sobota, 7 stycznia 2012

Wszystko musi zostać poddane próbie

Wpis o samotności wywołał lawinę komentarzy. Jakby ktoś podpalił lont prowadzący do bomby, która wybuchła po kilku minutach.








Czytam z uwagą Wasze wpisy, e-maile. Na większość z nich nie jestem w stanie odpowiedzieć dłużej, a jeśli czasem się udaje, na pewno nie są to odpowiedzi, z jakich byłbym zadowolony. Nierzadko odpisanie wymagałoby poświęcenia całego dnia, a i tak byłby to zaledwie wstęp do kolejnych rozmów. Nie da się kilkoma słowami ująć tego, co wydarzyło się w życiu człowieka przez ostatnie dziesięć, dwadzieścia lat.

Zawsze staram się obiecać modlitwę, regularnie mówię o Was Jezusowi podczas adoracji. Podobnie, jak i część z Was, jestem pełen pytań, dlatego chodzę z tym do Kogoś, Kto te odpowiedzi zna.

Wpis o samotności wywołał lawinę komentarzy. Jakby ktoś podpalił lont prowadzący do bomby, która wybuchła po kilku minutach.

Nie ukrywam, temat jest mi bardzo bliski i wciąż będę się upierał, że nie ma dojrzałej osobowości, bez samotności twórczo przeżywanej.

W ferworze dyskusji łatwo jednak powiedzieć coś zbyt szybko, wypowiedzieć słowo, które może zaboleć. Odnoszę wrażenie, że tak stało się tym razem.

Na pytanie, któregoś z dyskutantów: „a co jeśli samotność nie jest wyborem i ciąży?" szybko napisałem: „jeśli z czymś usilnie walczymy i nie możemy tego zmienić, to może lepiej pokochać?”

„Super” – błyskawicznie wyświetlił się gorzki komentarz.

Autor ma rację. Z samotnością jest jak z cierpieniem. Nie mamy prawa się mądrzyć. A szczególnie, jeśli nosimy habit czy sutannę.


Przyznam się do czegoś. Im dłużej jestem księdzem, im więcej czytam, rozmawiam z ludźmi, modlę się, tym więcej pytań się pojawia. Zamiast pewnych rozwiązań, częściej narasta poczucie bezradności czy nawet bezużyteczności. Za trzy tygodnie kończę kolejne studia z zakresu socjoterapii. Przez kilkanaście miesięcy uczono mnie jak pomagać, aby nie zaszkodzić, jak towarzyszyć, aby nie uzależniać od siebie. Wiele się dowiedziałem, ale jeszcze więcej pokory nauczył mnie Bóg. Kończę z bagażem kolejnych pytań i wątpliwości. Jest ich więcej, niż kiedy zaczynałem.

Przy cierpieniu zawsze trzeba milczeć, nie wymądrzać się, aby nie popaść w zuchwałość, nie zachować się jak przyjaciele Hioba. Nieraz chciałoby się pewne rzeczy przyśpieszyć, najlepiej gładkimi, szybkimi mądrościami. To niemożliwe.

Tam, gdzie ludzki ból, tam zawsze jest „ziemia święta”. Gdzie niesprawiedliwość i krzywda, tam cierpiący Chrystus.

Tylko dlaczego On nie interweniuje, gdy tak bardzo potrzebujemy Jego mocy? Może dlatego, że nie wszystko musimy widzieć teraz? Może to doświadczenie ma nas czegoś ważnego nauczyć?

Bóg dla każdego człowieka chce dobra i szczęścia. Zło nie pochodzi od niego. Jestem jednak przekonany, że On z każdej sytuacji, nawet najtrudniejszej, potrafi wydobyć dobro. To jakaś przedziwna tajemnica krzyża

Pracowałem na onkologicznym szpitalu dziecięcym. Widziałem jak rodziców choroba dziecka łączyła, dzieci stawały się dojrzalsze i bardziej empatyczne. Spotykałem jednak i takich, którzy sobie zupełnie z cierpieniem nie radzili. Widziałem rozpadające się małżeństwa, dzieci przepełnione bólem, pełne buntu, noszące w sobie poczucie niesprawiedliwości. Nigdy nie śmiałbym powiedzieć komukolwiek z tych osób, że Bóg tak chciał. To byłoby nieludzkie.

Zdarzały się budujące momenty, gdy zarówno dzieci jak i ich rodzina nawet w chorobie odnajdywały sens.

Odnaleźć dobro w cierpieniu uważam za wielką łaskę. Tak staram się też patrzeć na swoje życie, na to co się w nim dzieje, na ludzi z którymi mieszkam, których spotykam, za których się modlę.

Nie ma chwili, którą Bóg miałby w naszym życiu opuścić. Wszystko musi być więc objęte Jego opieką.

Kilka dni temu odbyłem na ten temat bardzo długą rozmowę z Gosią Wałejko, żoną i matką trójki dzieci (jedno już w niebie). Gosia to osoba bardzo mi bliska, zarówno duchowo jak i osobowościowo, znamy się jeszcze z czasów Szczecina. Na ten temat pisała doktorat i teraz pracuje nad habilitacją.

