sobota, 8 października 2011

Autostopem do Matki Teresy - Dzień III

KOSOWO, MACEDONIA









Sobota 13 sierpnia 2011. Dzień trzeci

W niektórych fabrykach jeśli chce się sprawdzić wytrzymałość produktu, stuka się w niego specjalnym młotkiem. Czasami dostajemy takie uderzenia, by zobaczyć co jest naprawdę wartościowe. Takie młotkowe stukanie czekało na nas również tej nocy. Zamiast Belgradu, znaleźliśmy się w Kosowie. Zamiast wygodnej łąki, na której można się przespać, benzynowa stacja, na której owinięci śpiworami mieliśmy przetrwać do rana.

***
Wychodzi słońce, a przed nami rysuje się widok na Statuę Wolności. Zasnąć w Kosowie, a obudzić się w Nowym Jorku. To akurat pasowałoby do tej wyprawy. Jednak wciąż jesteśmy w Prisztinie. Widzimy hotel Victoria.

Dochodzi godzina szósta, na benzynową stację zaczynają przyjeżdżać pierwsze samochody osobowe, przy których zbiera się po kilku mężczyzn. Z zaciekawieniem przyglądają się naszym postaciom, po czym wspólnie odjeżdżają do pracy.


Powoli robi się cieplej, choć wciąż odczuwalny jest chłód minionej nocy. Zaczynam kichać. Chyba dopadło mnie przeziębienie.

Nie mieliśmy najlepszego miejsca na wypoczynek, takiego, w którym można by się spokojnie schować i zapomnieć o trudach podróży. Trzeba było czuwać. Stacja benzynowa znajdująca się na obrzeżach  miasta, nie musi należeć do najbezpieczniejszych. To kraj, w którym wciąż stacjonują wojska ONZ.

Maciek idzie nabrać do butelki wody, na której parzymy trzy saszetki rozpuszczalnej kawy zabranej z Polski. Kilka łyków sprawia, że zaczynają w nas na nowo rodzić się siły.

***
Zapowiada się piękny dzień. Snu było niewiele, za to nocą przejechaliśmy prawie sześćset kilometrów. Znakomity wynik. Bez stresu i pośpiechu cieszymy się porannym czasem.  W takich momentach zaczyna wydawać się, że świat przed nami nie ma już granic.

Czy autostop jest niebezpieczną formą podróży? Zdecydowanie tak. Szybko uzależnia, dając niezwykłe poczucie wolności, za którym człowiek ponownie zaczyna tęsknić.

***
Poranna toaleta z serbskiej wody. Jutrznia, godzina czytań i w drogę. Modliliśmy się, byśmy umieli z wdzięcznością przyjmować to wszystko co daje nam Pan. Nasz wczorajszy, a raczej już dzisiejszy kierowca pochodził z Kosowa. Wspominał, że autostop to tutaj bardzo popularna forma podróżowania. „Większość kierowców chce jednak za podróż pieniędzy” – dodał.

Szybko mieliśmy się przekonać, że miał rację.

***
Z deficytem snu, ale za to pełni nowych sił wyruszamy na drogę do macedońskiej granicy. Do Skopje zaledwie sto kilometrów. Kosowo wydaje się być przyjaznym krajem. Na niebie jasne słońce. Zaczyna się życie.

Stajemy przy drodze, obok otwartego straganu z owocami, przy którym od kilkunastu minut, nie ma żadnego sprzedawcy.  Mijają nas grupy mężczyzn jadących busami do pracy. Dzwonią klaksonami, niektórzy machają, robią zdjęcia komórkami. Przyzwyczailiśmy się, że białe habity przyciągają uwagę.

Tutejsi kierowcy stosują prostą zasadę: kto szybszy, ten ma pierwszeństwo. Intuicja kierowcy jest ważniejsza od zasad ruchu. Przejeżdża ciężarówka, z której przyczepy sypie się piasek. Żółte ziarenka spadają na drogę i na stojących na poboczu ludzi. W samochodach osobowych poupychanych nawet po osiem osób. Nikogo to nie dziwi, a co więcej, wydaje się być czymś oczywistym. Ludzie zwyczajnie śpieszą się do pracy i oszczędzają na benzynie.


Zatrzymują się dwa samochody, w tym jedna taksówka, ale… zaczynają mówić o pieniądzach.

- 20 euro i zawożę was do granicy. A za 50 do Skopje.

