piątek, 14 marca 2014

Duchowy materializm

Materializm duchowy jest równie szkodliwy co zbyt wiele jedzenia. Niezdrowo jest za dużo jeść, ale także niezdrowym jest wtłaczanie do duszy nadmiaru informacji. 





- Nie mam lodówki, ani pralki, nie mam samochodu, komórki, ani komputera. Nie chcę być niewolnikiem pewnych rzeczy - wyznała Krystyna Feldman, aktorka zmarła w 2007 roku. - Mam swój wewnętrzny świat, który daje mi jakąś swobodę, niezależność - o tyle oczywiście, o ile człowiek może je mieć. Ja to nazywam: górne piętro, takie, które stoi nad wszystkim. 

Jeden z moich braci, który jest znawcą malarstwa, dał mi kiedyś taką radę: - Kiedy idziesz do muzeum najlepiej wybierz jeden obraz, który cię interesuje, który do ciebie przemawia i postój przed nim. Wcześniej trzeba będzie przejść jednak wszystkie sale, ale w głowie powinien już być cel. To da ci więcej niż galop przez wszystkie pokoje. 

Trzeba mieć w sobie miejsce na spotkanego człowieka, książkę, film, płytę albo obraz.

Antoni Kępiński pisał o przemocy nadmiaru informacji, o tym, że istnieje metabolizm informacyjny, i tak samo jak niezdrowo jest za dużo jeść, to także niezdrowo jest, żeby ktoś ci ciągle tłukł i tłukł nowe megabajty informacji do głowy, czy też do duszy. 

Ilość rekolekcji, kazań, tekstów, muzyki, które możemy znaleźć w internecie jest ogromna, a dostęp do tego jest bardzo łatwy. I choć wiele z tych rzeczy jest naprawdę wartościowych, to jednak w pewnym momencie należy powiedzieć:  "stop" i pozwolić sobie na brak. 

Zebranie zbyt dużej ilości materiału może zabić. Nie sposób tego przepracować, ani z punktu widzenia światopoglądowego, ani osobowości. Postanie wielki plac budowy z ogromną ilością materiału, ale człowiek nadal mieszka w lepiance. Materiał został przyjęty, ale niewykorzystany.

Duchowy materializm jest równie szkodliwy co nadmiar jedzenia i tak samo powoduje niestrawność.

Z przesytu zawsze rodzi się gnicie. 


***

Od dwóch lat staram sobie bodźce związane z informacją mocno dawkować i postępować z nimi ostrożnie. To także jest rodzaj postu. Ograniczyłem słuchanie muzyki, najczęściej pracuję w zupełnej ciszy, a kiedy piszę odłączam Internet. Na każdy mail staram się odpisywać, ale nie zawsze robię to "teraz". Podobnie z smsami, niektóre po prostu rozpraszają, nie pozwalając się skupić na tym co teraz istotne. Są takie wiadomości, które poza wartością informacyjną nie potrzebują przecież błyskawicznej odpowiedzi, a jeśli już, to wystarczy jedno krótkie zdanie w stylu: "Dziękuję", "Potwierdzam". 

Znacznie częściej wybieram ciszę, zrobiłem mocną selekcję internetowych stron w zakładkach, czytam nie więcej niż dwie książki naraz (jedna, która wymaga większego skupienia, druga lżejsza - w zależności od pory dnia). Czytanie jest dla mnie także kilkunastominutowym odpoczynkiem pomiędzy zajęciami. Najlepiej lubię czytać w ciszy i samotności. Podobnie z modlitwą, najcenniejsza jest ta, w której nie potrzeba już słów. Ideałem jest możliwość skorzystania z adoracji najświętszego sakramentu. Wówczas wystarcza już obecność. Słowami modlimy się z braćmi wspólnie. 

Od kiedy pamiętam męczyło mnie zwiedzanie miast z przewodnikami. Najcenniejsze podróże to te, w których niewiele było planowane. A w wersji radykalnej nie mieliśmy nawet ustalonych środków transportu (poza autostopem), noclegów, a nawet jedzenia i pieniędzy. Tylko cel, do którego należy dojechać.