Mam wiele myśli po naszym spotkaniu, wiele z nich dotyczy właśnie tej tematyki. W najbliższych dniach spróbuję szerzej poruszyć wątek.

Tymczasem fragment listu Tomasza Mertona do Czesława Miłosza:


Życie jest po naszej stronie. Milczenie i Krzyż, które znamy, to siły, których nie da się pokonać. W milczeniu i cierpieniu, w rozdzierającym wysiłku, aby pozostać uczciwym pośród nieuczciwości (przede wszystkim naszej własnej nieuczciwości), we wszystkim tym jest zwycięstwo. To Chrystus prowadzi nas poprzez ciemności życia do światła – o jakim nie mamy pojęcia, a które można znaleźć jedynie przechodząc przez pozorną rozpacz.

Wszystko musi zostać poddane próbie. Wszystkie relacje muszą przejść przez doświadczenia, wszelka wierność musi przejść przez próbę ognia. Wiele trzeba stracić. Wiele w nas musi zostać zabite, nawet z tego, co w nas najlepsze. Ale Zwycięstwo jest pewne. Zmartwychwstanie jest jedynym światłem i z tym światłem nie można pobłądzić.



Zachęcam, aby sytuacjach, w których tak bardzo czujemy się samotni i potrzebujemy światła, pomodlić się o osobę, do której moglibyśmy pójść i zwyczajnie porozmawiać. Złapać dystans. A jeśli tej osoby nie dostaniemy, nie wolno tracić nadziei. Może sam Bóg chce nam udzielić pocieszenia? Systematyczna modlitwa (cierpliwe trwanie przy Panu) jest tu niezbędna. Sama psychologia nie wystarczy. 


The Drums: Down By The Water

Wiem, że jest ciężko, wiem, że jest ciężko.
Wiem jak trudno być w twojej sytuacji.
Jeśli oni przestaną cię kochać, ja nigdy nie przestanę.
Jeśli oni przestaną Cie potrzebować, ja zawsze Cię będę potrzebował.



66 komentarzy:

Somebody pisze...

Staję się fanatykiem ojca pisania. Dziękuję.

Zuza pisze...

Św. Augustyn powiedział:"Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu". Nawet jeśli przychodzi kryzys, załamanie, zwątpienie, samotność. One też mają swoje miejsce w naszym życiu. Czasem Pan Bóg wywróci nam świat do góry nogami po to, byśmy mogli zobaczyć, co nadaje się w nim do remontu, co trzeba zmienić, przebudować, odnowić. I chociaż na początku, tak po ludzku, trudno nam uwierzyć, że te gruzy to po to, by zbudować na tym coś nowego, to Największy Budowniczy nie zostawia bez narzędzi. Namiesza, ale i pokaże co z tym zrobić. Przychodzi ukojenie, głęboki oddech i bierzemy się do roboty.
Psychologia może być takim narzędziem...Sama nie, ale z modlitwą, cierpliwością i pokorą, może całkiem nieźle odrestaurować nasze funkcjonowanie. Czasem trzeba dać sobie czas, przeczekać, przetłumaczyć, przemyśleć sobie sytuację, żeby chcieć ją przemodlić. A czasem trzeba porządnie przemodlić, żeby dać sobie czas, przeczekać, przetłumaczyć, przemyśleć sobie sytuację...I chyba nie ma na to reguły, co pierwsze. Jedno bez drugiego...wszystko jedno w jakiej kolejności. Ważne, żeby zadziałało...

TomWaits pisze...

Życie jest po naszej stronie.

Aleks pisze...

Z ciszy i samotności...
Niech każdy znajdzie w tym coś dla siebie...
jeśli umie...
jeśli chce...
http://www.youtube.com/watch?v=UgbcuKbUEtY

nashim pisze...

ładna ta piosenka The Drumers.
Ja też mam jedną:
http://www.youtube.com/watch?v=hSH7fblcGWM

Gaba pisze...

"Wszystko musi zostać poddane próbie"- tylko czasami tak trudno uwierzyć,że "jeszcze będzie przepięknie,jeszcze będzie normalnie..."

Anonimowy pisze...

Nakarmiłam się duchowo :) Chciałam się zapytać Ojca, jak powinniśmy towarzyszyć, aby nie uzależniać? Nie wiem jak towarzyszyć i pomagać dobrze, z korzyścią dla drugiej osoby... Oczywiście rozumiem, że Ojciec ma dużo zajęć i mało czasu, więc nic się nie stanie jak Ojciec nie odpowie na to pytanie albo jak odpowie, ale po jakimś długim czasie ;) Pozdrawiam :)

nul(ka) pisze...

A w ogóle to dobrze by było gdyby Ojciec betonowego bloga w formie książkowej wydał. W ramach poradnika dla zmęczonych poszukiwaniami, zagubionych na bezdrożach, zwisających za szelki w próżni i innych sytuacjach życiowych które człowiek sobie potrafi wykombinować.

