sobota, 11 maja 2013

Jak smakuje kontemplacja?

Żyjemy pośród coraz gładszych, coraz bardziej wypolerowanych powierzchni – jakbyśmy się lękali kontaktu z materią w jej surowej, nieobrobionej postaci.









Segregując notatki natknąłem się na wywiad sprzed kilku lat z reżyserem filmu "Wielka Cisza". Przeczytajcie o pękniętym rytmie snu, porozumieniu przez milczenie i o tym, że wszystko musi się stać we właściwym czasie.


***

ANITA PIOTROWSKA: – Życie w zamkniętym klasztorze ma swój szczególny rytm, jakże inny od tego, którym żyjemy na co dzień. Ten rytm udało się Panu uchwycić w filmie. Czy było trudno przyzwyczaić się do tych warunków?

PHILIP GRÖNING: – Początkowo było to doświadczenie bardzo dla mnie wyczerpujące. Musiałem nie tylko dostosować się do panujących w klasztorze zwyczajów, ale również sprawić, by widz na własnej skórze odczuł specyfikę tego miejsca, by dostroił się doń percepcyjnie. Wiedziałem, że mogę to sprawić tylko wtedy, jeśli sam podporządkuję się rytmowi życia zakonników. A wymaga ono wielu wyrzeczeń. Dzień jest ściśle uporządkowany: osiem godzin modlitwy, praca, posiłki, nabożeństwa, i tak codziennie, przez 365 dni w roku.


Im bardziej wchodzisz w ten nowy dla ciebie rytm, tym bardziej zmienia się twoje postrzeganie. Uświadamiasz sobie, że to właśnie ów świat na zewnątrz, z całą jego przebogatą ofertą, bardzo cię dotychczas ograniczał. I dopiero teraz, kiedy mija owo uczucie pustki, zaczynasz odczuwać radość z rzeczy najzwyklejszych. Zaczynasz je po prostu dostrzegać.


– Więc żył Pan zgodnie z regułą klasztorną i wstawał z mnichami na nocną modlitwę?


– Starałem się. Przed północą kartuzi budzą się, by wziąć udział w dwugodzinnej Jutrzni, po czym idą spać i budzą się przed szóstą rano. To bardzo interesujące doświadczenie – potrafi całkowicie odmienić stan umysłu. Stoi za tym bardzo stara tradycja, właściwa wielu innym religiom. Ów pęknięty rytm snu praktykowany bywa również przez niektórych artystów. Człowiek poddany takiemu doświadczeniu czasu zostaje całkowicie wyjęty z rytmu dnia codziennego. Daje mu to rodzaj szczególnej świadomości. Sprawia, że w jakiś sposób czujesz się ciągle zmęczony, ale jednocześnie twoja świadomość jest intensywnie natężona.

Na początku było mi z tym bardzo ciężko. Zwłaszcza że przekraczając próg klasztoru, musiałem zrezygnować z licznych dobrodziejstw ułatwiających nam życie: nie mogłem mieć ze sobą telefonu, nie miałem dostępu do mediów, musiałem zapomnieć o papierosach. Tego wszystkiego bardzo brakuje. Ale jednocześnie zaczynasz sobie powoli uświadamiać, jak bardzo jesteś od tych wszystkich rzeczy uzależniony. I wtedy przychodzi moment wielkiego smutku, poczucia wielkiej pustki. Zastanawiasz się gorączkowo, czym ją wypełnić. To bardzo ważny moment – właśnie spotkanie z pustką. Ona jest przecież częścią nas samych.

– To również czyni nas ludźmi. Zwierzęta podobno nie odczuwają pustki, nie znają uczucia nudy.

– Jednocześnie jednak czujesz, jak ten stan wewnętrznie cię osłabia. Ale to na szczęście mija z czasem. Im bardziej wchodzisz w ten nowy dla ciebie rytm, tym bardziej zmienia się twoje postrzeganie. Wszystko wokół zaczyna wydawać się prostsze, jakby bardziej obecne. Godząc się na pewne ograniczenia, przestajesz tęsknić, poszukiwać inspiracji gdzieś na zewnątrz. Uświadamiasz sobie, że to właśnie ów świat na zewnątrz, z całą jego przebogatą ofertą, bardzo cię dotychczas ograniczał. I dopiero teraz, kiedy mija owo uczucie pustki, zaczynasz odczuwać radość z rzeczy najzwyklejszych. Zaczynasz je po prostu dostrzegać – jak choćby to jabłko na stole.

