poniedziałek, 5 marca 2012

Znowu księża wciskają kit

Jeśli nie będzie dobrze.










Jeden z moich współbraci, komentując tragedię na Śląsku stwierdził, że gdy doświadczamy niezawinionego cierpienia, którego nie możemy uniknąć, to wówczas powinniśmy je pokochać. W przeciwnym razie nie kocha się Boga.

Posypały się gromy od oburzonych. Znowu księża wciskają ludziom kit – napisał jeden z internautów.

Przecież  powinno się pomstować na Boga, oskarżać, szukać winnych, naiwnie pocieszać że „będzie dobrze”.

A jeśli „nie będzie”?

To co?


Polecam kazanie dotyczące choroby i cierpienia wybitnego krakowskiego księdza Edwarda Stańka
+ Pobierz plik z nagraniem


21 komentarzy:

szmaragdowa pisze...

dobrze się mówi i ładnie brzmi "pokochać cierpienie". ale kiedy znowu wszystko wali ci się na głowę, zero wsparcia od najbliższych, wszystko idzie nie tak, a ty cierpisz, bo ktoś cię bardzo skrzywdził, to jak pokochać coś takiego?
kiedy masz ochotę wyć z bólu jaki masz w środku, jak pokochać takie cierpienie?

Anonimowy pisze...

A jeśli nie będzie dobrze, to sukcesem będzie mimo to przeżyć. Tylko tyle, aż tyle.

O_N_A pisze...

"Będzie dobrze". A jeśli "nie będzie?"
To zależy, co kto rozumie pod pojęciem "będzie dobrze". Bo "dobrze" dla nas, wcale nie musi oznaczać "dobrze" u Boga. Może właśnie to niezawinione cierpienie jest u Boga tym "dobrze" dla nas.
Dlatego najbezpieczniej, choć najtrudniej, jest mówić: "bądź wola Twoja".

o. Krzysztof pisze...

Dlatego w tym miejscu zaczyna się skandal krzyża. Cierpienie bez Chrystusa jest zawsze złem i niszczy, ale przeżyte z Nim może stać się błogosławieństwem. Bez wiary niezrozumiałe.

halszka pisze...

Bez Niego pewnie "nie będzie" dobrze, ale z Nim nawet w najtrudniejszej sytuacji widzę światło, które pomaga mi odnaleźć drogę, którą ciągle gubię, na której wywracam się i zdzieram kolana, ale jeśli tylko CHCE On zawsze pomaga wrócić, szkoda tylko, zbyt często wybieram ciemność, pozornie bezpieczną
P.S. dlatego dziękuję za "Światła Miasta" które mam na wyciągnięcie ręki i wybranie zakładki w ulubionych, bo od jakiegoś czasu pomagają na niełatwej drodze powrotu...

Anonimowy pisze...

Cierpienie bez Chrystusa to najwiekszy dramat czlowieka ...
nikt nie powinnien zosatac sam z cierpieniem jakiekolwiek by ono nie bylo, trzeba bysmy umieli ukleknąc obok cierpiacego i pozwolic by Pan dotykał ran ... i leczył z mocą dającą nowe życie

Belegalkarien pisze...

Na przekonywanie, że trzeba to cierpienie zaakceptować i pokochać, przyjdzie jeszcze czas.

Teraz, kiedy rany są otwarte i ból tak silnie dokucza, kiedy chce się wyć z rozpaczy, pocieszenie miłością Pana Boga przyniesie odwrotne skutki. Zrodzi bunt, opór i chęć linczu na pocieszającym. Bo tak na zdrowy chłopski rozum, to gdzie w tym wszystkim był Pan Bóg? I wielu pewnie z tych, co przeżywają teraz stratę, zadaje sobie to pytanie. I pewnie pomstuje, szuka winnych, oskarża.... Bo to JEST TEN CZAS. To okrutne mówić, że nie przyjęcie tego doświadczenia teraz, zaraz, już, jest dowodem braku miłości do Pana Boga. Myślę, że Pan Bóg cierpliwie wszystkie oskarżenia, pomstowanie, żal, pretensje, gniew, niczym worek trenigowy przyjmuje na klatę i czeka....