Anonimowy pisze...

podpisuję się pod powyższym pytaniem i też będę wdzięczna za odpowiedź

o. Krzysztof pisze...

Starajcie się podpisywać nickami, nie używając opcji "Anonimowy".

Co do pytania. Myślę, że wzorami są prawdziwi Mistrzowie jak Albert Wielki w stosunku do Tomasza z Akwinu czy Mnisi Pustyni do swoich uczniów. W pewnym momencie potrafili się wycofać po to, aby druga osoba mogła się rozwinąć. To myślę, najlepsze kryterium. Dobry wychowawca, rodzic, przewodnik to taki, który chce doprowadza podopiecznego do momentu, aby on już go nie potrzebował. To się nazywa duchową dojrzałością.

A Wy co o tym myślicie?

nul(ka) pisze...

Gdyby, miało się Ojcu zalęgnąć jakieś nieciekawe uczucie (chociaż naprawdę nie wygląda, ale strzeżonego należy strzec jeszcze bardziej) to na łapce podaję:"Co masz czego byś nie otrzymał (ludzi sytuacji, zdolności, okoliczności, możliwości ..wystarczy?) a skoro otrzymałeś, czym się chlubisz." No wiem, bezczelna jestem, ale końcu każdy sądzi po sobie.

o. Krzysztof pisze...

Nul(ka) to jeden z moich ulubionych fragmentów Pawła!

nul(ka) pisze...

Że to prawda, i myśl jest słuszna.I że lepiej unikać takich którzy z błyskiem w oku mówią JA cię poprowadzę. Dziękuję, pychy to ja mam dość własnej.
Na poważnie o druku "betonu" - są tam teksty które chciałoby się położyć ludziom przed oczami. Z drukowaniem i rozpowszechnianiem sobie od tak jest problem od strony prawnoautorskiej.
Nie wiem czy to jest proste i czy możliwe, ja tylko po raz kolejny myślę że potrzebne.
Socjoterapia.. no przecież, kurczę, akurat gdzie jak gdzie ale tu u Ojca to jako pacjent mieszczę się idealnie.
No widzi Ojciec. Paweł to jest mocny gość. Prawie jak Abraham.
I dziękuję, że mi Ojciec nawiaski dodaje. Bez potrzeby kawałka życia nie zamykam.

grzanka pisze...

Myślę, że najwspanialej i najpełniej człowiek czuje się gdy sam potrafi zadecydować, rozwiązać swoje problemy, mieć na tyle rozwinięte sumienie by móc mu zaufać. Dlatego właśnie zarówno rodzice, wychowawcy jaki i przewodnicy czy psychologowie powinni postawić fundament, by potem popchnąc takiego człowieka w świat. Samego. Czasem mi się wydaję, że Kościołowi na rękę jest traktowanie swoich wiernych jak zagubionych owieczek, mówienie im odkąd dokąd... Jest to droga prostsza, ale chyba nie prowadzi do dorosłości...

o. Krzysztof pisze...

@Grzanka: to jest ideał, o którym piszesz i takiej dojrzałości i zdrowego "pchnięcia w świat" Ci z serca życzę. Jednak każdy z nas potrzebuje na różnych etapach życia ludzi, którzy wesprą, wskażą drogę.

@Nul(ka): też się boję takich ludzi i również szukam Mistrzów. Są pewne rzeczy których w książkach przeczytać się nie da. Potrzeba doświadczenia życiowego - dlatego myślę, że i wiek człowieka jest istotny. A z tekstów korzystaj, jeśli tylko się przydają.

nul(ka) pisze...

Dziękuję Ojcu.

Aeris pisze...

Nie mogę się powstrzymać, żeby się z kimś nie podzielić moim dzisiejszym odkryciem muzycznym :)
http://www.youtube.com/watch?v=vmKkj2TesVA&feature=youtu.be
Dziękuję za te wpisy, za komentarze.. Są takie akurat na ten moment. To chyba właśnie tak jest, że gdy potrzebujemy, Bóg zsyła nam ludzi, teksty czy wpisy na blogach :) w których odnaleźć można odpowiedzi i wskazówki na dalszą drogę. Pozdrawiam wszystkich czytelników i Ojca!

nashim pisze...

apropos pytania "jak pomagać, żeby nie uzależniać", to przedewszystkim trzeba mieć rozeznanie/doświadczenie (modlić się o rozeznanie), czego dana osoba od Ciebie w danej chwili potrzebuje i jak ty daleko w to możesz i powinieneś wejść. I trzeba to też weryfikować w trakcie.

Paoop pisze...

W tym samym temacie:)
Myślę, że najważniejsze to pozwolić doświadczyć wolności, wprowadzić w samodzielność, w zdolność dokonywania mądrych wyborów.. włącznie z decyzją o odejściu. Być przede wszystkim inspiratorem, uświadamiać, że się zmieniamy, zmieniają się nasze oczekiwania, że z dnia na dzień rozwijamy się coraz bardziej. A jeśli trzeba być niewidocznym i pomagać.... kreować rzeczywistość tak, żeby służyła wzrostowi drugiej osoby.
Dobrej niedzieli:)

Tomek pisze...