– Czy martwe natury namalowane przez XVII-wiecznego artystę Juana Sancheza Cotána, mnicha zakonu kartuzów w Granadzie, były dla Pana inspiracją? Niektóre kadry wyglądają jakby żywcem wyjęte z jego płócien.

– Nie widziałem tych obrazów, musi to być więc jakiś cudowny zbieg okoliczności. Właściwie inspirowałem się tylko tym, co sam zobaczyłem w klasztorze.

– Świat sfotografowany w Pana filmie, choć dotyczy rzeczy raczej pozaziemskich, jest niezwykle zmysłowy. Każdy przedmiot: stół, szklanka, owoc, zdają się uchwycone w ich pierwotnym kształcie. Jakbyśmy patrzyli na nie po raz pierwszy.

– Żyjemy pośród coraz gładszych, coraz bardziej wypolerowanych powierzchni – jakbyśmy się lękali kontaktu z materią w jej surowej, nieobrobionej postaci. W Grande Chartreuse otaczały mnie przedmioty tylko najbardziej niezbędne, o najprostszej strukturze, przedmioty posiadające wyraźną fakturę, dostarczające sensualnych doznań. Przedmioty zredukowane do najbardziej podstawowej funkcji i przez to bliższe człowiekowi.

– Czy podczas tych miesięcy spędzonych w klasztorze czuł się Pan niczym jeden z mnichów?

– Niemal cały czas byłem jednym z nich. Czułem się częścią wspólnoty. Trudno uwierzyć w tego rodzaju bliskość, biorąc pod uwagę fakt, że reguła Grande Chartreuse zakazuje rozmów (z wyjątkiem niedzielnego spaceru). Nawiązywałem więc innego rodzaju przyjaźnie – może trochę dziwne, bo obywające się bez słów. Porozumiewanie odbywało się poprzez powtarzanie dzień w dzień podobnych gestów, poprzez fakt, że ktoś nagle popatrzył na mnie ze współczuciem, widząc, jak dźwigam na plecach mój statyw. O tej samej porze wstawaliśmy, na dźwięk dzwonu szliśmy na modlitwę, mieszkaliśmy w takich samych ciasnych celach, rąbaliśmy drewno, zachowując ten sam rytm. Dziwne, ale czułem się tam znacznie mniej samotny niż w moim „normalnym" życiu, choć nie wolno mi było z nikim rozmawiać i większość czasu spędzałem właściwie sam ze sobą. Miałem jednak poczucie jakiegoś zjednoczenia.

– Wrażenie bliskości nasila się, kiedy pokazuje Pan serię statycznych kadrów z twarzami mnichów. Patrzymy na nich długo, zastanawiając się, kim oni są, dlaczego tutaj się znaleźli? A może jest inaczej – może to oni patrzą na nas?

– Wiele było przyczyn zastosowania tego niefilmowego zabiegu. Po pierwsze, nie chciałem, żeby widz przyglądający się z bliska życiu mnichów czuł się jak podglądacz. Chciałem przełamać tę barierę poprzez otwarte spojrzenie moich bohaterów w obiektyw. Żeby widz wiedział, że mnisi mają całkowitą świadomość kamery i zgadzają się na tę obecność. Chodziło mi także o stworzenie możliwie bliskiego, bardziej naturalnego kontaktu z tymi ludźmi.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego pozwalam kartuzom na ten intymny moment. Pragnąłem nakręcić film o czystej obecności – obecności czasu, przedmiotów, ludzi. Ale dotyczy to również obecności widza – chciałem, żeby poczuł się trochę sam na sam ze sobą. Żeby również on zadał sobie pytanie: jak ja odnalazłbym się w takich warunkach? Czy jest coś, co mogłoby mnie skłonić do wycofania się z dotychczasowego życia i zamieszkania w klasztorze? To są o wiele ciekawsze pytania niż zastanawianie się, kim są sportretowani mnisi, jakie wiedli kiedyś życie i po co przybyli do Grande Chartreuse. Dlatego wolałem nie wyjaśniać w filmie zbyt wiele, ale po prostu skonfrontować widza z samą obecnością tych ludzi. Patrząc na nich, musimy zastanowić się nad tym, czego sami pragniemy. To działa jak podwójne zwierciadło. Daje też widzowi nieograniczoną wolność odbioru.