Naiwne "wszystko będzie dobrze" jest najgłupszą rzeczą, jaką można teraz powiedzieć. Ale dajmy tym ludziom przepłakać swoją stratę, odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której braknie ukochanych osób. Bo to JEST TEN CZAS! A wszyscy, którzy stoją z boku niech się za nich modlą... Oni sami za siebie też będą, ale za chwilę, kiedy otrząsną się z szoku, kiedy rzeczywiście znajdą w tym Boga. Bo ilu z nas znalazło by Go od razu, będąc tam na miejscu? To się zawsze tak łatwo mówi kilka kilometrów dalej....

Uważam, że słowa Ojca współbrata to nie kit, ale nie teraz, tak po ludzku, jeszcze nie teraz.... Na to przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz...

Edith pisze...

Czy da się pokochać cierpienie? Nie sądzę (mówię to z perspektywy osoby, której parę dni temu rzeczywistość legła w gruzach, a bliscy przyjaciele wydatnie się do tego przyczynili). Cierpienie, zdrada, choroba czy śmierć nie są same w sobie niczym dobrym. Jezus nie szukał cierpienia, przyjmował je, ale nie upajał się nim.
Można za to pokochać obecność Boga przy sobie kiedy spotykają nas doświadczenia. Można pokochać to, że On się zatroszczy, że z każdej czarnej dziury może wyprowadzić dobro, a każdą porażką może nas zbudować (i wyzwolić od pozornego dobra, którego się uczepiliśmy).
Nie jest to łatwe... zwłaszcza kiedy rozum produkuje czarne scenariusze, a pole manewru, jakie zostawiło życie jest całkiem niewielkie. Ale wierzę, że się da... Tak próbuję robić... Próbuję ufać - ze świadomością, że zaufanie Bogu jest jedyną sensowną opcją.

Spokojna... pisze...

Zgadzam się w zupełności z Belegalkarien!!! Gdy choroba zabiera dziecko, to najpierw pojawia sie krzyk, płacz, pojawiają sie pytania. I choć nie wiem jak byśmy byli "silni" psychicznie i umocnieni w wierze, to nie można nagle stać się zwierzęciem bez uczuć.
A potem? Dzięki ufności będziemy dalej żyć. Dzięki temu, że wierzymy w to, że ON jest z Nami!!!

ilonkaka pisze...

@Edith,Nie wiem co wydarzylo sie w Twoim zyciu ale widze ze jestes silna i dzielna.Bog jest z Toba!

nashim pisze...

Idealnie byłoby powiedzieć "amen" na nieszczęście jakie nas spotyka, z absolutnym zaufaniem, że Bóg wie, co robi i dodać "Pan dał, Pan zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione", tylko czy kogokolwiek na to stać? chyba tylko Chrystusa, ale on oprócz tego, że był człowiekiem był też Bogiem. (jest)
A tymczasem jedyne, co człowiek chce zrobić, to "walić głową w mur" i przeklinać Boga, że mógł do czegoś takiego dopuścić, skoro jest Miłością.

Anonimowy pisze...

Cierpienie bez Chrystusa jest zawsze złem i niszczy. Simone Weil mówiła, że od Chrystusa wolno odejść tylko w imię prawdy. W imię czego wolno odejść od prawdy?

nul(ka) pisze...

"Chrystus lubi, abyśmy woleli prawdę od niego, bo przedtem nim jest Chrystusem, jest prawdą. Jeżeli odwracamy się od niego, żeby iść ku prawdzie, nie odejdziemy daleko, bo spotkają nas jego ramiona. "
(Simone Weil list do o.Perrin z Tezeusza wyszarpnięty, bo tam oczom bardziej przyjazny
http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=742 )

Odejść szukając a odejść żeby się oddalić to nie to samo.
Tyle osiołek kłapo uchy.

Rita pisze...

Dziękuję ojcze Krzysztofie za udostępnienie tak przepięknego kazania księdza Edwarda Stańka.

aurin pisze...

Żeby pokochać, trzeba zaufać... i wszystko staje się nowe...

cicicada pisze...

"Bóg nie obiecał Mojżeszowi, że zabierze mu każde cierpienie... obiecał co innego... Mojżesz ja przez to każde cierpienie cię przeprowadzę" - o. Adam z dzisiejszych rekolekcji - tak mi się skojarzyło z tematyką wpisu

O_N_A pisze...