Podobno to tutaj normalne. No tak, słyszeliśmy o tym. Płacenie za stopa nijak nam się jednak nie uśmiecha, więc po raz kolejny dziękujemy.

Cierpliwość zostaje wynagrodzona i po kilkunastu minutach zatrzymuje się stary mercedes.

Muzafed
Jest muzułmaninem, który właśnie przeżywa Ramadan.
- Cały dnie post. Pewnie musisz być głodny? – pytamy.
- Ramadan? No problem – słyszymy.
Generalnie na wszystko odpowiedź jest ta sama: „no problem”. Mijamy patrol kosowskiej policji.
- Policja, no problem – stwierdza Muzafed. - Jesteście muzułmanami?
- Nie, katolikami.
- No problem. Jest jeden Bóg. Prawda? - po czym wskazujący palec wyciągając go znacząco ku niebu. Następnie spogląda na nasze różańce wiszące przy pasach.
- Jesus Christus i Maria? No problem. Dla nas Jezus to brat i prorok. Ważna jest też Maria, a Jezus pochodzi od Boga, nie od mężczyzny – tłumaczy.
- Dla nas Jezus to Bóg – dopowiadamy delikatnie.
- Dla mnie brat, jak Adam i Abraham.

Muzafed opowiada, że w Kosowie mieszkają najlepsi ludzie i równie wspaniałe dziewczyny. 
- Moje pierwsze skojarzenie: wyglądacie jak muzułmanie. Widzicie? Ja też nam taki różaniec - mówi wskazując na rodzaj muzułmańskiej „czotki” wiszącej na lusterku przedniej szyby.
- Biblia? No problem. Jedziecie do Macedonii? To świetnie! Tam są piękne kobiety. Później chcecie do Albanii? No problem! Tam również są piękne kobiety.
- Jest tylko jeden problem - stwierdza niespodziewanie Muzafed – z pracą. Jeszcze dwa lata temu panowało tu pięćdziesięcioprocentowe bezrobocie.

Na pożegnanie pyta czy damy mu jednak na benzynę.

***
Na horyzoncie pojawia się piękny widok gór. Gdy wyjedzie się z miasta widać wyraźnie, jak ubogie są tutejsze tereny, jak mocno wojna zniszczyła rejon. Trudno się dziwić mieszkańcom, że na wszystkim chcą więc zarobić. Na ulicach pełno kurzu i brudu. Kraj próbuje stanąć na nogi po morderczych walkach. Serbowie wyrzynali tu ogromną ilość ludzi. Liczby idą w tysiące. 

Mijamy skromne zabudowania, niewiele nowych inwestycji. Samochody na tutejszych numerach w większości kilkunastoletnie, pamiętające czasy wojny. Wiele domów bez okien, kilka w stanie surowym. Jakby nagle zabrakło pieniędzy na wykończenie.

Wojna zawsze jest dramatem.  Komu przyniosła korzyści? Ekonomia, gospodarka, klasa polityczna – wszystko należy budować od podstaw. Takie słowa słyszymy coraz częściej od napotkanych ludzi. Kosowo zapłaciło wysoką cenę za niepodległość.




Do granicy z Macedonią coraz bliżej. Co jakiś czas mijają nas terenowe toyoty ONZ. Dużo rejestracji rosyjskich. Czekamy w niewielkim miasteczku, z kilkoma zaledwie domami, jednak żaden samochód nie zamierza się zatrzymać.

Pozostaje sprawdzona już szkoła cierpliwości.

Abdul
Prowadzi kantor przy granicy i właśnie jedzie do swojej pracy. Jak każdy muzułmanin przeżywa ramadan. Pali papierosy jeden za drugim.
- W ramadan możemy – wyjaśnia, a potem dodaje: - Wojdyła to był „good man”. Matka Teresa także - gestykuluje obiema rękoma, po czym wskazuje, gdzie stacjonowali polscy żołnierze.
Po raz kolejny słyszymy dobre rzeczy o Polakach.

Jakby ktoś wymienił za oknem fototapetę, krajobraz zmienia się nagle na uroczy górski. Przejeżdżamy pomiędzy górami. Widokiem jednak cieszymy się krótko. Przed samą granicą pojawia się potężna betonowa fabryka cementu.

Przed nami upragniona Macedonia.
***




Na granicy kosowscy celnicy pytają skąd jesteśmy i kręcą głowa z niedowierzaniem kiedy słyszą odpowiedź. Uśmiechają się dziękując za obrazki.