– A czy Pan nie zadawał sobie pytań w rodzaju: co ja tu robię? Nie miał Pan ochoty nagle zrezygnować z tego wszystkiego i wrócić do „normalnego" życia?

– Przygotowywałem się do tego filmu latami, ale na miejscu przeżywałem wiele momentów zwątpienia. Jak zresztą wielu mnichów. Czy jestem w tym miejscu odpowiednią osobą? Czy dam radę? Tego rodzaju pytania pojawiają się nieustannie.

– Z tą różnicą, że Pan przebywał w klasztorze tylko czasowo.

– Tak, planowałem początkowo trzy i pół miesiąca. Ale miałem wiele problemów technicznych z kamerą, więc poprosiłem przeora o możliwość przedłużenia pobytu. Chciałem też sfilmować klasztor w różnych porach roku, żeby oddać upływ czasu i zmiany zachodzące w naturze. Wykazali wiele zrozumienia i pozwolili zostać tak długo, jak będzie to potrzebne.

– Czy było coś, czego nie pozwolono Panu sfilmować, a co chciał Pan pokazać w filmie?

– Były momenty, kiedy instynktownie czułem, że nie wolno mi włączyć kamery. Np. raz w miesiącu mnisi spotykają się po Mszy, by dokonać publicznego wyznania grzechów. Wiedziałem, że jest to zdarzenie niezwykle kameralne, nawet mnisi nowicjusze nie mogą w tym uczestniczyć. Było więc dla mnie jasne, że nie powinienem przy tym być ani tym bardziej tego filmować.

– Poza tym nie było żadnych tabu?

– Nie, co niezwykle mnie zaskoczyło. To ja sam zastanawiałem się podczas pracy nad montażem, czy np. pokazać scenę, w której młody mnich naciera balsamem sędziwego współbrata. To przecież normalna część klasztornego życia: młodzi opiekują się starymi. Dla mnie mogło być to krępujące, ale dla nich starość jest czymś naturalnym. Nie czują przed nią żadnego lęku. Również śmierć nie wzbudza w nich strachu. Z ich strony miałem więc całkowitą swobodę filmowania.

– Nie czuł się Pan jak intruz, podchodząc z kamerą tak blisko do ludzi, którzy się modlą?

– Na początku prześladowało mnie to uczucie. Zadawałem sobie pytanie, czy mam do tego prawo. Jednak im dłużej przebywałem w klasztorze, tym mniej czułem się w swojej obecności natrętny. Oto kolejny powód, dla którego zdecydowałem się na pokazanie wspomnianej już sekwencji nieruchomych zbliżeń twarzy. Oni nie bali się kamery – to raczej ja miałem tremę podczas naszego spotkania. Dlatego potrzebowałem takiej bezpośredniej konfrontacji – żeby nie mieli wrażenia, że chowam się z kamerą gdzieś po kątach.

– Czy mnisi zachowywali się naturalnie przed kamerą?

– Całkowicie. Był tylko jeden mnich, który nie chciał być w ogóle filmowany. Wiedziałem o tym od początku, więc informowałem go zawczasu, gdzie i kiedy będę z kamerą, żeby był na to przygotowany. Ale pozostali nie mieli nic przeciwko. Nie bali się ani kamery, ani mikrofonu. Dla nich to po prostu kawałek metalu. Fakt bycia filmowanym nie ma dla nich specjalnego znaczenia, bo nie jest ważne, co pomyślą o nich potem inni ludzie. Stąd też w filmie nie było miejsca na inscenizację, na aranżowanie czy poprawianie czegokolwiek. Mogłem kręcić właściwie bez ograniczeń.

– Czy bohaterowie Pana filmu zobaczyli gotowe dzieło?