@Paoop: zgadzam się z tym, że musimy uświadomić sobie zmienność świata. Na to trzeba się zgodzić. To dynamika życia. Zakon, do którego się wstępowało nie jest takim samym dzisiaj zakonem. Wszystko podlega zmianom. I dobrze, ze tak jest. Stagnacja, bezruch, zastój to nic dobrego. To tak, jak z mlekiem włożonym do lodówki na kilka tygodni. Mimo "wyśmienitych" warunków mleko popsuje się. Jedynym azymutem niezmiennym jest Bóg. I dobrze, ż tak jest.
pozdrawiam
tomek

TomWaits pisze...

Tomek: jesteś zakonnikiem?

aurin pisze...

Czytając przypomniał mi sie utwór Chili my- pustynia
http://www.youtube.com/watch?v=L9Dil1KqYAc I jeszcze tu znalazłam takie cóś
http://www.gazetaswiecka.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=316:zoto-w-ogniu-si-probuje&catid=43:dowiadczenia&Itemid=53

Tomek pisze...

@TomWaits: Bardzo bliska jest mi duchowość zakonów klauzurowych, takich jak kameduli, trapiści. (Ci ostatni w Polsce nieobecni.) Poznałem z obu tych zakonów wielkie, żyjące osobowości. Ojców duchowości pierwszej klasy. A zakonnikiem (jeszcze) nie jestem. :)
Pozdrawiam
tomek

o. Krzysztof pisze...

@Tomek: pomodlę się o światło Ducha Świętego dla Ciebie. Cieszę się, że są tu osoby z którymi dzielimy podobne fascynacje. Nieśmiało zapytam: może jednak dominikanie? :)

+

AA pisze...

Ojcze dziekuje za te slowa , one sa jakby dla mnie dzis specjalnie napisane. z modlitwa Agata

O_N_A pisze...

Jeśli jakiś mistrz, przewodnik duchowy, intelektualny, itp.nie potrafi w odpowiednim czasie zostawić swojego podopiecznego, tylko cały czas go przy sobie trzyma, nie pozwala mu się rozwijać, nie pozwala mu upadać i może nawet czasem błądzić, nie jest dobrym nauczycielem. Nadchodzi w końcu moment, w którym podopieczny zaczyna być uzależniony od swojego kierownika (po trosze z winy kierownika), jego traktuje jak boga, nie zważając zupełnie na to, że kierownictwo duchowe ma prowadzić do Boga, a nie do traktowania człowieka (nawet najbardziej świętego i dojrzałego duchowo), jako tego, który ma moc większą od Niego samego.

Trzeba tylko umieć wyczuć ten dobry, odpowiedni czas na pozostawienie kogoś samym, żeby nie zostawić drugiej osoby w momencie, w którym ona jeszcze naprawdę poprowadzenia potrzebuje. Gdy taki ktoś zostanie sam - zginie.
A wyczucie takiego momentu chyba nie jest łatwe?

o. Krzysztof pisze...

Właśnie przygotowuję kazanie na mszę dla podopiecznych sióstr kalkutanek i myślę, że właśnie te siostry od Matki Teresy mają w sobie taki rodzaj wolności: z uwagi na międzynarodową wspólnotę, częstą zmianę placówek i troskę o życie kontemplacyjne wskazują na Jezusa, a nie na siebie.

Szperając w notatkach odkryłem ogromnie pasjonujący wątek: samotność w ujęciu duchowym, ale też z punktu widzenia psychiatrii. Chyba czeka nas kolejna obfita dyskusja, bo wpisów na ten temat zapowiada się kilka.

I czekam na konkursowe fotki.

DR pisze...

Właśnie o tym samym pomyślałam O_N_A, że trzeba mieć niesamowite wyczucie, żeby wiedzieć,kiedy Uczeń może już opuścić Mistrza i nie zginie. To podobnie jak z wychowaniem dziecka, odnosisz wrażenie,że już mocno stoi na swoich nogach, ma wpojone wartości, które dalej poprowadzą go przez życie bez większych potknięć i nagle piorun z jasnego nieba, bo okazuje się,że to jeszcze nie była właściwa chwila na wypuszczenie dziecka w świat. Chyba jednak najważniejsze jest to,żeby człowiek którego mamy pod swoją opieką, którego kształtujemy, nieważne duży czy mały, zawsze wiedział,że ma drogę powrotną i kogoś kto zawsze będzie na niego czekał.
Pozdrawiam:)

Alfama pisze...

samotność tak to znów wpis dla mnie do zastanowienia sie jak ja ką postrzegam odczuwam - wybór (luksus ?) konieczność( cierpienie ?). Szczerze to jak pierwszy raz czytałam to co O. Pałys napisał lub jak kto woli "wrzucił na bloga" poryczałam się (dobrze,że nikt z Was mnie nie zna to mogę to spokojnie napisać)i pomyślałam, że to dla mnie i trochę o mnie. Potem wzięłam Mertona i wpis z 2 sierpnia 1960 Modlitwa o Boże miłosierdzie. I ostanie jej zdanie "W tym sensie kto szuka ten znajdzie"Mt.7,7. "poszło" ze mną na Mszę Św.

cicicada pisze...