Nie chcieliśmy wracać potwornie zmęczeni, przeładowani bodźcami. Także z nadmiaru wyzwań można dostać zatrucia: zbyt dużo spotkanych ludzi, wrażeń, smaków. Nie chodzi o ich inność, ale o nadmiar. Wtłoczenie w siebie ogromnej ilości twarzy, słów, zdań, smaków, zapachów może sprawić, że budzisz się w kolejnym miejscu i nie wiesz w jakim mieście jesteś, i jak się tu dostałeś. A co gorsze, nie potrafisz już się tym ucieszyć. 

***

Pierwsze dwa zapachy można jeszcze odczuć, ale potem zaczyna się już kakofonia. Można pozwolić na bombardowanie informacjami, ale później docierają już tylko ścinki. Można przerzucać się tytułami filmów, książek, dyskografiami zespołów, mądrymi słowami, ale czy jeszcze z tego coś się rozumie? Zarówno do pisania, jak i mówienia potrzebna jest cisza i przestrzeń na kontemplacje. Niezbędny jest czas na przerobienie i przetrawienie w sobie tego co wcześniej się otrzymało. Inaczej zostaniemy otoczeni banałem.
***

W wielu klasztorach podkreśla się wagę w selekcji otrzymywanych bodźców oraz wartość milczenia i braku słów. To co naprawdę cenne musi w nas dojrzeć. 

Kiedy więc otrzymałeś to milcz, chyba że potrafisz powiedzieć coś, co jest lepsze od milczenia.


Korzystałem z książki Doroty Masłowskiej i Agnieszki Drotkiewicz „Dusza światowa".






44 komentarze:

aga pisze...

prawdziwy balsam dla duszy, umysłu i ciała też (tak tak, wiem, dlaczego)
dziękuję serdecznie
dobrego dnia

Kasia Sz. pisze...

To oczywiste, że przesada w każdym wymierza czy fizycznym czy intelektualnym czy emocjonalnym szkodzi. Słowem wrzućmy na luz!

Anonimowy pisze...

sam tak miale przez chwilę czytałem książki (dwie na raz) uczyłem się angielskiego z repetytorium i komputera uczyłem się autokada ... i przyszedł przesyt - krok po kroku stworzyc liste i isc po kolei

Mati pisze...

To już rozumiem dlaczego będąc krótko w najbardziej zajebistym mieście na świecie, tuż obok plaży zmarnowałam cały słoneczny dzień siedząc na balkonie czytając gazetę. Miałam wtedy wrażenie, że jak jeszcze jedną rzecz zwiedzę to zacznę strzelać.

Alfama pisze...

dziękuję, tak jakoś w tym roku nie mogłam sie zdecydować na żadne Rekolekcje i tu ten tekst więc odpoczywam (oczywiście na te w parafialne pójdę). Wiem, że nie obejrzę wszystkich filmów, które chciałabym zobaczyć, tak jak nie dam rady przecztać wszystkich książek, wysłychać płyt, obejrzeć wystaw - zaczynam cenić umiar nie tylko w jedzeniu i piciu tak jak juz nie odpowiadam na każdego maila i sms-a no ale ja nie jestem tak jak o. Pałys księdzem i osobom publiczną (i dzięki Bogu)

aga pisze...

Alfama
wszystko ok.co mówisz i robisz,ale szacunek do adresata nakazuje odpowiadać na wiadomości,niech to będzie jedno słowo,jak ojciec mówi, ale jednak

smolar pisze...

zgadzam się, z szacunku wypada odpisać. choćby jedno słowo.

Anonimowy pisze...

Piękny wpis, a pod nim obrzydliwy, wulgarny komentarz Mati :(

TaxiDriver pisze...

Gdzie Mati masz ową plażę?

Anonimowy pisze...