– Pierwszy pokaz odbył się w refektarzu. Mnisi mieli prawo wycięcia tego, co nie powinno, ich zdaniem, znaleźć się w gotowym filmie. Zaakceptowali jednak wszystko, choć dopytywali się o pewne szczegóły, komentowali ze śmiechem niektóre fragmenty – jak np. scenę mówienia do kota. Sami też dokonali wyboru cytatów z Pisma Świętego, które punktują poszczególne odsłony filmu.

– Pana film pokazywany był w kinach wielu krajów Zachodniej Europy. Mówi się, że społeczeństwo europejskie staje się coraz bardziej zeświecczone. Co takiego widzowie mogli odnaleźć w „Wielkiej ciszy"?

– Być może dostrzegli, że czegoś im jednak brakuje.

– Pokazuje Pan życie w klasztorze katolickim. A jednak film może przemawiać do ludzi bez względu na ich wyznanie.

– Tak, zdecydowanie nie nakręciłem filmu „katolickiego", adresowanego do wyznawców jednej religii. To film dla każdego, kto czuje potrzebę (a podejrzewam, że każdy z nas ją odczuwa) czegoś więcej, niż oferuje mu codzienny, materialny wymiar egzystencji. Chciałem też pokazać, że jedyne, co tak naprawdę posiadamy, to czas: że jesteśmy tu i teraz. Jeśli nakręciłem film o chrześcijaństwie, to tylko w tym sensie, że chciałem wskazać na jego kontemplacyjny rdzeń. Ale chyba każda religia posiada taki rdzeń.

– Pana film, zrodzony z medytacji i ciszy, trudno sobie wyobrazić w wielosalowym kinie w oparach popcornu, poprzedzony hałaśliwymi reklamami. Może powinien być pokazywany w kościołach?

– Były takie próby, np. w katedrach niemieckich czy w kościołach we Włoszech. Ale nie wiem, czy była to najlepsza z możliwych przestrzeń dla tego właśnie filmu. Nie chciałbym, żeby miejsce – w tym przypadku katolicka świątynia – w jakikolwiek sposób narzucało odbiór.

– No tak, byłoby to chyba nazbyt oczywiste i jednoznaczne. Może dopiero rozrywkowy multipleks pozwoliłby prawdziwie wybrzmieć „Wielkiej ciszy"...

– Tego rodzaju miejsca są prawdziwym wyzwaniem. Zrobiliśmy np. eksperyment, wyświetlając ten film w małym kinie na dworcu kolejowym w Rzymie. Chcieliśmy, żeby ludzie zabiegani czy oczekujący na pociąg mogli przystanąć na chwilę i złapać oddech, zanurzyć się na moment w trochę innej rzeczywistości.

– Subtelne zderzenie takich dwóch wymiarów ma miejsce w Pana filmie, kiedy widzimy, jak gdzieś wysoko ponad klasztorem i górami przelatują samoloty – niczym znaki z zupełnie innego świata...

– Gdzieś tam w oddali toczy się zwyczajne życie – szybkie, niespokojne, zmieniające się w każdej sekundzie. A tu od bez mała tysiąca lat czas jakby się zatrzymał. Mnisi wykonują niezmiennie tę samą pracę, te same religijne gesty, powtarza się ta sama, prosta liturgia. Ale nie chciałem wcale wzbudzać w widzu wrażenia kontrastu. Mnisi żyją przecież w tym samym świecie co my. Sami korzystają czasem z samolotów – jak jeden z bohaterów, wybierający się do nowego klasztoru w Korei Południowej. To są przecież normalni ludzie. Może tylko wybór, którego dokonali, był trochę bardziej radykalny.


Co mi zostało po spotkaniu z kartuzami? Przeświadczenie, że nie zdarzy nam się umrzeć w nieodpowiednim momencie. Wszystko musi się stać we właściwym czasie.


– Klasztor Grande Chartreuse słynie z wyrobu fantastycznego likieru ziołowego. Powiem szczerze, że oglądając Pana film, czekałam na uchylenie rąbka tajemnicy tego trunku.