@DR ładnie ujęte: "Chyba jednak najważniejsze jest to,żeby człowiek którego mamy pod swoją opieką... zawsze wiedział,że ma drogę powrotną i kogoś kto zawsze będzie na niego czekał." Dla mnie też najważniejsze to mieć poczucie wsparcia. I wcale z osobą, która się mną "opiekuje" (tu akurat bardziej odnoszę się do własnych doświadczeń korporacyjnych niż duchowych) nie muszę prowadzić wielu długich rozmów, czasami po prostu wystarczy wiedzieć, że w razie problemów, dylematów jest ktoś do kogo można pójść i zapytać o radę... i wcale nie oczekuję, że ktoś podejmie za mnie decyzję... ale jednak, co dwie głowy to nie jedna:]

gosia pisze...

Nawet człowiek żyjący samotnie może nie być samotny. Wystarczy zobaczyć, że obok jest drugi człowiek. Może przez ścianę, może dwie ulice dalej, a może gdzieś w miejscu pracy czy tam gdzie spędzamy czas..
Napisałam wystarczy choć wiem, że zaraz ktoś napiszę, że nie zawsze łatwo jest wyjść, otworzyć się na ludzi... Jasne, ale jeśli zaczniemy patrzeć przez okno, a nie w lustro to myślę że wtedy zauważymy więcej. Zauważymy wszystko dookoła nas, a nie tylko nasze odbicie i naszą samotność.
Życzę zatem wszystkim by potrafili patrzeć przez okno i wychodzić do ludzi : )

Zuza pisze...

W ramach dzielenia się linkami:

http://www.youtube.com/watch?v=wXsQbzBQ6ck&feature=related

Jak COŚ może powstać od niechcenia....pozornie od niechcenia...:)

Jak to czasem paradoksalnie jest, że im bardziej nie chcemy, tym bardziej mamy. Twardowski w jednym ze swoich wierszy pisze tak o miłości: "trzeba nie chcieć jej wcale wtedy przyjdzie sama". Może to jakiś plasterek dla tych, co cierpią z powodu takiej samotności...

DR pisze...

@cicicada- no właśnie, ja też tak to czuję:)
Pozdrawiam

nashim pisze...

jeszcze do tej pomocy- to chyba wymaga dojrzałości od pomogającego, bo "ślepy ślepego" raczej nigdzie nie zaprowadzi i w dodatku mogą się wzajemnie nieźle pocharatać (np. uzależnić)

kajak pisze...

"Kiedy spotykam osoby, które nie wybrały ani wspólnoty zakonnej, ani małżeństwa, pytam: komu ofiarowałeś, albo komu masz zamiar ofiarować swoje życie?"
Cóż, może wolno niektórym tak pytać. Ale i zapytanym może wolno nie odpowiadać. Przez okno, nie w lustro - to może najpierw?

skowronek... pisze...

No właśnie: osoby, które wybrały zakon, które wybrały małżeństwo, a może takie, które żyją dla innych, Boga, ale nie są "związane"... co z tymi?

Taxi pisze...

Skąd masz ten cytat Kajak?

O_N_A pisze...

@Taxi: to chyba cytat z o.Mirosława Pilśniaka OP "Miłość, przyjaźń, modlitwa czyli wszystko, co najważniejsze."

nashim pisze...

O_N_A, to trochę brutalny jest, zapomniał chyba o tych, co żadnego wyboru nie mieli.

kajak pisze...

A nawet na pewno. Znalazłem go na IV stronie okładki grudniowego "Listu".

kajak pisze...

Mocny jest, i pewnie o to chodziło. Jeszcze zwróciło moją uwagę, że żyjących we wspólnocie zakonnej czy małżeństwie nikt nie zapyta,komu ofiarowali albo zamierzają ofiarować swoje życie, co tak naprawdę wybrali, itp.

nul(ka) pisze...

idący do zakonu oddają życie Bogu, małżonkowie małżonkowi i dzieciom, samotnik ma wszelkie szanse żyć dla siebie , jeśli sobie nie postawi pytani , jak je sensownie przeżyć. pytanie jest porządkujące, pytanie o sens tego co robisz.
a gdyby ktoś pytał - mówimy o chrześcijańskim życiu i ono nie ma byś poświęcone wąchaniu kwiatów i przeżyciu bezstresowym , jak najmilej i niekoniecznie po coś.

nul(ka) pisze...

dodam - i robią tak dla własnego szczęścia
trzymajcie się ciepło.

Anonimowy pisze...

Tak, nul(ko), ono o to jest też. Ono o to jest przede wszystkim. Mówimy o chrześcijańskim życiu i ono ma być poświęcone, ale nie wąchaniu kwiatów i bezstresowemu przeżyciu. Wszelako funkcja polemiczna mi się włączyła i każe napisać, że, jak zauważa nashim, niektórzy nie mieli wyboru albo (to już kajak) są bardzo głęboko przekonani, że go nie mieli, są małżonkowie, którzy nie mają dzieci oraz tacy, którym status małżonka musi wystarczyć za wszystkie dole i niedole małżeńskiego pożycia, są ci,którzy się poświęcają, choć może lepiej byłoby, gdyby jednak realizowali powołanie do wicia wianków z kwiatów polnych... O antyświadectwach rozpisywać się nie zamierzam; bylem się sam takim nie stał i zbyt sobie cenię skróty myślowe. Pozdrawiam jeszcze w tym odcinku i płynę ku następnemu - anonimowy kajak

nul(ka) pisze...

Ja jednak w obronie pytania - bo ono ma sens, bo każe poszukać kierunku, sensu w tym co się z własnym życiem robi. Ech. za mało czasu. To jest niezręcznie użyte słowo ofiarujesz. Komu, albo czemu służy Twoje życie, co z nim robisz.
Tak byłoby lepiej?

nul(ka) pisze...

z czym innym przyszłam, z książkami, oddam w dobre ręce, jeśli ktoś zechce:
S.Świeżawski " Św. Tomasz na nowo odczytany", polecam . Kilka cennych odpowiedzi od Tomasza czym jesteśmy, to nie jest bułka z masłem ale dobry chleb.
o.Kłoczowski "Sztuka owocnego życia"

kajak pisze...

Nul(ko), jest dobrze i tak. Pytania są różne, ich (z)rozumienia też. Zadawać sobie jednych w nadziei na drugie, póki co, nie przestaję. Ale i tej myśli nie rozwinę - zwinę ją natomiast, bo jest ewidentnie kajacza, a czasu (za) mało. Pozdrawiam!

krzysztof pisze...

ten tekst o samotności.. okrutny. z samotnością nie da się pogodzić. nie kiedy się jej nie chce. tak samo jak z kolejnymi porażkami, wciąż nowymi próbami na które wystawia nas życie. łatwo jest powiedzieć komuś "pogódź się".. heh.. zapewne fajnie być takim dominikaninem. w duchowej kontemplacji odnajdywać rozwiązanie wszystkiego. wyobrażam to sobie. to łatwe. pokładać nadzieje do tego stopnia że najbardziej kręta droga jawi się niczym prosta szosa. miałem kiedys takiego katechetę, księdza. czy snieg czy słońce. zawsze chodził w sandałach. prawił o prawdach zyciowych. strasznie dogmatyczna persona. aczkolwiek szacunek miał u mnie za to. raz jeden jak dzisiaj pamiętam katechezę która zakończyła się z mojej winy zanim wedle jego planu się rozpoczęła. zadał pytanie na początek. miał taki zwyczaj. tym razem zapytał "czym jest piekło a czym niebo". poirytował mnie mocno fakt że zaczęły padać jakieś bez sensowne teksty o aniołach i ogniu wiecznym. zostawiłem na to kilka minut o potem rzuciłem krótko - "są stanem ducha". cisza zapadła głucha wtedy. on sam pobladł bo choć był takim typem znającego na wszystko odpowiedź dominikanina nie wiedział co powiedzieć. zupełnie jakbym zadał mu cios w postaci przyniesienia mu elementu układanki do zwieńczenia której całe życie brakowało mu czegoś. potem zdyskusja potoczyła się już jedynie między nami. heh.. otóż. samotność to najgorszy rodzaj piekła. obojętnie czy poszukujesz drugiej połówki, czy osamotniony jesteś w chorobie.. nie wyobrażam sobie niczego gorszego. jak być samotnym właśnie. do tego stopnia że modlitwa nie przynosi nawet upragnionego ukojenia. a sam Bóg zdaje się być nie dla nas.

o. Krzysztof pisze...

Krzysztofie, mój imienniku, dziękuję za ten wspis. Musi Ci być ciężko.
Dla mnie świętość Matki Teresy polegała na tym (obok wielkich dzieł) że pomimo ogromnego poczucia samotności dawała innym siłę - rozumiała jak nikt czym jest ból odrzucenia. Niech nie braknie Ci nadziei. Wspieram w modlitwie +

Alfama pisze...

@krzysztof,bardzo mnie poruszyła Twoja odpowiedź,siedzę w tłumie ludzi i czuję się ogromnie samotna, też się miotam, mi wszyscy mówią "dasz radę" a mi się chce wtedy wyć (autocenzura nie pozwala napisać co naprawdę chcę odpowiedzieć)S.C. Lewis pisał,że piekło to wieczne niezadowolenie (po polsku nie brzmi tak dobrze)czyli stan ducha, tak piekło samotności czy jak pisze @nul(ka) osamotnienia czy dla mnie bezsilności. Poddałam walkę czyli przegrałam? Zostałam sama z Dekalogiem (VII i X).Czy może być piekło wierności, która daje samotność?

Anonimowy pisze...

Odwiedzam Ojca blog i czytam. Wielkie dzięki za słowo! uwielbiam Mertona i fascynuje mnie życie zakonne...i coraz bardziej dominikanie, do których zresztą również uczęszczam na Eucharystię w niedzielę i w tygodniu..to niesamowite, że w takiej pokręconej rzeczywiśtości znajdują się jeszcze ludzie poszukujący BOGA w samotności i w modlitwie. Mimo że jeszcze studiuję odczuwam coraz mocniejsze przynaglanie w Jego stronę, co uważam za szaleństwo patrząc na moje jeszcze bardziej szalone dotychczasowe 26 letnie życie :) co robić? trwać bez końca na modlitwie i czekać? prosze o modlitwe, piotr ze sz-na

krzysztof pisze...

bracie Krzysztofie. z nadzieją jest już tak że sami do końca nie wiemy kiedy jeszcze z nami jest.
a kiedy jedynie pozostaje jej złudzenie obecności w naszym życiu. Matka Teresa miała boga na
wyciągnięcie swojej dłoni. dawał jej siłę i wiarę. i w tym wszystkim nie widzę osamotnienia.
to szczęście i największy dar być w tym świecie tym kim chce się być.
i móc pozostawić po sobie samym ślad. jedni ufają sobie budując drapacze chmur. Ona miała łaskę
stworzenia czegoś bardziej niezwykłego. w zaufaniu w Bogu które miała. więc zapytam teraz - czym
jest samotność? jakby jej nie definiować. niektórym brakuje przyjaźni, inni samotni są w chorobie,
w strachu przed życiem, w depresjach różnych. ja na przestrzeni lat różnie to sobie wyobrażałem.
teraz rozumiem że samotność każda wyłania się z braku obecności Boga. Brak Niego samego. to zaiste
jest piekło. gdzie go szukać? ile czasu szukać? może nie szukać? ja dzisiaj tutaj i teraz szukam gdzieś
i nawołuje go ale on zdaje się cicho milczeć. moze coś robię nie tak. nie wiem. nie jestem przecież nim,
nie mi dane wiedzieć wszystko. łatwo jest przecież modlić się pieknymi słowami kiedy wszystko się
układa. kiedy rozwiązania same przychodzą. łatwo wtedy mówić że ma sie z nim kontakt. gorzej kiedy
staje się z tej drugiej, najtrudniejszej strony. kiedy nie układa się nic. i ponownie nic. odwrócić
się? czy trwać?

największą próbą wydaje mi się i bólem. jest to oddalenie. i brak wiary.

Spokojna... pisze...

Krzysztofie, nawet jeśli "nic się nie układa" to warto trwać. W takich chwilach modlitwa jest trudna, bo mamy ochotę krzyczeć: dlaczego? w jaki w tym wszystkim sens? Ale o jednym Cię mogę zapewnić, że jeśli o wszystkim będziesz mówil Bogu na modlitwie, to wszystko przetrwasz, bo On nie daję nam czegoś nie na nasze siły. Jakiś czas temu też przeżyłam bardzo moją samotność , swoje problemy zawodowe i wtedy ta rozmowa z Bogiem przypominała raczej klepanie pacierzy w akcie desperacji,a na Mszy, Adoracji tylko myślałam o tym, że nie dam rady, cały czas przychodziły rozproszenia. Ale dopiero teraz widzę, że gdyby nie taka forma spotkania z Nim, gdybym nie trwała przy Nim "MIMO WSZYSTKO" to teraz nie mogłabym się cieszyć takim spokojem ducha i wewnętrzną radością:-) Dalej jestem sama, obowiązków zawodowych coraz więcej, ale radość życia ogromna....

Spokojna... pisze...

Popatrz na osoby, które żyja w zakonach, to dobry przykład TRWANIA przy Nim. Przecież Oni również maja dużo wątpliwości, pytań, pewnie czasem też maja poczucie osamotnienia, bywają dni kiedy też Im sie wszystko wali i mają dość, ale jednak żyją wg jakiejś reguły. Codziennie się modlą brewiarzem, na różańcu. I może tez czasem jest tak, że robią to "z pewna rutyną", ale popatrz jednak trwają w tym. I myślę, że dzięki temu mogą przetrwać różne chwile. Tak więc Krzysztofie, powierz to wszystko co nosisz. Nie chodzi o to, że masz być z Bogiem tylko wtedy, gdy się układa. I nie bój się byc z Bogiem szczery. Jeśli czujesz, że nie dajesz rady, to powiedz Mu o tym. Jeśli nie potrafisz w danym momencie posługiwać się "pięknymi słowami" to powiedz po prostu UFAM i tyle...

nul(ka) pisze...

@Krzysztof
+
"samotność każda wyłania się z braku obecności Boga. Brak Niego samego. to zaiste
jest piekło"
masz całkowitą rację.

nul(ka) pisze...

tzn samotność zła,odczuwana jako ciężar.
A Bóg, nawet jeśli tuż obok w pudełku na buty bo takie tabernakulum, to i tak na odległość wiary.

inka pisze...

