środa, 18 stycznia 2017

Sztuka wyciszenia

Święci Ojcowie nauczają, że praktykowanie "czystej modlitwy", bez obrazów, myśli, rozważań, niekończących się analiz, wyostrza duchowe zmysły pomagając zanurzyć się w Bogu. Pomaga w tym odosobnienie i asceza.






Od kiedy pamiętam lubiłem być sam. Samotność nigdy mnie nie przytłaczała. To właśnie w samotności, a nie wśród ludzi, czułem się najbardziej sobą. Jako dziecko często zamykałem się w pokoju na wiele godzin, gdzie uciekałem w świat opowiadań, komiksów i baśni. W nieskończonej ilości zeszytów sam też tworzyłem obrazkowe historie. Artystyczna wartość tego była znikoma, jednak ten sposób "twórczości" odrywał od kieratu codzienności, pomagał zanurzyć się w całkowicie inny świat. 

Wychowywałem się w czasach, kiedy podwórka pola były przestrzenią niekończących się zespołowych gier, wspólnie wymyślanych zabaw, a także ulicznych rywalizacji i bijatyk. Wszystko było potrzebne. Bywały dni, że praktycznie od rana, aż do wieczora przebywałem z rówieśnikami. Gdy jednak ludzi dookoła brakowało, nie odczuwałem zawrotów głowy. Także będąc już na studiach i mieszkając w akademiku, nie rozumiałem społecznej presji, aby nieustannie przebywać z kimś. I choć często tej presji ulegałem, odosobnienie zawsze miało w sobie pociągający urok tajemnicy. Bohaterowie z dzieciństwa, których podziwiałem, zawsze mieli w sobie rys samotności, nie pozwalali się do końca oswoić. Zazdrościłem im tej niezależności. 

Moja babcia mieszkała na wsi, więc często zdarzało mi się tam wyjeżdżać. Lubiłem kontakt z ziemią, zapach siana, zwierząt w stajni, biegających na podwórzu kurczaków, płochliwych królików. Co jakiś czas wybierałem się na wędrówki do pobliskiego lasu, gdzie odkrywałem nieznane wcześniej ścieżki, polany, tajemnicze strumyki. Wyobrażałem wówczas sobie, że zdobywam nieodkryty dla nikogo wcześniej świat.

Praktycznie od początku szkoły zwiedzanie zabytków z przewodnikami  kojarzyło mi się z męczarnią. Barokowe, powyginane krzesła, obite wytartym pluszem, które widziałem na zamkowych wystawach, zdobione sale, kolorowane, porcelanowe wazy, masywne obrazy, podobno cenne, wiały mi pustką. "Strasznie smutne i nudne musiało być życie takiego króla" - myślałem. W bajkach, które czytałem królowie byli inni. Z tego typu wycieczek najprzyjemniej zapamiętałem kapcie, które z kolegami zakładaliśmy na nogi, ślizgając się po lakierowanej podłodze.

Nie najlepiej to o nas świadczy. 

Fascynowały za to inne rzeczy: dzikie stawy, w których, ku zgrozie rodziców, kąpaliśmy się z kolegami, ruiny zamków, bunkry, klasztory oraz stare kościoły, najlepiej gdy były puste. Lubiłem tam wchodzić, wciągałem wówczas w siebie zapach świec, kadzideł, zapastowanej podłogi, patrzyłem na świętych spoglądających na mnie z ołtarzy. W takich miejscach instynktownie czułem się bezpiecznie, jakby Bóg zapewniał tu spokój i schronienie, a każdy człowiek - bez względu na to kim był - mógł być zawsze u siebie. Tu zawsze można było uciec po pomoc. Tak, kościoły i klasztory miały w sobie pociągającą tajemnicę.

Do dzisiaj mi tak zostało. Choć szukam już czegoś więcej. 

Kiedy widzę, choćby w najmniejszym kościele, światełko informujące o Najświętszym Sakramencie, to bez względu na to gdzie jestem, taka świątynia kojarzy mi się z domem, nigdy z osamotnieniem. Jeśli zbyt długo chodzę po mieście, albo jestem w podróży, często wybieram otwarty kościół, najchętniej pusty i siedzę tam przebywając w ciszy. Czekam, aż wróci pokój. Pamiętam autostopową podróż do Macedonii. Kiedy przez dwa dni nie widziałem katolickiego kościoła, towarzyszyło mi przenikliwe poczucie bezdomności. Dopiero gdy trafiliśmy ze współbratem do niewielkiej kapliczki u Sióstr Misjonarek Miłości w Skopje poczułem się jak u siebie. Jakby dwa tysiące kilometrów od klasztoru nie miały żadnego znaczenia. Trwała wówczas adoracja. Patrzyłem w Najświętszy Sakrament i wiedziałem, że jestem w domu.