– Rozmyślnie zrezygnowałem z takich drobiazgów. Przebywając w klasztorze, mam się dowiedzieć czegoś o sobie, a nie o samym klasztorze. Chciałem, żeby tak samo było z widzem. Dlatego nie mogłem zasypywać go informacjami. Pokazywanie tego, jak powstaje likier, mogłoby odciągnąć nas od istoty sprawy, rozproszyć naszą uwagę. To interesujący szczegół: mnisi produkują nalewkę od setek lat według tej samej receptury. Nie chciałem jednak zachwiać pewnej harmonii tego filmu. Ani zakłócać stanu umysłu, w który „Wielka cisza" ma nas wprowadzić.

– A likier jako element radości życia?

– Mnisi nie piją alkoholu. Czasem odrobinę czerwonego wina i to wszystko. Likier produkują wyłącznie na sprzedaż. Są zresztą zakonem całkowicie samowystarczalnym ekonomicznie. Ale o tego rodzaju ciekawostkach można się dowiedzieć np. z internetu, nie zaś z samego filmu. Pokazuję np. przez chwilę mnicha pracującego przy biurku. Zajmuje się księgowością, korzysta z komputera i internetu. Ale nie mam zamiaru poświęcać temu zdarzeniu większej uwagi, albowiem moim celem było przede wszystkim uchwycenie tej cudownej równowagi, jaką udało się osiągnąć mnichom – równowagi pomiędzy życiem aktywnym, jak rąbanie drewna czy praca w ogrodzie, a życiem kontemplacyjnym, czyli modlitwą.

– Wesołym przerywnikiem tego kontemplacyjnego filmu jest scena zabawy na śniegu, przypominająca o tym, że nie jesteśmy pośród ponurych ascetów, ale ludzi kochających życie.

– Ta chwila to była jedna z największych niespodzianek, jakie czekały na mnie w klasztorze. Kiedy tam jechałem, myślałem, że spotkam ludzi surowych i posępnych, a tu nagle zobaczyłem istoty radosne i... niezwykle wolne. To właśnie jest najbardziej uderzające – odkrycie, że są to ludzie cieszący się prawdziwą wolnością.

– Rezygnacja z tylu rzeczy może dawać wolność? To bardzo buddyjskie, wschodnie. A może spotkał Pan po prostu ludzi szczęśliwych?

– Tak, oni są ludźmi naprawdę szczęśliwymi. Poznałem ludzi, którzy nie czują żadnego lęku.

– A nie miał Pan pokusy, żeby tam z nimi zostać na zawsze? Ciężko było wrócić do „rzeczywistości"?

– Chyba by mi nie pozwolili tam zostać. Jednak jestem filmowcem, nie czuję powołania do tego rodzaju życia. Ale każdy z nas miewa potrzebę wyciszenia się i spojrzenia w głąb siebie. Już po powrocie miałem wielokrotnie pokusy, by wrócić do klasztoru i dzielić z nimi resztę swoich dni.

– Tylko czy wybór monastycznego życia nie bywa czasami ucieczką przed jakimiś doczesnymi słabościami?

– Nie w przypadku klasztoru o tak surowej regule jak Grande Chartreuse. Trzeba być niezwykle silnym człowiekiem, by móc tam żyć.

– W dzisiejszych zagonionych czasach rozwinęła się swego rodzaju klasztorna turystyka, oferująca zmęczonym biznesmenom chwilę odosobnienia i kontemplacji za murami klasztoru.

– To również nie dotyczy zakonu kartuzów. Tam nie można być weekendowym gościem.

– Co zostało w Panu po tak bliskim spotkaniu z kartuzami?

– Przeświadczenie, że nie zdarzy nam się umrzeć w nieodpowiednim momencie. Wszystko musi się stać we właściwym czasie.

– Czy to również może być przesłanie tego filmu dla nas?

– Takie miejsca jak Grande Chartreuse, w dzisiejszym świecie, zajętym wytwarzaniem i konsumowaniem dóbr, są teoretycznie bezproduktywne. Pełnią za to funkcję, którą przyrównałbym do latarni morskiej. Poprzez tak radykalny, niezmienny od lat wybór sposobu życia mnisi wysyłają światu pewien przekaz. Latarnia promieniuje światłem nie po to, żebyś do niej przypłynął, ale żebyś miał punkt odniesienia, kiedy dryfujesz pośród fal. Żebyś potrafił wybrać właściwą dla ciebie drogę.


Skosztujcie i zobaczcie (Schola DA Dominik)



19 komentarzy:

Joanna pisze...