Kilka metrów dalej nie jest już tak łatwo. Starszy stażem macedoński celnik, który pewnie w tym miejscu niejedno widział, przygląda się nam z wyjątkowym zainteresowaniem.
- Skąd jedziecie? - pyta biorąc paszporty.
- Z Polski, jesteśmy księżmi z zakonu dominikanów.
- A gdzie wasz samochód? - mężczyzna z uwagą patrzy na paszportowe zdjęcia zaczynając robić się coraz bardziej podejrzliwy.
- Nie mamy samochodu. Podróżujemy autostopem.
- Autostopem… - mówi ironicznie - księża? Bez samochodu, tak? - celnik uśmiecha się z politowaniem po czym mówi jakby do siebie:  - Czegoś takiego nie widziałem, choć pracuję tutaj kilkanaście lat. 

Znaczący uśmiech na twarzy, ma jednak świadczyć, że nie wierzy w naszą prawdomówność. 
- Hm, z Polski autostopem - funkcjonariusz wciąż patrzy na paszporty, po czym kiwa znacząco głową na swojego kolegę z dyżuru. - Proszę zejść na bok.

No więc stało się. Co można wywieść z Kosowa, z kraju w którym gospodarka dopiero raczkuje lub przeciwnie jest w rozpadzie? A może trafiliśmy na antyklerykałów i chcą teraz pedagogicznie pokazać swoją władzę? Wjeżdżamy przecież do kraju w którym katolicy stanowią 0,01 procent, gdzie nawet Świadków Jehowy jest o pięć dziesiątych procenta więcej. Przez głowę przechodzi nagle wiele pytań.

Nasze kilkunastokilogramowe plecaki kładziemy przy celniczych budkach. Zaczyna się wypakunek.

Celnicy drobiazgowo przeszukują rzeczy, a my z cierpliwością pokazujemy zawartość plecaków: menażka, niezbędnik turystyczny norweskiej armii, szare mydło, skarpetki zwinięte w rulon, zestaw małego księdza, spodnie, bielizna…

Młodszy celnik wyciąga pastę do zębów, po czym odkręca tubkę i wącha. Następnie przystępuje do przeglądania koszulek.
 - Co to jest?
- Śpiwór, służy do spania.
- A to?
- Dmuchany materac.

Mężczyzna sprawdza czy nie ma jednak w nim nic więcej, W bocznej kieszeni mojego plecaka znajduje kilkadziesiąt spiętych obrazków w przeźroczystym woreczku foliowym. Bez pytania o zgodę mężczyzna zabiera sobie dwa: ikonę św. Dominika i „Ostatnią wieczerzę”, która została mi jeszcze z kolędy w Szczecinie. 
- Ostatnia wieczerza? – zagaduje jego starszy kolega - Znam.
- Jesteś katolikiem? - pytam.
- Nie, prawosławnym.
- Macie piękne ikony w tradycji.
Mężczyzna z dumą gładzi się po brodzie dodając: - W Macedoni są najpiękniejsze, musicie je zobaczyć.

Nareszcie możemy zabrać plecaki. Weryfikacja dobiegła końca. Funkcjonariusze robią się już bardziej przyjaźni i zaczynają przepraszać za kontrolę.
- Wybaczcie, wyglądacie naprawdę nietypowo. Wasza podróż również jest wyjątkowa. Pierwszy raz widzimy księży dominikanów, a wierzcie nam, różni ludzie tędy przechodzą.

Żegnamy się serdecznie, rozdając na pamiątkę jeszcze kilka obrazków.
- Niech Bóg Was błogosławi - mówimy na pożegnanie, po czym z ulgą wchodzimy na macedońską ziemię.

Kilka dni później od kierowców ciężarówek dowiadujemy się, że tędy przebiega jeden z głównych narkotykowych szlaków na Europę. W samym Kosowie działa również prężnie zorganizowana grupa przestępcza. Wpływy i pieniądze czerpią z produkcji heroiny. 

W białych habitach sami wyglądamy jak heroina - twierdzi Maciej. Trudno dziwić się celnikom…

***
Czekamy przy granicy. Przejeżdża wojskowy jeep z żołnierzami oznakowany polskimi flagami. Niestety mają pełny skład i jadą dalej. Miły polski akcent.
***
W końcu dostajemy się do stolicy Macedonii, Seffa muzułmanin z Kosowa o twarzy kryminalisty wysadza nas na autobusowym przystanku dając dodatkowo kilkaset dinarów lokalnej waluty .
- Macie na bilet - mówi.