To tak chyba działa. Zależy też od człowieka, ale...dobrym rozwiązaniem na "zachłanność" wszelkiego rodzaju jest pozwolić na przesyt. Pamiętam do dziś, będąc dzieckiem, wraz z rodzeństwem nieustannie zawracaliśmy głowę rodzicom- ze słodyczami (o które w tamtych czasach nie było tak łatwo jak teraz) Czekolada, czekolada...i czekolada. Tato, kiedyś wpadł na pomysł...Wytrzasnął skądś większe ilości czekolady. Przyniósł nam, i powiedział że ma być zjedzone wszystko od razu. No i prawie zostało zjedzone. Ku naszej radości na poczatku, i niesmaku pod koniec. Do dziś to pamiętam. Czekoladę nadal lubię :) w rozsądnych ilościach oczywiście.
To by było nawet dobre. Niech "gnije", bo kiedyś na tym nawozie może i coś urośnie. Wbrew pozorom, i takie negatywne doświadczenia mogą bardzo dużo nauczyć.
Pewnie, to nie będzie lepsze od milczenia, i banał. Ale to nic.
Rozsądek podpowiada milczeć kiedy jest na to czas, i mówić kiedy potrzeba.
A selekcji otrzymywanych bodźców, też trzeba się uczyć.

spati pisze...

"Nie sposób tego przepracować [...]. Postanie wielki plac budowy z ogromną ilością materiału, ale człowiek nadal mieszka w lepiance. Materiał został przyjęty, ale niewykorzystany".
Racja. Bardzo zgrabnie to Ojciec ujął. Właśnie ostatnio uświadamiam to sobie. Tyle, że na razie nie umiem niestety tego "okiełznać". Ale dziękuję Ojcze za dzielenie swoimi doświadczeniami- to pokazuje nam, że.. da się :)

pandarasta pisze...

Dziękuję ojcze,uświadomiłam sobie,że moje życie to plac budowy,gdzie w pewnym momencie się zatrzymałam,może pod naporem narzędzi,albo ludzkiego lenistw.Teraz będę odpoczywać od siebie
Już na samym początku tego Wielkiego Postu wiem,że Bóg stawia przede mną ciężkie zadanie,jeżeli uporam się z tym zmartwychwstanę ,ale jeżeli nie to chyba już nigdy nie pogodzę się sama ze sobą

Mati pisze...

@Taxi Driver: właśnie chodzi o to, że niestety plaży nie mam. Wpadła mi na kilka dni dzikim fartem i dlatego zmarnowanie jednego z takich dni wydawało mi się przejawem skretynienia. Ale teraz widzę, że może jednak nie. Niestety jest taki urlopowy przymus kompulsywnego zbierania cudownych wrażeń, najlepiej w trybie 24/7. Ale ile można? PS. @Anonimowy: słowo na "z" przynajmniej według części językoznawców nie jest już słowem wulgarnym. Poza tym może i piszę obrzydliwe komentarze, ale przynajmniej się pod nimi podpisuję :)

Mati pisze...

Ale jeśli jeszcze kogoś uraziłam - to sorry.

lemoisdesmirabelles pisze...

Dziękuję.

TaxiDriver pisze...

"jest taki urlopowy przymus kompulsywnego zbierania cudownych wrażeń, najlepiej w trybie 24/7". Dodałbym jeszcze setki zdjęć, których później i tak nie ma już nikt sił oglądać. Kiedyś znajomi wrócili z Australii mieli ze sobą 2000 zdjęć, które chcieli pokazać, zorganizowali więc spotkanie. Przy dwusetnym (do każdego był kilkuminutowy komentarz) większość uczestników zasypiała.

Mati pisze...

:)) i jest jeszcze moralny obowiązek wrzucenia tych zdjęć na facebooka, żeby wszyscy inni siedzący w pracy się denerwowali... Może to dlatego, że zwiedzasz w takim amoku, że bez zdjęć nawet nie będziesz pamiętać gdzie byłeś.

Kasia Sz. pisze...

Myślę sobie, że jak człowiek wybiera się np. do Paryża to dobrze jak sobie zaplanuje spacer, zwiedzanie trzech obiektów: katedra Notre Dame, wieża Eiffla, może jakieś kilka działów z jednego muzeum niekoniecznie Louvre, obiad, deser, zakupy. Nie będzie miał przesytu, poczucia, że zaraz kogoś zabije ze zmęczenia.

Anonimowy pisze...