Ja na razie (już od kilku lat) nie potrafię przyjąć cierpienia, które mnie spotyka. Może za mało w nim Chrystusa... Nie wiem. Wiem, że nie potrafię go ani zaakceptować, ani przyjąć, ani pokochać...
I wiecie co? Większość ludzi mówi, że dla nich to cierpienia duchowe są najgorsze, a najłatwiej znieść to fizyczne. Dla mnie nie. Być może Pan Bóg nie dał mi jeszcze takiego duchowego cierpienia, które byłoby nie do wytrzymania. Bólu fizycznego, fizycznej niemocy, nijak znieść, przyjąć i pokochać nie mogę. Staram się z Chrystusem to przeżywać, ale widocznie nie jest mi dane przyjąć tego z pokorą i ufnością. Dla mnie to właśnie fizyczne cierpienie jest najgorsze. Jestem za słaba. Kiedy przychodzą "słabsze dni", buntuję się, wściekam: po co mi Panie to dajesz? Po co? Widzisz przecież, że nie umiem tego przyjąć i to odsuwa mnie od Ciebie! Zabierz to, już, teraz, natychmiast, bo nie dam rady! A tak po cichu, bardzo bez wiary i nadziei dodaję: bądź wola Twoja... - tyle, że to jest już bardziej z przymusu, bo zdaję sobie sprawę, że czy ja tego chcę, czy nie i tak będzie tak, jak Pan będzie chciał. I tak leżę i się wkurzam na Pana Boga, że przez tyle lat nie pozwala mi zaakceptować cierpienia...

ilonkaka pisze...

@O_N_A,Co sie dzieje? Cierpienie jakie by nie bylo( utrata bliskiej osoby,niepelnosprawnosc ,przewlekla choroba) na pewno wymaga od cierpiacej osoby gigantycznej wiary,odwagi,motywacji. Wydaje mi sie,ze tylko osoby ktore doswiadczyly tego maja prawo zabierac glos. Nie mnie osadzac postawe osoby ,ktora cierpi. Moge tylko wesprzec modlitwa.

O_N_A pisze...

@ilonkaka: to nie jest jakoś szczególnie ważne, co się dzieje. Jestem chora, nie jakoś bardzo, żebym przykuta była do łóżka (choć zdarzają się i takie dni). Ale prawie codziennie, kiedy budzę się rano, zastanawiam się, czy dzisiaj przeżyję dzień bez bólu. Nie umiem tego przyjąć i dziękować za to Panu Bogu. Tzn. niby dziękuję, ale tylko dlatego, że trzeba. Ze świadomością, że i tak będzie tak, jak Panu się będzie podobało. Jest ciężko, dla mnie za ciężko. I nie mam czasem siły nie mieć siły.
Jak cierpienia duchowe w miarę potrafię przyjąć, zauważyć w tym dobro, które Pan chce mi przez to dać i zgodzić się na nie, nawet, jeśli moja dusza wyje z bólu, tak cierpienia fizycznego nie umiem.

Anonimowy pisze...

O_N_A, ile trzeba mieć siły, żeby jej nie mieć! Żeby niby dziękować! On tylko wie. A pozdrawia Cię ta, która ani przyjąć nie umie, ani dziękować, a wyć już jej się nie chce.

Anonimowy pisze...

Belegalkarien: dokładnie chodzi o TEN CZAS, który jest, albo którego po prostu jeszcze nie ma.
Jesteśmy za słabi, skrzywdzeni, poranieni i to trzeba (nie lubię słowa trzeba) przeżyć, wypłakać...i każdy ma prawo zwątpić, bo jest tylko człowiekiem.
Ja też wątpiłam, gdy zmarła moja Córka. I pytałam "dlaczego, dlaczego ja Panie Boże? Czym zawiniłam. Czym Ona zawiniła?". Dałam sobie do tego prawo i pragnęłam, żeby też inni dali mi prawo do opłakania straty. I każde słowo "będzie dobrze, będziesz miała jeszcze dużo dzieci, wiele kobiet tak ma, to jest normalne..." sprawiało, że chciało mi się wyć...bo w tym danym momencie, w tej właśnie chwili świat się po prostu zawalił. Siłę dał mi Pan Bóg w postaci mojego Męża i Mamy, którzy dali czas by wątpić i wyć, będąc cały czas przy mnie. Czuję, że przez to cierpienie, które trwa do tej pory Pan Bóg prowadzi mnie za rękę, choć czasem chciałabym, żeby chwycił mocniej/Ka

Prześlij komentarz