Pieniędzy starcza jednak nie tylko na bilet, ale i na owoce wraz z mineralną wodą.

Stoimy cierpliwie w ogromnym upale czekając na komunikację miejską. Przed nami widok na meczet i strzeliste minarety. W tle szczyty gór. Na ulicach wiele muzułmanek. Mają chusty na głowie i długie płaszcze Jest ogromny skwar. Z głośników wydobywa się nawołanie muezina do modlitwy.

Ludzie przyglądają się naszym habitom. Dwójka młodych ludzi sugeruje zmianę miejsca:
- Uważajcie, tu nie jest bezpiecznie. Wasze stroje rzucają się w oczy. To nie jest kraj katolicki.
Być może to była prawda, jednak w żadnym kraju nie doznaliśmy tak ogromnej życzliwości jak tutaj. Jeśli więc tak wygląda muzułmańska niechęć do katolików, ciekawy jestem dobroci…


***
Niepozorny klasztor Misjonarek Miłości znajduje się na obrzeżach Skopje.
Maciej podbiega do taksówkarza chcąc spytać o drogę, jednak zanim zdążył zadać pytanie ten wskazuje właściwą ulicę.
- Skąd pan wie, że szukamy sióstr?
- Z daleka wyglądacie tak, jakbyście je szukali - pada niespodziewana odpowiedź.

Na drodze prowadzącej do domu misjonarek miłości znajdujemy zniszczoną lokalną gazetę. „Polish priest…” – widnieje artykuł na pierwszej stronie.

Być może jest to uduchowianie rzeczywistości, ale właśnie z takich „małych znaków” składa się nasza podróż.


***
Jesteśmy wymęczeni, spaleni słońcem, ale nieprawdopodobnie szczęśliwi. Wciąż nie możemy uwierzyć, że w końcu dotarliśmy. Kilkuletnie dziewczynki, podopieczne sióstr, widząc nas ze swojego tarasu szybko zawiadamiają siostry, a te goszczą nas po królewsku. To niezwykły dom, przeniknięty radością i chrystusowym pokojem.

Przed nami magiczny pobyt w Skopje, msza święta w domu Matki Teresy, rozmowy z siostrami i ich przyjaciółmi oraz nocne wędrówki kamiennymi ulicami macedońskiej stolicy.

Na drugi dzień planujemy powrót do Polski. Pomimo ostrzeżeń Seffy, decydujemy się na Albanię. 

Namacalnie czujemy obecność świętej z Kalkuty.

Dom Misjonarek Miłości w Skopje.

s. Ancilla, przełożona sióstr z Kosowa.

s. Bogdana - z Chorwacji


Prawosławna katedra.


- Mówcie do mnie po Polsku - mówi ksiądz z Ukrainy, pomocnik tutejszego biskupa. Od niego dostaliśmy klucze do kaplicy znajdującej się w domu błogosławionej.

Jeden z pomników Matki Teresy.


Drugi pomnik Matki Teresy - ten zaprojektowany został przez Polaka.






Marzeniem było zobaczyć miejsce urodzenia Matki Teresy. Po raz kolejny zostaliśmy zaskoczeni: siostry zgodziły się nas przyjąć, po czym zawiozły do domu rodzinnego błogosławionej, gdzie mogliśmy wspólnie celebrować Mszę świętą. Dla takich momentów warto być księdzem :)

Muzeum poświęcone Matce Teresie. Dyrektorka podobno jest Polką.


- Co sądzicie o nocy ciemnej Matki Teresy? - pyta niespodziewanie s. Bogdana.
- To normalne - dodaje - Kiedy jesteś opuszczony, zapomniany, najpełniej ufasz Jezusowi.
Obok Teresa z Lisieux, z której duchowości bł. Teresa obficie czerpała. Poniżej: "loretańskie" czasy.



List napisany przez świętą zaczynający się słowem "I Thirst"
Napis "Pragnę" znajduje się obok krzyża w każdej kaplicy, na całym świecie,
w domach Misjonarek Miłości.



W tym miejscu znajdował się "prawdziwy" dom rodzinny błogosławionej. Obecnie jest tu
centrum handlowe, a dom został przeniesiony kilkanaście metrów dalej.











Figurka Jezusa w tutejszej katedrze, przed którą Matka Teresa miała objawienie co do przyszłego zgromadzenia. Szczegóły wyjaśnia ksiądz Antoni pochodzący z Kosowa.