Uwielbiam takie miejsca jak klasztor na górze Świętego Krzyża. Dwa miesiące temu odwiedziłem swoich braci w Kielcach, oni wieczorem mieli zajęcia, ja w tym czasie pojechałem na Święty Krzyż, aby się pomodlić. Opatrznościowo trafiłem na okres poza sezonem. Było przenikliwie mroźne powietrze, w okolicy żadnego człowieka. Słońce zaszło dwie godziny wcześniej. Przez mgłę otulającą okoliczne drzewa próbował przebijać się księżyc. Kościół i pobenedyktyńskie krużganki wciąż były oświetlone, otwarte dla każdego. Choć dochodziła dopiero godzina osiemnasta, dookoła panowała magnetyczna cisza. Przylegający do klasztoru parking był całkowicie pusty. Całym sobą chłonąłem to miejsce, klimat, epitafia na klasztornych krużgankach, delikatnie oświetloną kaplicę z relikwiami krzyża, mając poczucie nierealności. Unosiło się coś nadprzyrodzonego. 

***

Dziś myślę, że ludzie najlepiej żyją ze sobą w pewnym oddaleniu. Nadmiar fizycznej bliskości niszczy relacje, zdrową odrębność, zabija głębię, zagłusza też kontakt z samym sobą. W skrajnych przypadkach wywołuje także agresję. Wystarczy spojrzeć na przeludnione osiedla, z potężnymi betonowymi ścianami. 

Samotność jest niezbędna. 

Donald Winnicott wiele pisał o konieczności szanowania przez rodziców dziecięcej potrzeby bycia czasem pozostawionym samemu sobie. Rytm kontaktu i wycofania jest bardzo ważny.

Winnicott opisywał jak małe dzieci rozwijają emocjonalną samodzielność. Wyjaśniał, że uczą się być same nie poprzez prawdziwą izolację, lecz przez przebywanie "samemu" w obecności matki. Dzieje się tak, kiedy matka jest w pobliżu, ale nie poświęca dziecku całkowitej uwagi. Wyczuwając to, dziecko zaczyna pojmować własną odrębność od niej i rozumieć, że może być samo, a jednocześnie wciąż czuć się chronione i bezpieczne. 

Wydaje się paradoksalne, że człowiek może nauczyć się przebywania w samotności poprzez przebywanie z kimś innym, ale Winnicott utrzymuje, że potęga bycia samemu jest zakorzeniona właśnie w tym paradoksie. Bez istnienia innych ludzi i wiedzy o nich, samotność nie miałaby żadnego znaczenia. Tak więc dopiero kiedy dziecko doświadczy bycia samemu w ten sposób, potrafi pojąć znaczenie odrębności i zaakceptować swoją indywidualność. 

Dzieci, które nie poczynią tego odkrycia, nigdy nie osiągną pełni dojrzałości i wiodą "fałszywe życie zbudowane na reakcjach na zewnętrzne bodźce".

***


Słowo „mnich” pochodzi z greckiego słowa oznaczającego „wycofanie się, ucieczkę w samotność”. Mnich to ten, który żyje sam z Bogiem. Pseudo-Dionizy Areopagita, żyjący ok. 500 roku po Chrystusie, wywodzi etymologię od innego wyrazu, mianowicie – „monas”, oznaczającego „jedność”. Mnichem jest więc ten, kto stanowi jedność. Z sobą samym i z Bogiem. Święci Ojcowie dodadzą, że mnichem jest człowiek, który ogołocony z wyobrażeń, skupia serce i umysł na obecności Boga. 

Mnich to ktoś, kto powrócił do pierwotnej jedności.

***

Będąc już w zakonie z narastającą fascynacją zacząłem odkrywać, że pewien rodzaj odosobnienia i ciszy, połączony z czystą modlitwą jest najlepszym środkiem na to, aby dotknąć Boga oraz odzyskać ostrość spojrzenia. W sposób naturalny uczono mnie tego już w nowicjacie, a później przez dominikańską formację. Z czasem odkryłem także nauczanie największych duchowych mistrzów tradycji monastycznej: Antoniego Wielkiego, Jana Kasjana, Barsanufiusza i Jana, Ewagriusza, Makarego Wielkiego, Efrema Syryjczyka, Abby Sisoesa, Diadocha czy wielu innych ojców zapisanych w filokaliach. Wówczas poczułem jakby ktoś w moje serce, umęczone nadmiarem intelektualnych dyskursów i niekończących się rozważań, wlewał kojące zrozumienie siebie samego. Oni nazywali coś, co przeczuwałem, ale nigdy nie potrafiłbym tego tak precyzyjnie i dogłębnie nazwać. Oprócz niewątpliwego przeniknięcia Świętym Duchem wyróżniała ich jeszcze jedna rzecz, byli praktykami i opisywali doświadczenie.