@Mati
Słowo przez Ciebie użyte jest wulgarne i mówi o tym prof. Miodek. Poza tym nie trzeba słuchać językoznawców, żeby wiedzieć co jest ordynarne, a co nie. Wystarczy popatrzeć od jakiego słowa to słowo pochodzi.
Nie podpisuję się, bo nie umiem :( a zresztą "Mati" w warunkach internetu znaczy tyle samo co "Anonimowy". Żegnam.

Kasia Sz. pisze...

Ja tam lubię komentarze Mati, bo zawsze się człowiek pośmieje. I jest mi lepiej.

Anonimowy pisze...

Mati w warunkach tego konkretnego miejsca znaczy - płyniemy razem od dawna i z grubsza wiemy co mamy na żaglach narysowane. Mati ma korsarski emblemat ale co to za morze bez piratów.
I przeprosiła.
Słowo faktycznie nie do przyjęcia ale - patrz wyżej.
A komentarz poza tym że językowo zbrukany to psychologicznie cenny.
Szarogęszę się bo tak mi jakoś tradycyjnie wychodzi, nie podpisuję bo nie lubię, a kto chce to i tak wie że akurat na mnie ma się obrazić.

Wybieramy opcję Nazwa/URL. URL niech się turla, nic nam do niego, wpisujemy co chcemy jako nazwę własną np. Miś Uchaty W Duże Łaty
I nie obrażaj się, szkoda trawić własne serce złością.

@ Mati - ja Ci się nie pcham do drużyny, ja tylko pyskuję w ramach praw akwenu.

Belegalkarien pisze...

Mati i jej nieposkromiony jęzor jak zawsze ożywiają dyskusję :) Ale Anonimowy z 16 marca z 18:57 też niczego sobie ;) A wiecie już dlaczego warto się podpisać, choćby Miś Uszatek? Bo odwołując się w polemice do konkretnej osoby jest łatwiej, mimo wszystko bardziej personalnie, choć wirtualnie. To tak, jakby w bezpośredniej dyskusji zwracać się ciągle do kogoś - ta pani w zielonym (vel. małpa w czerwonym), ten pan, co to się odezwał 15 minut temu, siedzący tam na końcu... No nie bardzo... niekulturalnie..A Mati, to Mati, Kasia Sz., to Kasia Sz. No a Zuza to Zuza, chyba, że akurat jest Bell ;) Ale wiadomo o kogo chodzi.

A jeśli chodzi o wpis... Mam lodówkę, pralkę, komórkę (nawet dwie) i laptopa. I dobrze mi z tym. Nie czuję się zniewolona. Grunt, to umieć korzystać z umiarem, tak, jak z umiarem przyjmować informacje i wszelkie bodźce zewnętrzne. Szczerze mówiąc to nawet organizm nie jest w stanie przyjąć nadmiaru bodźców i naturalnie broni się przed zbyt dużą ilością informacji, chroni się przed przeciążeniem, dążąc do równowagi. Bo tylko ta daje poczucie komfortu i optymalnego, najbardziej efektywnego działania.

Ja też mam takie dni, kiedy odłączam się od świata. Nawet najbliższym mówię - nie mam dzisiaj ochoty gadać, bo wiem, że jak odbiorę jeden telefon więcej, jak wdam się w jedną konwersacje więcej, to tak jak Mati - zacznę strzelać. Bo to będzie za dużo. Za dużo, by pozostać w harmonii, by nie mieć mdłości od przesytu.

Tylko czasem to, co gnije, staje się cenne, bo stanowi podkład pod nowe, by nowe mogło na tym wyrosnąć... Także...

Anna K. pisze...