Dobrze, że Ojciec pisze tego bloga.

aurin pisze...

i że odnajduje takie perełki jak ten wywiad :) ostatnia odpowiedź to ładna puenta. I obejrzałabym film raz jeszcze, tylko w domu to chyba nie to, lepiej na większym ekranie.

TomWaits pisze...

Film mnie znudził, ale wywiad świetny :)

Soup pisze...

Film cudny - każdy kadr namalowany obrazem i dźwiękiem o tak prostej historii, że aż niezwykle intrygującej. Wszystko co proste, na tle naszego zwariowanego świata, z nadmiarem bodźców, które niemiłosiernie szarpią wszelkie ludzkie zmysły, jest namiastką raju :).

Z wywiadu ujęło mnie najbardziej to zdanie: "nie zdarzy nam się umrzeć w nieodpowiednim momencie. Wszystko musi się stać we właściwym czasie."

Anonimowy pisze...

często mijając klasztor Karmelitanek myśle dobrze że Siostry się modlą, dobrze, że są, mam przez monent poczucie, że nie cały świat zwariował.

coaching.net.pl pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Anonimowy pisze...

Ja filmu nie widziałam, może nadrobię. Ale ostatnio ciągnie mnie do szukania czasoprzestrzeni ciszy we własnym życiu, by lepiej GO słyszeć. Opròcz tego, że czasem muszę zwiać po prostu z domu od nadmiernych oczekiwań co do mnie ( mąż, dzieci) ,dadzą sobie radę i beze mnie przez jakiś czas, to przy wyciszonym telefonie w oazie ciszy kościelnej może nie jest jak u kartuzów, ale naparstek może się wypełnić i w ten sposób po brzegi. Choć to spogladanie wgłąb siebie z ŁASKĄ boli bardzo od środka, tyle ran, tyle zrostów po operacjach życiowych, tyle schowanych przed samym sobą :żalów,rozgoryczeń, gniewu. Dobrze , że jest LEKARZ, który w wydarzeniach życia daje terapię.
Acha, latarnią morską może być zakon kontemplacyjny, ale na morzu życia wyrastają nowe latarnie ( ròwnież ten blog ostatnio dla mnie, jeśli nie bardziej jego twórca np) Pozdrawiam z miejsca gdzie grasują komary. Maria

Anonimowy pisze...

Uchwycenie tej cudownej równowagi modlitwa i praca jest możliwe w życiu świeckim, pozaklasztornym? Ci zakonnicy to... Istoty wolne i niezwykle radosne . U mnie zdrowa zazdrość.

Marysia pisze...

Dziękuję za zamieszczenie tego wywiadu. Zaskoczyło mnie, że tak szczerze i prosto rezyser opowiada o tym doświadczeniu - a jednocześnie jak to się czyta, bardzo dotyka. Jest jak świadectwo.

Anonimowy pisze...

świetny i bardzo bliski sercu memu temat- dziękuję :)

Aguś pisze...

Wywiad świetny i bardzo zachęcił mnie do samego filmu, jednak nie dałam rady obejrzeć do końca-trochę za długi i zaczęłam przysypiać. Na mnie nie zrobił aż tak dużego wrażenie, może dlatego, że ogólnie mam trochę czasu na ciszę. Ale jeszcze raz wielkie brawa dla wywiady, bo naprawdę dobry.

Patrice pisze...

"Wielka cisza", film polecony przez przyjaciela, od dłuższego czasu czeka na dysku na obejrzenie. Jakoś brakowało mi motywacji.
Ten wywiad ostatecznie mnie zachęcił do tego, żeby w końcu go obejrzeć. :)

aga pisze...

skoro mowa o filmie
czy widział ojciec film "Jesus Camp"?
jeśli tak, co ojciec o nim myśli?

pandarasta pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=vrCcpgDwW0Y&noredirect=1
Ja polecam bardzo ten wywiad szczególnie jak ktoś lubi rap
i Medium
co do "Jesus Camp"
to moim zdaniem jest to naprawdę bardzo dziwny film

Anonimowy pisze...