Chrześcijańscy mnisi, których zarówno Kościół Zachodni jak i Wschodni uważa za świętych, szybko stali się duchowymi autorytetami, przewodnikami, u których znalazłem ożywczy pokarm oraz bezcenne wskazówki jak mądrze korzystać z ascezy zdobywając najcenniejszy z darów - wolność serca.

Dziś, po kilkunastu latach niezasłużonej łaski bycia w zakonie oraz dzięki świadectwu wielu moich starszych współbraci (najbardziej znany to o. Joachim Badeni), wiem, że w samotności można odkryć coś znacznie więcej. "Kiedy zmysły będą zamknięte milczeniem, wtedy ujrzysz, jakie ukryte skarby posiada dusza" - pisze św. Izaak Syryjczyk.

Święci Ojcowie powtarzają, że praktykowanie "czystej modlitwy", bez myśli, wyobrażeń, rozważań, niekończących się analiz, wyostrza duchowe zmysły dając poczucie odpocznienia. Do tego służy także asceza, uwalniająca od nadmiaru dźwięków, rozmów, sztucznie wygenerowanych potrzeb, niekończących się oczekiwań. 

Ogołocenie umysłu i serca z wszelkich obrazów i pojęć, sprawia że dusza wkracza w "mrok" absolutnie szczególnego rodzaju i dostępuje niewysłowionego stania przed Bogiem czystym umysłem. A "kiedy człowiek wskutek działania Bożego zostaje wprowadzony w świat niestworzonej światłości, wtedy jego podziw wobec Boga staje się absolutnie niewyrażalny i nie potrafi on znaleźć ani słów, ani obrazów, ani westchnień wdzięczności" - zapisał chrześcijański mnich Sofroniusz.

W miarę upływu czasu i nabywania praktyki skupienie umysłu na Bogu przynosi największą nagrodę: spokój ducha, nieopisane poczucie szczęścia, które pewien francuski trapista nazwał przeczuciem Raju.

Kto modli się w ten sposób czysty, widzi i zna Boga, nauczają Święci Ojcowie.

***

Żyjąc w dominikańskim klasztorze nieustannie przebywam z ludźmi, bywają dni, że niemal bez przerwy przez dwanaście godzin na dobę. Kiedy potrzebuję wytchnienia, niezbędne są dla mnie dwie rzeczy: samotność oraz modlitwa, niekiedy też sen. Bez tego nie byłbym w stanie dłużej funkcjonować. Bez nieustannie praktykowanej "sztuki wyciszenia" straciłbym duchowy oddech, coś bezcennego, co podtrzymuje mnie przy życiu. Taka już moja dziwna konstrukcja duchowa, a może i rodzaj pewnej aspołeczności. Trudno to wytłumaczyć. Niektórzy odpoczywają wśród ludzi, inni - choć ludzi bardzo lubią - potrzebują odosobnienia. 

W dłuższych okresach, kiedy nie mam możliwości wyjechać, aby posłuchać leśnych strumieni oraz popatrzeć na rzeczy, których nie stworzył człowiek, korzystam z tego, co jest. Nastawiam budzik na piątą rano, aby choć przez dwie godziny otaczała mnie kojąca cisza, samotność i brak rozmów. Wówczas najpierw się modlę przy ikonie Maryi, a później czytam lub piszę. 

Szybko dostrzegłem, że takie momenty są najbardziej twórcze, pomagają na nowo się napełnić, złapać dystans, a przede wszystkim nawiązać kontakt z Najwyższym i z sobą.

Powrócić do pierwotnej jedności.



fot. W. Tymiński, M. Ciągło, A. Pawłowski,
Archiwum Klasztoru Dominikanów (Warszawa-Służew, Kraków)

14 komentarzy:

Maria pisze...

Ojcze, warto było tak długo czekać na ten wpis. Dziękuję.

Anonimowy pisze...

Też jestem z miejsca, gdzie wychodzi się na "pole" :)

Pustynne Echa pisze...

https://www.youtube.com/watch?v=bvjjOO4R7Bo

ewa pisze...

Ojcze w samą porę!!!Bardzo bardzo DZIĘKUJĘ

Siwa Wrona pisze...

Wielkie uznanie dla ojca odnaleźć się w służewieckim klasztorze, kiedy dusza rwie się do mniszego życia. Bardzo utożsamiam się z tym przekazem i staram się chociaż czasem oddalić od zgiełku życia. Klasztor w Radoniach jest tym dla mnie miejscem.

Anonimowy pisze...

Fot. "Starry Sky"

Pewnego razu, a było to bardzo dawno, zdarzyło się, że w letnią noc wychodziłem na dwór i bez wyraźnej przyczyny podniosłem głowę do góry i nagle zobaczyłem cud rozgwieżdżonego nieba na prawdę! tzn. tak, jak człowiek, który przybył na jakąś obcą planetę bez wcześniejszych wyobrażeń na jej temat. W jednym momencie zastygłem w zachwycie, przeszedł mnie dreszcz, a za chwilę znów powrócił "filtr". Długo potem nie mogłem się otrząsnąć. Dziś, po latach chciałbym podzielić refleksją, że my nie widzimy tego świata w jego rzeczywistym pięknie, ale przez filtr jakiegoś obrazu, który się narzuca, można by go nazwać "filtrem socjalizacji". Dlatego zawsze bezcenne są takie doświadczenia "pierwotnej jedności". To takie widzenie świata, jakby przed naszym narodzeniem albo po naszej śmierci... później, bardzo trudno wraca się do realiów życia społecznego, człowiek ma wrażenie, że jest z kosmosu i chcąc nie chcąc staje się aspołeczny...
Jeśli zaś chodzi o nutę i zapach dzieciństwa to posłużę się piosenką: https://www.youtube.com/watch?v=RRPKzMM1qxY
Pozdrawiam :) piotrek

Anonimowy pisze...

"Piosenka o niebie" też należy do kanonu moich "ulubionych"... /p.
https://www.youtube.com/watch?v=rK4zbT3laCo

Ewa pisze...

Dzisiaj trafiłam na blog Ojca. Wprawdzie jestem osobą dojrzałą wiekiem, ale dopiero teraz dojrzewam do tego, co wielu współczesnych nazywa minimalizmem. Mam na myśli nie tylko minimalizm rzeczy, ale także (a może przede wszystkim) minimalizm spraw, zajęć, oczekiwań czy aspiracji. Dopiero czytając ten tekst zdałam sobie sprawę, że nie o minimalizm w życiu mi chodzi, ale tak naprawdę potrzebuję ascezy - ascezy we wszystkich aspektach życia materialnego, oczekiwań, aspiracji czy ambicji. Dziękuję, że zwrócił Ojciec nam uwagę na potrzebę ascezy i prostoty w życiu.

Anonimowy pisze...

a dziś to Ojciec ''nazywa coś, co przeczuwałam, ale nigdy nie potrafiłabym tego tak precyzyjnie i dogłębnie nazwać'', dziękuję za to...

Anonimowy pisze...

Ojcze, dziękuję Ci za tego bloga i za to, że naprowadziłeś mnie na ścieżkę adoracji, wyciszenia i modlitwy serca. Nie wszystko rozumiem, nie do końca wiem o co chodzi ale serce czuje, że idzie w dobrym kierunku. Dzięki. Ania

Pustynne Echa pisze...

Uważam, że nie jest to zwykły wpis, to świadectwo, które wymagało od Autora odwagi!
A kiedy czytałem o Jego odwiedzinach w mojej świętokrzyskiej ojczyźnie, poczułem jak nostalgia zalewa moje serce, a do oczu napływają łzy...
https://www.youtube.com/watch?v=UslFzseY4dI

Anonimowy pisze...

Trochę tak jakbym czytał o sobie.Uwielbiam ciszę lasu,adoracji,każdy otwarty napotkany na rowerowym szlaku wiejski kościółek.Przyznam,że trudno mi się wychodzi z takich miejsc,czuję się w nich poprostu ,jak u siebie w domu.Człowiek nawet nie wie,że czas płynie.Lubię,też modlić się i czytać Biblię rano ,im wcześniej tym lepiej.Przyznam,że lubię ludzi,ale kontakty z duża częścią z nich męczą mnie.Taki żywot introwertyka...

Pustynne Echa pisze...

Zachęcony wyprawą Ojca na Święty Krzyż sięgnąłem do internetu, aby nieco poszerzyć wiedzę dotyczącą tego miejsca, a właściwie to- o zgrozo-rozjaśnić własną niewiedzę. I co tam ciekawego znalazłem? Dowiedziałem się na przykład, że obecnie nad Klasztorem Świętego Krzyża sprawują pieczę Księża Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej, i jest to najstarsze sanktuarium na ziemiach polskich, w którym od 1000 lat są przechowywane i czczone Relikwie Krzyża Świętego. I tak sobie teraz myślę w perspektywie możliwych planów Boga, czyżby szykował nam się jakiś powrót do korzeni...?

Weronika pisze...

Poruszające, inspirujące i bardzo osobiste. Dziękuję!

Prześlij komentarz