Hmmm, ja akurat, przez wiele lat (po rozwodzie), aż do kwietnia zeszłego roku, miałam przeciwny problem, niż pisze Ojciec Krzysztof w swoich wielu wpisach zadedykowanych potrzebie ciszy, "bycia samemu ze swoimi myślami", samotności itp.
Pracuję w domu, moje dorastające (a obecnie już dorosłe) dzieci od dawna więcej przebywały (i nadal tak jest) poza domem, niż w domu, więc siłą rzeczy cały czas byłam sama i ze swoimi myślami. Owszem, czasem spotkałam się z koleżanką na kawę albo z rodziną, ale moja codzienność to była po prostu taka totalna samotność i cały czas "bycie z własnymi myślami". Z natury jestem ekstrawertyczką i BARDZO lubię rozmawiać, tak więc, niestety, czasami łapałam się na tym, że po prostu zaczynałam w domu na głos mówić do siebie, zamiast myśleć w głowie. Dużo też miałam smutnych myśli i dużo też momentów po prostu płaczu i załamania z tej samotności. Oczywiście dużo też modlitwy i doszukiwania się nadziei, że to się kiedyś zmieni. Jak dzieci wracały, to czasem fajnie nam się rozmawiało, a czasem przeciwnie, bo uświadamiały mi, że ledwo przekroczą próg, a ja już do nich coś mówię i to je męczyło. Mnie wydawało się, że to jest takim zwykłym nawiązaniem kontaktu, a w ich odbiorze była to jakaś eksplozja gadulstwa. Pracowałam więc nad sobą, żeby zachować właściwe proporcje. Drugą sprawą było to, że jak chciałam im poopowiadać co się wydarzyło w dniu, to okazywało się, że nie mam o czym. Kiedyś to do mnie mocno dotarło, jak złapałam się na tym, że opowiadam córce jako "wiadomość dnia", że w kuchni był pająk i wyniosłam go na balkon. Uważam, że takie życie w samotności jest naprawdę cierpieniem, jeśli ktoś nie ma natury pustelnika czy coś. Oszczędzę Wam dalszych refleksji o tym.

W kwietniu 2013 natomiast, jak pisałam na tym blogu jakiś czas temu, na forum filmowym napisał do mnie mój rówieśnik, który jest bardzo fajną osobą i od tego czasu mamy codzienny kontakt przez smsy, mejle, telefony itp., a także co jakiś czas spotykamy się na żywo i to jest naprawdę wspaniałe (mieszkamy w różnych miastach). Mamy wiele tematów i o wszystkim mogę mu opowiedzieć, napisać, czasem rozmawiamy po wiele godzin przez telefon (jesteśmy w tej samej sieci, więc za darmo). Mija już prawie rok tej znajomości i moja codzienność jest zupełnie inna. Jestem we wszystkim co robię radośniejsza i nie mówię już sama do siebie. Uważam więc, że pobyć ze swoimi myślami i przetworzyć informacje itp. jest OK, ale tylko trochę. Przez większą część czasu potrzebuję drugiego człowieka, żeby można mu było opowiedzieć o wszystkim, co się dzieje, posłuchać też o jego świecie itp. Mam nadzieję, że życie jakoś tak się potoczy, że będzie mi dane przeżywać dosłownie codzienność z mężczyzną, pod jednym dachem. :) Papież Franciszek wiele robi w kierunku Eucharystii dla osób po rozwodzie, więc jest nadzieja. :)

Anna K. pisze...

Jeszcze wspomnę (choć pisałam o tym), że ten mój kolega zmaga się z ciężką chorobą.

Przepraszam za prywatę, ale gdyby ktoś chciał wesprzeć go 1% podatku (jeśli, na przykład, ktoś z Was nie podjął jeszcze decyzji gdzie ten 1% przekazać albo jest mu wszystko jedno gdzie wpłaci, czy też chciałby pomóc konkretnie temu człowiekowi), to pozwolę sobie wkleić linka do fundacji:
http://sedeka.pl/opp/dla-pawla-2
Można również wpłacić coś niezależnie od 1 procenta.
Z góry bardzo dziękuję w imieniu własnym i kolegi!

A jeżeli nie można wklejać takich linków, to oczywiście, jeśli Ojciec Krzysztof usunie mój wpis, to jak najbardziej zrozumiem.

Kasia Sz. pisze...

@Ania K. - osobiście nie mogę pomóc Twojemu koledze, ale bardzo się cieszę, że Wasza przyjaźń trwa i się rozwija i daje Wam poczucie bezpieczeństwa i radość z dzielenia się swoim życiem z drugim człowiekiem.

Samotność trwała po prostu upokarza, boli, nastraja źle do ludzi. Ludzie bywają różni. Ci, którzy mocno wesprą w samotności dobrym słowem czy gestem /tych spotykam mniej/ i ci, którzy po prostu dokuczają albo okazują swoją wyższość na różnym polu.

Anna K. pisze...

Kasiu Sz. - bardzo dziękuję za dobre słowo!
Zgadzam się z Tobą w 100% co do samotności.

aga pisze...

Kasiu Sz.
nie zgodzę, się z Tobą, że " Samotność trwała po prostu upokarza, boli, nastraja źle do ludzi" - jak napisałaś. Jestem osobą samotną od dłuższego czasu, nie czuję się wcale upokorzona z tego powodu, nie jestem tez nastrojona źle do ludzi ani nie zamykam się w swoim bólu. Moje życie jest pełne radości serca, co emanuje na zewnątrz a w sercu też pokój a nie ból.
Uważam,że wszystko zależy od człowieka. Gdy nie byłam pogodzona z samotnością, która mi przypadła, zachowywałam się podobnie jak Anna. Nadszedł jednak czas - gdy z pomocą Bożą, a może nawet za Jego przyczyną - powiedziałam: tak i obecnie jest j/w napisała.
Więc nie można generalizować, lubię też przebywać z ludźmi, ale lubię też swoją samotność.
I jest dobrze.

Kasia Sz. pisze...

@aga - Można się oczywiście ze mną nie zgodzić. Ja mam takie swoje zdanie jakie napisałam. I podkreślam, że cieszę, że Ania K. ma bliskiego mężczyznę, z którym dzieli swoją codzienność.
Ja także gadam czasem do siebie. Tęsknię za ludźmi i gadam nieraz bez umiaru z napotkanymi osobami. W bibliotekach, sklepach, na ulicy.

Anna K. pisze...

Aga, możliwe, że masz taki charakter, o jakim pisze z utęsknieniem o. Krzysztof, kiedy publikuje teksty o trapistach itp.

Ja w swojej wypowiedzi też to napisałam, że samotność jest strasznym cierpieniem dla ludzi (mówię za siebie), którzy nie mają powołania do celibatu czy też do życia "pustelniczego", a muszą być latami sami ciągle w czterech ścianach, a nawet jak wybiorą się na miasto, czy na wycieczkę, to też są sami, tyle że w tłumie albo w grupie. Z moich obserwacji wynika, że taka długotrwała samotność powoduje w człowieku wiele złych rzeczy.

A więc, jeśli ktoś ma takie powołanie i jest szczęśliwy będąc latami sam ze sobą, to tylko cieszyć się, bo żyje zgodnie ze swoim powołaniem. Jest wtedy spełniony i szczęśliwy.

Ja nie mam w sobie zgody na samotność i jest to ode mnie niezależne, bo czuję, że gdybym pewnego dnia powiedziała: "tak" samotności, to byłoby to, po pierwsze, skrajnym fałszem (a kogo mam oszukiwać? siebie? Boga?), a po drugie, byłoby to tak, jakbym dosłownie zabiła najcenniejszą część siebie: to, co JESZCZE jest we mnie żywe i co stanowi o tym kim jestem. Można mi wszystko odebrać, ale nie chciałabym nigdy zdradzić siebie i pozwolić sobie odebrać to, kim jestem. A więc, jest to u mnie znak wierności swojemu powołaniu.

Oczywiście w życiu może być różnie, mogę jeszcze doświadczyć samotności (na starość itp.), wiadomo, a więc, jeśli nie będę miała wyjścia, to postaram się jakoś z nią żyć, tak jak przez te 10 ostatnich lat po rozstaniu z mężem. Natomiast, jeżeli to zależy ode mnie, to ZAWSZE będę modliła się o to, aby nie być samotna i do ostatniego dnia życia myślę, że będę wierzyła, że Bóg mnie wysłucha, o ile wcześniej nie umrze we mnie nadzieja, co oznacza po prostu śmierć duchową. Może coś takiego też się zdarzyć, bo nikt nie jest tak silny, aby nie można było go czymś złamać. Na razie jednak mam nadzieję, że moje życie zmierza w jakimś dobrym kierunku.