S. Generous z Indii wraz z podopieczną z siostrzanego sierocińca.


***
Wyjaśnienie:

Dziękuję za Wasze maile i przemiłe sygnały zwrotne, które regularnie otrzymujemy z ojcem Maciejem. Jest ich tak wiele, że aż miejscami bywamy zakłopotani.

Jeden z maili:
Dzięki za reportaż. Czytałem z ogromną przyjemnością. Cieszę się, że relacja z podróży zawiera także osobiste refleksje. Proszę o więcej zdjęć, bo z nimi świetnie się czyta.

Komentarz z dyskusji na blogu o. Macieja Biskupa:
Od dłuższego czasu u dominikanów dostrzegam wspomniany brak pokory, pychę, a reportaż z wakacji na stopa bije wszelkie rekordy arogancji - nie dlatego, że była to wycieczka na stopa, tylko że ojcowie stawiają tam siebie na pierwszym miejscu - na zdjęciach, w tekście itd.

Inny z maili poprawiający humor:
„(…) kiedy kolejne dni z Waszej megafajniastej wyprawy?  Bo w internecie nie ma co czytać. Głupoty same.”

Najbardziej smakowity kąsek pojawił się jednak na stronie Jezuitów (dziękuję za linka)
Kilka dni temu na dominikańskiej stronie czytałam bloga o. Krzysztofa Pałysa, który jest księdzem-dominikaninem. Opisuje on, jak to wraz ze swoim współbratem zakonnym podróżowali autostopem do Macedonii, Kosowa i Albanii. (…)   

Czy taka podróż jest godna księdza? Przecież spotkania z innowiercami mogą sprawić, że taki ksiądz odniesie szkodę na swoje wierze. A z tych zapisków wynika, że innowiercy „też żyją z Panem Jezusem”.

Ojciec Krzysztof opisywał, że podróżowali w habicie i nie mieli też przygotowanych noclegów. Spali więc na polach i benzynowych stacjach. Musieli także tam odprawiać mszę świętą.

(…) czy to nie jest ujma dla święceń kapłańskich?
***
Wszystkie wpisy dodają skrzydeł, a dodatkowa krytyka zmusza do refleksji nad treścią. Mądrze prawił Akwinata mówiąc, że  musimy kochać zarówno tych, których poglądy podzielamy, jak i tych, z którymi się nie zgadzamy. I jedni i drudzy bowiem trudzili się, szukając prawdy, i jedni, i drudzy pomagali nam ją znaleźć.

Tym bardziej należy się wyjaśnienie za prawie miesięczne milczenie.

Naszych zapisków mamy zbyt wiele, co akurat nie jest powodem do smutku. Jednak klasztornych zajęć i bieżących spraw również przybyło. Ojciec Maciek, który zasyłał mi swoje notki i spostrzeżenia do redakcji, ostatnio nie dosypia, a ja nie mam sumienia maltretować go kolejnymi zobowiązaniami. Obiecana wcześniej „regularność” wpisów, chyba nas więc przerosła. Zainteresowanie wyprawą również.

W międzyczasie pojawiła się propozycja wydawnicza na książkę. Teksty należy teraz zredagować, uzupełnić, więc i tu czeka sporo pracy. Chciałbym, aby książka nie zawierała wyłącznie blogowych zapisków, ale została uzupełniona o rzeczy, które z różnych powodów na blogu nie zostały opisane.

Dojazdem do Skopje kończę więc oficjalny autostopowy wątek. Zapiski z kolejnych państw są w planach, jednak będą one miały zdecydowanie krótszą formę i bardziej „zajawkową”. Patrząc na ostatnie tygodnie trudno tu obiecać regularność.

Jeszcze raz dziękuję w imieniu swoim jak i o. Macieja (pomysłodawcy wyprawy) za słowa wsparcia i krytyki.


Wpis pochodzi z dominikańskiego bloga: "Opowieści z betonowego lasu".

4 komentarze:

aurin pisze...

Przeczytałam całą wyprawę. Czyta sie swietnie, zostaję na dłużej i będę zagladać. Autostop to nie mój sposób, bo podróżuję rowerem, ale spotkania z ludzmi, ufność Panu Bogu, refleksje, to piękna sprawa :) "W tym szaleństwie jest metoda" :)

Anonimowy pisze...

a ja czekam na książkę.i ciekawa jestem czy Ojciec pamieta 3 dziewczyny z Polski spotkane na stacji benzynowej w Chorwacji;p
my obiecałysmy modlitwę i o takowa tez prosiłysmy.
do końca świata będę przekonana że to modlitwa Ojców i rodziny mojej zmarłej sasiadki uratowała życie mojej rodziny która w dniu naszego spotkania w Chorwacji uniknęła smierci jak rownież poważnych obrażeń w okropnym wypadku samochodowym...nigdy nie przestanę wierzyc ze to właśnie modlitwa ludzi ktorym pomagalismy ocaliła tych których kocham najbardziej! pozdrawiam Adriana:)

onearthliving pisze...

