młodą, atrakcyjną dziewczynę świadczącą na drodze swoje seksualne usługi. Kierowca kręci głową ze sceptycznym grymasem: - Bad work, Bad work – wzdycha.
- A wy czy możecie mieć żonę?
- Jesteśmy księżmi nie możemy.
- Żadnej żony lub nawet dziewczyny?
- Nie. Tak wybraliśmy.
Istvan znowu krzywi się z niesmakiem.
- Żadnych dziewczyn, żadnego małżeństwa. Ideologia.

- W życiu nie da się żyć bez miłości. – ciągnie Maciek. – Jest osoba, którą kochamy. Dla nas Bóg jest osobą. 
- A czujecie się w tym szczęśliwi?
- Zakonne życie nie jest tak trudne jak ludzie myślą. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, choć szczęście to dla nas nie tylko to, co czujemy.

Jedziemy w ciszy dalej. Kierowca jakby próbuje przetrawić nasze słowa. Na pożegnanie mówię do Istvana „Pokój z Tobą” po węgiersku. To zdanie, którego nauczył mnie jeszcze Krystian, dominikanin z Węgier, z którym studiowałem w Krakowie.

Zostawiamy naszemu kierowcy ikonę przyjaźni oraz oblicze Jezusa – nasze prymicyjne obrazki. „To źródło naszej energii” – pokazujemy.

***
Debreczyn. Miłe miasto, pełne młodych ludzi, głównie studentów. Na ulicy wciąż ktoś nas zaczepia. Ludzie nie pytają kim jesteśmy, ale skąd. Dlaczego nosimy takie ubrania? Zatrzymujemy się i cierpliwie odpowiadamy.
- Ten wasz zakon jest tylko dla mężczyzn?
- Jest też dla kobiet.
- Ale mieszkacie odrębnie tak?
- Tak.
- To nie dobrze. To nie dobrze. To nie dla mnie – odpowiada student z Hiszpanii.

Inni wołają: „Co to, karnawał?”

Kolejny muzułmanin, obok stoi jego dziewczyna z chustą na głowie. On mówi, dziewczyna milczy. Pyta czy jesteśmy katolikami i czy wierzymy w Boga.

Nareszcie klasztor. Niepozorny budynek otoczony mieszkalnymi blokami. Niespodziewanie spotykamy Józefa z Dawidem, którzy przyjechali tu na swój wypoczynek z Krakowa. Tibor ma dziś zalew gości. Zaraz po nas przyjeżdża Jacek, dominikanin pracujący na Węgrzech i jego brat Marcin, ksiądz z koszalińskiej diecezji, pracujący jako więzienny kapelan. Na jutro zapowiedział się Antoni z dziewczyną, nasz eks brat, który odszedł podczas studiów. Nawałnica Polaków na węgierski klasztor.

Zdjęcie wiszące w debreczyńskim klasztorze.

***
Po dwudziestej drugiej padamy z nóg, nareszcie mamy chwilę dla siebie. Są momenty, gdy każdy z nas potrzebuje samotności, by napełnić swoje duchowe akumulatory, by stanąć do pionu. Takie rzeczy mamy przegadane, przerobione. Nic wówczas już nie mówimy lecz delektujemy się smakiem samotności. Cisza, która nie potrzebuje słów. I daje cudowne wytchnienie od zgiełku całego dnia.

Bez przestrzeni na wolność nie ma myślę zdrowej relacji. A my w tej podróży jesteśmy na siebie skazani dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma cel klasztornych, do których można by od siebie uciec na wypadek konfliktu czy zmęczenia. Każda relacja to dar, ale o ten dar należy dbać. Szanować swoją odrębność, indywidualność i decyzje.

Pamiętam świetny fragment listu Bernarda z Clauirvoux do swojego przyjaciela: „Możesz zawsze na mnie liczyć – napisał -  ale musisz pamiętać jaki jestem. Możesz zawsze na mnie liczyć ilekroć będziesz tego potrzebował, jeśli zadowolisz mną takim jakim jestem, a nie takim, jakim byś chciał mnie widzieć".

Maciej wychodzi na balkon wgłębiać się w zapiski Marka Kamińskiego z wyprawy na biegun, potem opowiada mi o nich w drodze. Ja uzupełniam nasze notatki. Lubię te momenty. Można jeszcze jeszcze raz uporządkować swoje myśli, przypomnieć sobie napotkanych ludzi.

Dlaczego zdecydowałem się na taki wyjazd? Czego szukam u napotkanych ludzi? Może Boga? Tak, myślę, że Boga, ale nie dlatego, że go nie mam w sercu. Ja chce Go więcej i więcej. A u tych ludzi to "więcej” znajduję.

Każda z napotkanych dziś osób była dla nas jakąś pomocą. Gdyby zabrakło choćby jednego człowieka, nie bylibyśmy w tym miejscu, gdzie jesteśmy.

Przypominam sobie nasze dzisiejsze uliczne spotkania. Jak mówić o Bogu ludziom, którzy nie są Nim zainteresowani? To jak nakłaniać ludzi do zjedzenia świetnego obiadu w restauracji, kiedy oni w ogóle nie czują się głodni. Nie można zmusić człowieka do wiary, można zmusić do zewnętrznych przejawów wiary, ale nie do samej wiary.

Węgry to trudny kraj do pracy. Brakuje księży, wielu odeszło z kapłaństwa. Komunizm srogo rozprawiał się z religią.

Kiedyś rozmawiałem z pewną osobą o zgorszeniu, które powodują odchodzący księża. „Taka decyzja nie jest nigdy suwerenna – argumentowałem – bierze się także odpowiedzialność za tych, których wiarę się budowało. I bzdurą jest mówienie „że to nie moja sprawa”. Widziałem takie przypadki, gdy komuś łamały się nogi, gdy ważny dla niego kapłan zdecydował na zrzucenie sutanny. Zawsze zostawiamy za sobą poranione osoby”.

Wówczas usłyszałem zdanie, które pamiętam do dziś:

- Może i masz rację, ale myślę, że nie większym zgorszeniem są księża, którzy tracą wiarę, a nie odchodzą.

Dla Kościoła zawsze są trudne czasy. Po rewolucji francuskiej był ogromny antyklerykalizm, burzono kościoły, likwidowano zakony. Na Kościół patrzono z ogromną niechęcią, kojarzył się z warstwą bardzo uprzywilejowaną, oderwaną od życia zwykłych ludzi. I nagle pojawiają się wybitni święci, choćby Jan Vianney. Współczesna nam Matka Teresa jest tego kolejnym przykładem.  

Historia pokazuje, że gdzie coś się wali, gdzie pojawia się zgorszenie, tam wówczas Bóg posyła swoich przyjaciół. Wymyśla plan awaryjny, ponieważ jest wierny swojemu przymierzu.

Ludzie nawalają, rozczarowują, wystarczy uczciwie spojrzeć na samego siebie. Na szczęście Bóg nie zawodzi nigdy.

Pobudkę ustalamy na piątą o świcie.




 Patrzcie, mamy pomnik Lenina! - mówi Istvan.



Wpis pochodzi z dominikańskiego bloga: "Opowieści z betonowego lasu".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz