piątek, 30 sierpnia 2013

Kiedy mistyka unosi się w powietrzu

Gdy cierpisz ze względu na Boga i tylko dla Niego, cierpienie nie sprawia ci bólu, ponieważ brzemię to On sam wtedy dźwiga.









Mistrz Eckhart nie bawił się w dyplomację. Uważał, że cierpienie jest nierozerwalnie związane ze szczególnym wybraniem i przeznaczeniem do najtrudniejszych celów. Do tego stopnia, że Bóg nie może nawet dopuścić, by Jego szczególni przyjaciele nie cierpieli. A jeśli to cierpienie przyjmowane jest dobrowolnie, przestaje być cierpieniem, staje się radością.

Z pewnością nie przypuszczał, że na trzy lata przed śmiercią przyjdzie mu doświadczyć najmocniejszych oskarżeń. Cierpienie Eckharta przyjęło formę wewnętrznej izolacji, poczucia samotności, pod jego adresem padły najcięższe zarzuty, na dodatek ze strony Kościoła, który kochał. Bój, który miał toczyć aż do końca, rozumiał jako bezwzględną walkę o prawdę. Prawdę, której nie mogą pojąć nie tylko jego oskarżyciele, ale nawet jemu najbliżsi.

Eckhart przeszedł, aż do końca, swoją drogą proroka i samotnego, niezrozumianego mistyka. To co mówił wynikało z tęsknoty za bezpośrednim, osobistym przeżyciem Boga. Próbował przekazać słowami to, co do przekazania było  niemożliwe.
 

Jeśli chcesz wiedzieć, czy twoje cierpienie przychodzi od Boga, czy od ciebie, rozpoznasz to w ten sposób: jeżeli cierpisz ze względu na siebie samego, wówczas cierpienie, niezależnie od jego rodzaju, sprawia ci ból i trudne jest do zniesienia. Ale gdy cierpisz ze względu na Boga i tylko dla Niego, nie sprawia ci ono bólu i nie jest dla ciebie ciężarem, ponieważ brzemię to On sam wtedy dźwiga.


O książce pisałem już we wpisie: mistycyzm wyklucza krytycyzm. Choć nie jest to łatwa lektura, to warto do niej zerknąć, choćby ze względu na wstęp, zawierający bogatą biografię oraz rys biograficzny pozwalający dostrzec kontekst, w którym powstawały kazania dominikańskiego mistrza. Ojciec Wiesław Szymona OP, znakomity tłumacz nadreńskich mistyków, nie wygłasza w nim pochwalnych peanów na cześć Eckharta, ale uświadamia czytelnikowi  wiele ciekawych wątków z życia teologa, z których istnienia w większości nie zdawaliśmy sobie sprawy.




16 komentarzy:

Madzialena pisze...

Dziękuję, za ten wpis. Zwłaszcza za ten cytat ;) teraz już wiem, że moje cierpienie pomaga mi dźwigać Bóg!

Morela692 pisze...

Świetny jest ten cytat na początku.Pozdrawiam i zapraszam do mnie : )

Anonimowy pisze...

Sprbuję poodwracać trochę.. nie do pojęcia rozumem to chyba będzie, ale człowiek i w myślach może spotkać Tajemnicę, nie zorientowawszy się- tyłkiem(za przeproszeniem) ustawić się do Niej. I tako to cała mistyka...cień Prawdy.
Czy cierpienie może pochodzić od Boga?
Czy Bóg mógłby chcieć cierpienia człowieka?
Jezus Chrystus poniósł ofiarę doskonałą, dlaczego więc potrzeba jeszcze "szczególnie wybranych" do specjalnych celów?
Może ktoś stawia sobie podobne pytania...chętnie poczytam co myślicie na ten temat.
Z zamieszczonego przez Ojca Krzysztofa cytatu, mienie mi się że może tu idzie właśnie o szczerą chęć właściwego zrozumienie(przyjęcia) tej rzeczywistości, i wtedy to już może się tlić zalążek jakiś postrzegania życia z innej perspektywy. Bardziej szerszej, niż tylko z pozycji własnych uczuć(własnego ja) i zapatrzenia w siebie jedynie (cierpienia dla Boga żeby Jemu coś ofiarować(!))
Może chodzi o to właśnie, że człowiek jest zaproszony do miłości Boga właśnie. I kiedy zdecyduje się taki ktoś iść za Tą miłością, Bożą miłością, to pójdzie nawet i w ogień za Nią. Jeśli Ona tam będzie. Nie ze względu na to żeby "coś ofiarować" ale żeby nie umrzeć bez Tej miłości. Z tęsknoty jakiejś, czy coś (?) Żeby być blisko. A jak Bóg jest blisko, to Bóg jest blisko :) i jakie ma znaczenie wtedy cierpienie? Cierpienie ma znaczenie wtedy, kiedy skupiać się na swoich potrzebach tylko. Przynajmniej tak wynika z Pisma świętego, i z życia świętych ludzi.


Anonimowy pisze...

dokończenie-
Ale przecież Jezus cierpiał. I nie można powiedzieć że Jego cierpienia były bez znaczenia...Więc może to jest tak, że jednak cierpienie konkretnego człowieka, ze względu na miłośc do Boga ma duże znaczenie? Więc jak to może być???

Soup pisze...

Jestem zbyt mała, zbyt nieudolna, zbyt słaba i zbyt ludzka żeby umieć cierpieć z radością. Może to malutki krok z mojej strony, ale już nie kłócę się o nie z Bogiem. Jednak tylko dlatego, że doszłam do wniosku, że ani Jemu, ani zwłaszcza mnie nic to nie daje dobrego. Mnie wręcz szkodzi... Jestem pogodzona i usiłuję się wciąż dopatrywać jakiegoś wyższego, ważniejszego celu tego wszystkiego...Jednak do radości jeszcze mi daleko, ale mam na to ostatecznie resztę życia, żeby dojrzeć do takiej postawy. Tylko myśl, o jakiejś nadprzyrodzonej rzeczywistości dla której może i to jest potrzebne trzyma mnie jeszcze "w kupie" :), bo po ludzku jakby nie patrzeć to straszna kaszana...

Soup pisze...

@Anonimowy (12:16): Tak ale cierpienie Jezusa było ofiarą doskonałą, świadomą i dobrowolną, z tego powodu zszedł na świat w ludzkiej postaci - to zapowiadały pisma. Więc nie wiem jak możemy się w ogóle do tego przyrównywać, co najwyżej z własnej woli możemy włączać się i to też pewnie w jakimś ułamku w Jego cierpienie.

Jeszcze myślę, że tu na ziemi to już tak po prostu będzie i nie ma co się ani dziwić ani oburzać :). Ponosimy pewne konsekwencje wyborów ludzi od zarania dziejów, ponosimy konsekwencje wyboru aniołów, ale zawsze te konsekwencje można obrócić w dobro. Głównie dzięki łasce od Boga, bo sami mamy nieraz i dobre chęci, ale wychodzi jak zawsze ;) Tzn to obracanie na dobre to wyłącznie domena Boga.

jb pisze...

To wszystko Prawda.
Co więcej, im bliżej człowiek chce znaleźć się Boga, tym bardziej musi się przygotować na prawdziwe "uderzenie", sztorm na morzu swojego życia. Ale podczas coraz większego cierpienia, za każdym razem, gdy odda się je Bogu, przyjdą wręcz nadprzyrodzone siły, aby je znieść.

basiek pisze...

Też tak czasami mi się wydaje że im bardziej staramy się być bliżej Boga to i cierpień nie mało. Nie koniecznie mam na myśli jakieś choroby ale tak normalnie w życiu napotykamy na różne cierpienia takie własne również, choć dla niektórych mogą się wydawać błahostką, niczym ale tak sama po sobie wiem że jak się to własne cierpienie powierzy Bogu to On pomoże nam to przetrwać i to nasze cierpienie nie będzie takie straszne bo będzie przy nas Bóg.

Anonimowy pisze...

Bóg jest zawsze przy nas...Jak każdy nasz oddech jest pełen bólu tak i Jezusa wtedy. I tylko z nami jest problem, że tego nie widzimy i się zamykamy w SOBIE- w SWOIM cierpieniu, w SWOICH problemach i wtedy Jezusa nie dostrzegamy, a On jest przy nas i czeka aż Go zauważymy.

basiek pisze...

Chcąc być blisko Boga, całkowicie Mu się oddając poświęcając dla Niego chętnie swój czas coraz częściej spotykam się z krytyką całkiem bliskiej mi osoby, która wcale nie jest blisko Niego i się coraz bardziej oddala i od Niego i ode mnie i nie potrafi Jemu zaufać i Jemu właśnie oddać własne cierpienie. Chociaż za tą osobę się modlę to czasami jest mi przykro. Takie nocne przemyślenia.

Kasia Sz. pisze...

Raczej nie polubię tego mistyka. Najwspanialsza relacja z Bogiem to według mnie radość życia.

Anonimowy pisze...

No to sobie poczytałam...;)
Dzięki Soup. I tak nie rozumiem. Zwłaszcza tego, że człowiek ponosi konsekwencje wyboru Aniołów (?) Chyba nie może tak być.
Eckharta lubię. I innych, niekoniecznie zwanych mistykami ale Bożych. Książkę, jak tylko zdąbędę przeczytam. W książkach chyba trzeba szukać. I słuchać co inni mówią (żeby jeszcze chcieli mówić)i sobie to samemu jakoś składać. I tak, człowiek sam musi się odwrócić. Jeśli tylko zorientuje się że stoi tyłem do Tajemnicy.

Soup pisze...

No takie konsekwencje, że w ogóle pojawiło się zło, po anielskim buncie.... Mogłam prościej, dosłownie :). A człowiek poniekąd ponosi tego konsekwencje, jako ten który potrafi łatwo poddać się działaniu, postawiony ze swoim wolnym wyborem między dwiema możliwościami (tutaj złote środki nie istnieją). Może się mylę, ale wg mnie to jest właśnie ponoszenie konsekwencji....

Masz rację z tym szukaniem i składaniem, z tym że ja z naciskiem na słuchanie. :)

Anonimowy pisze...

ja też, ale i na patrzenie. (bardzo lubię obserwować :)
dobrej niedzieli

Anonimowy pisze...

hmm...samotny, niezrozumiany. Mam skłonności do zamykania się w sobie i dla mnie to żadna sztuka ;). cały czas pracuję nad tym, by się nie obrażać na ten świat, kochać ludzi takimi jakimi są - Nie wymagać - a dawać. Tego uczę się od Jezusa.

Anonimowy pisze...

Jezusa mojego Mistrza - innych nie posiadam :)

Prześlij komentarz