Przeczytałem książkę. Ojca opowieści o stopach przyjeżdżających na kilka sekund przed wyznaczonym terminem końca czekania przypomniały mi jedno zdarzenie z mojego życia sprzed ponad 10-ciu lat. Podróżowałem wtedy autostopem po Niemczech. Określałem się jako osoba niewierząca, od kilku lat niepraktykująca. Po różnych zawirowaniach w moim życiu czułem, że mój wewnętrzny świat coraz bardziej przypomina wypalony ogród. Zastanawiałem się co lub kto może tchnąć w niego nowe życie. Cała podróż obitowała w zdarzenia, spotkania i znaki, nie miejsce by wszystko opisywać.
W każdym razie w przedostatnim dniu podróży kierowca wysadził mnie na lotnisku w Monachium. Był późny sobotni wieczór, koniec października, więc zimno i coraz ciemniej.
W poniedziałek miałem być w pracy w Krakowie.
Czekałem na stopa do Norymbergi (200 km dalej), bo już wcześniej sprawdziłem sobie, że autobusy do Krakowa nie jeżdżą z Monachium.
Oczywiście niestety wszyscy kierowcy, którzy lądowali na monachijskim lotnisku jechali do centrum Monachium, nie do Norymbergi, która też posiada własne lotnisko.
Stałem przy wyjeździe z lotniska, obserwowałem lądujące samoloty i wyjeżdżające samochody i tak w kółko. Odnosiłem przygnębiające wrażenie, że świat
jest właśnie taką maszyną: samolot ląduje, wyjeżdżają samochody z tablicami monachijskimi do Monachium i nikogo nie obchodzi to, że ja akurat czekam na stopa
do Norymbergi... I tak ze wszystkim, jednostka wobec maszyny świata jest niczym. Po około godzinie beznadziejnego stania, zacząłem taką mniej więcej rozmowę z Bogiem:
"Panie Boże, jeśli istniejesz, to pokaż mi, że się mylę, że świat, w którym żyję nie jest tylko taką bezduszną maszyną. Nie wiem, jak to zrobisz, ale proszę Cię ześlij
mi tutaj stopa jadącego do Norymbergi. Jeszcze tak z pięć minut wytrzymam szczękając zębami". Nie mówiłem tego ot tak sobie, byłem strasznie ciekaw, czy coś się wydarzy.
Nie minęło kilka sekund, zatrzymał się samochód, wysiadła z niego kobieta (!) i zapytała, czy jadę do Norymbergi (trzymałem w ręce kartę z literą N) i jeśli tak, to żebym
szybko wsiadał, bo w miejscu, w którym stoję nie wolno się zatrzymywać. Oczywiście szczęka opadła mi na ziemię. Będąc już w samochodzie
opowiedziałem jej w jak wielkim jestem szoku i zapytałem, jak to się stało, że jedzie do Norymbergi a wylądowała w Monachium. Okazało się przez przyleciała
samolotem z Afryki, nie jako pasażerka, ale stewardessa i wraca do swojego domu w Norymbergi. Jako pracownica linii lotniczych mogłaby lecieć z Monachium do Norymbergi,
ale szybciej było jej jechać samochodem autostradą. Podwiozła mnie na dworzec kolejowo-autobusowy. Pokręciłem się tam chwilę, potem wyszedłem gdzieś na zewnątrz kupić coś do jedzenia.
Zauważyłem kątem oka, że na przystanku na ulicy zatrzymał się autobus, jak się okazało jechał do Krakowa i miał wolne miejsca...
To nie było tak, że tego dnia się nawróciłem - to był cały proces. Ale ilekroć później dopadały mnie jakieś zwątpienia czy zniechęcenia by szukać dalej,
tylekroć wystarczyło mi sobie powiedzieć: "Nigdy nie będziesz w stanie zaprzeczyć, że tam na lotnisku w Monachium COŚ się stało."

Nadren pisze...

Świetny wpis. Pozdrawiam z Zachodnich Niemiec.

Prześlij komentarz