[[zupełnie nie w temacie: pierwszy raz od baaaardzo dawna zajrzałam na stronę interq, bo chciałam podać komuś link do niej i... I na moje oko wygląda, że zaatakowali ją hakerzy, w dodatku o odchyleniu skatologicznym ("Pytania o wiarę").
Antywirus zablokował konia trojańskiego, połaczenie się resetuje - czy coś jeszcze się dzieje nie wiem, zwiałam. Nie wiem też, czy to stara sprawa. Zauważyłam jeszcze, że z księgi gości zniknęły wszystkie komentarze umieszczone tam później niż w 2006-2007 roku - ale to może na skutek interwencji Ojca? Piszę, bo może coś z tym można-trzeba zrobić, skoro strona nadal jest.
]]

Anonimowy pisze...

szkoda, że nic się tu już nie pisze

kaka pisze...

rekolekcje w Edynburgu podobno były :)

Anonimowy pisze...

Najpierw u mnie byly charyzmaty, potem chlod taki duchowy, a po nim przyszla kontemplacja.Moja kontemplacja to przebywanie z Jezusem, to takie dziwne moze dla kogos, no bo jak "przebywac"??? Mi pomoglo namacalnie wyobrazic sobie jego postac, tak jak lubie go najbardziej, boso, w zwiewnej skromnej szacie, siedzimy razem na wzgorzach, gapimy sie w dal,towarzyszy mi w codziennosci...Skoro Jest Miloscia, i chce tylko mojego dobra,cieszy sie jak razem cos robimy,to sobie go wyobrazilam jako towarzysza podrozy, Osobe kota jest takim wymarzonym przyjacielem,zawsze rozumie, ma poczucie humoru,jak duzo gadasz to cie wyslucha,jak lubisz milczenie to z przyjemnoscia z toba milczy... Jest kims z kim zawsze chce sie ten dzien przezyc,tak jak sie dzwoni do najblizszej osoby zeby sie podzelic dobyrmi wiesciami tak z Nim sie chce przezyc dzien bo do ludzi dobrych nas ciagnie,do tych ktorzy nam blogoslawia nasze serce teskni a On jest taki razy milion,bez cienia osadu i niezrozumienia,cieplo i milosc, 24/h, a jednoczesnie jest Silny, kims kimu sie mozna przyjrzec i podziwiac za szczerosc, odwage, madrosc... Z kolei w cierpieniu siedze przy Nim pod krzyzem,On tez go doswiadczyl, zna wszytskie smutki ludzkiego serca.
Napisalam to bo...
wydaje ze ciezko wejsc w modlitwe kontemplacyjna kiedy Jezus (najpierw)nie bedzie ci bliski,wtedy modlitwa nie zaczyna sie i konczy na wielkich slowach ktorych czasem czlowiek sam nie rozumie co mowi,a przyjazn z Nim nie jest jakas wyuczona, wymuszona tylko zamienia sie w prawdziwa wiez, sam jej szukasz, tsknisz za nia kiedy zdarzy ci sie upac po drodze i zamienic Go na jakies chwilowe pociechy. A tak kiedy Go znasz, bo jest z Toba codziennie to na Adoracji (na przyklad) slowa i te male i te wzniosle maja dla ciebie sens a milczenie nie krepuje, bo z bliska osoba nie musmy nadrabiac gadaniem, poprostu sobie z nia "przebywamy" :)
Z czasem nawet wyobrazenia milkna, kiedy znasz swojego przyjaciela,nie musisz ciagle na Niego patrzec, wystarczy ze Jest... :)Moze macie swoja metode na doswiadczenie kontemplacji, to jest moja akurat. Daleko mi do stania sie dobrym czlowiekiem co nie rani innych i nie popelnia glupot, ale ta bliskosc nadaje moim staraniom sens bo wiem dla Kogo sie staram...
Przepraszam ze tyle azzzz...Moze komus uda sie przebranac do konca tej wypowiedzi ;)
akurat mam duzo mysli na ten temat, wiec sie dziele z Wami :) bede zagladac!
Ta sama rekolekcjonistka z Nunraw 2013, Pozdrowienia

Anonimowy pisze...

przepraszam ze raz duzej raz z malej litery pisze, u nas juz 4rano i nie wylapuje juz wszystkiego ;)
Rekolekcjonistka...

Prześlij komentarz