Krzysztofie:
Matka Teresa wcale nie czuła Boga przy sobie, ona twierdziła, że nie ma wiary, a Bóg jest daleko od niej, a mimo to i wbrew temu uparcie dzień po dniu trwała przy Nim. Poczytaj jej prywatne pisma. A ty cytat dla Ciebie: "Nie mam nic - skoro nie mam Jego - którego pragnie posiąść moje serce i dusza. Samotność jest tak ogromna. Wewnątrz ani na zewnątrz nie mam nikogo, do kogo mogę się zwrócić. On zabrał mi pomoc nie tylko duchową - ale nawet ludzką".
W innym liście - "Ale przyjmuję wszystko, cokolwiek On daje, i daję wszystko, cokolwiek On zabiera. Ludzie mówią, że to ich zbliża do Boga - kiedy widzą moją silną wiarę. czy to nie zwodzenie ludzi? Za każdym razem kiedy chciałam powiedzieć prawdę - "że nie mam wiary"-słowa po prostu nie przychodzą-usta mam ciągle zamknięte. Ale mimo to nadal się uśmiecham do Boga i do wszystkich".
I jeszcze jedno ""Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie" Mt. 11,28-30."

Riand pisze...

Z wpisów Ojca widzę jak ciężką pracę/powołanie Ojciec ma- jedyne co mogę, to obiecuję modlitwę.

krzysztof pisze...

moi drodzy. ja nie mówię o nietrwaniu..dzisiaj zastanawiałem się nad wszystkim co chwieje moją pewnością chwili następnej. brak wiary mnie przeraża. przecież byłem pełen zaufania. zbyt pewien. łatwo mi przychodziło wszystko kiedy wieczorem moglem uśmiechnąć się w jego stronę i pomyśleć sobie że jutro też bedzie piekny dzień. ale potem przychodziły dni coraz mniej swietliste. i ja walczyłem. lecz coraz to gorzej. teraz czuję się ukaranym za wszystko to. za tą "wiarę".. na swój sposób. tym brakiem wiary własnie. zauwazylem że wiara często prowadzi do zobojętnienia człowieka. ostatnio widziałem kapłana w kościele wyganiającego z kościelnym bezdomnego. nie szukał Boga lecz pieniędzy. a może to sam Bóg go tam wysłał. kapłan był wielce rad ze swojej pogoni za tym człowiekiem. widziałem w jego oku iskrę.. ale nie była to iskra Boza.. z pewnoscia nie..ja czułem złość za to że brakło mi wiary dnia poprzedniego i że przepiłem wszystko co miałem w portfelu. prócz 20 groszy.. których jednak nie wyjąłem.. było mi wstyd. tak samo zupełnie jak wstyd jest mi że się pogubiłem w tej swojej pewności siebie. i przerażenie odczuwam że jest za późno na spowiedź szczerą.. na wybaczenie. na odzyskanie całej tej pewności i siły która pozwalała mi trwać i walczyc o siebie. o innych.

nul(ka) pisze...

NIE jest za późno
Nie jest na miłość boską za późno.
Walcz człowieku.
Walcz do cholery.
Nie skrzyczę cie na całe miasto, nie przytulę nie wytrzaskam ..
mam tu kogoś innego zamiast
NIE JEST ZA PÓŹNO

nul(ka) pisze...

na miłość Boga zywego. usłysz przynajmniej ty. niech dotrze do gardła niech ci się to wpali w serce jesteś Jego synem umiłowanym niech ci się to wpali w umysł.
jak każdy z nas a ja mu nie umiem wytłumaczyć że on też. zawalcz o siebie. ja muszę powalczyć z nim o niego . i wierz mi tez nie mam siły .

krzysztof pisze...

"cholera" to bardzo brzydkie słowo:) .. w każdym razie.. dzisiaj nie mam ochoty na rozważania głębsze. "ale powiedz jedno słowo.. a będzie uzdrowiona dusza moja..".. nic więcej nie chcę. tyle wystarczy. dzisiaj wystarczy. choaciaz niech poklepie po plecach. walczyć.. walczę. zawsze będę. nie chodzi o to jednak żeby walczyć w pojedynkę przecież..

Alfama pisze...

A czy czasem nie masz ochoty powiedzieć - moja wina moja wielka wina. Patrząc na te ostatnie 20 groszy. Jak można przepić 20 goroszy ? Ja na walkę nie mam już siły ochoty i po prostu wiary, że wygram już wiem przegrałam i bedę z tym żyć i to sama.

Zuza pisze...

Dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą...!

Jolaśka pisze...

Alfamo,
trzeba walczyć do końca, do ostatniego tchu, do ostatniego mrugnięcia powiek, żeby POTEM człowiek mógł sobie spojrzeć w oczy i powiedzieć zrobiłam wszystko co było można, to może nie do końca przegrałam???
Dla mnie to wciąż walka, każdego dnia, każdej godziny i wierz mi brakuje wiary, sil, snu, ochoty, nadziei ale walczę i Ty też walcz...

Alfama pisze...

@Jolaśka dzięki, żyję i to jest najpiękniejsze i mogę czytać Wasze wpisy i cieszyć się nimi lub irytować.

Prześlij komentarz