Jeszcze jedna mała rzecz. Nie wiem, Ago, jaki jest Twój tryb życia w Twojej samotności, ale być może codziennie rano chodzisz do pracy, do ludzi, a to też energetyzuje i sprawia, że jednak zamieni się z kimś słowo, a potem jest się samemu w domu tylko przez parę wieczornych godzin.
Ja jednakże pracuję w domu i jestem non stop sama, latami, a to jest istotna różnicą.

Nie wiem też czy nie mieszkasz z jakimiś domownikami. Znam parę osób, które choć nie mają partnera, to mieszkają np. ze swoją mamą czy tatą i zawsze też jakieś słowo z nimi zamienią. Mają do kogo napisać "Wracam już", czasem jak wejdą do domu, to czeka na nich talerz zupy czy szklanka gorącej herbaty i druga dorosła osoba, z którą można pogadać. To jest kolosalna różnica w porównaniu do stanu, w którym ktoś jest cały czas sam, przez większą część doby.

Dzieci to nie to samo, bo one jakby wyfruwają z gniazda i mama powinna im to ułatwiać (i ja ułatwiam). Poza tym nie są to osoby "symetryczne", nie wszystko można im powiedzieć. Mam dobre relacje z córkami, ale to nie to samo, co druga dorosła osoba. Jest to szeroki temat, więc tylko go sygnalizuję. Poza tym, uczą się, pracują, chodzą na treningi, na spotkania, wyjeżdżają na całe miesiące, starsza wyprowadziła się już dawno i tylko wpada do nas itp. A to oznacza ogrom czasu ich fizycznej nieobecności w domu.

A więc, osobiście doświadczyłam tego, że samotność dosłownie degeneruje człowieka. Może nie będę tego rozwijać, ale mnie przerażało to, co się we mnie nieraz działo i cały czas musiałam walczyć z tym, aby z jakichś mechanizmów, które się pojawiały nie rozwinęło się coś naprawdę złego. Dzięki temu, że zaraz po rozwodzie przeszłam terapię psychologiczną jakoś stale starałam się "łapać świadomość" tego, co się dzieje ze mną i jakoś przeciwdziałać, ale nikomu nie życzę doświadczać tego w długim kawałku. W jakimś stopniu nadal czuję samotność i pojawiają się ciężkie chwile, ale jest duuużo lepiej dzięki tej znajomości z mężczyzną, o którym napisałam wyżej.

Anonimowy pisze...

@Anna K.: "Papież Franciszek wiele robi w kierunku Eucharystii dla osób po rozwodzie, więc jest nadzieja. :) "

Nadzieja na co? Że papież zmieni Prawo Boże i cudzołożników, którzy nie chcą się nawrócić, ale chcą trwać w grzechu, dopuści do komunii?
Mam nadzieje, że nigdy do czegoś takiego nie dojdzie.
Osoby po rozwodzie, jeśli tylko nie cudzołożą, mogą cały czas przystępować do Eucharystii.

Kasia Sz. pisze...

Jeszcze chciałam podkreślić, że ważna jest nie tylko obecność drugiego człowieka i w ogóle ludzi, ale także ich postawy. Bo być w wśród ludzi, którzy obniżają nastrój, traktują nas z wyższością, w taki a nie inny sposób potrafią wbić szpilkę nie tylko nie jest przyjemnością, ale wręcz udręką. Życzliwość, względna troska o kogoś, dopingowanie do zmian to są fajne postawy. Tych doświadczam, choć w mniejszości.

Anonimowy pisze...

Pozdrowienia o poranku. Dla Kasi. Bo tak.: -) Dla Ani, z radością że ma z kim pogadać.
Bo jak ktoś powiedział osamotnienie to nie fizyczny brak kogoś w pobliżu tylko niemożność powiedzenia komuś o czymś ważnym. Nawet dla introwertyków, dla których samotność jest naturalna i potrzebna a brak rodzi rzeczy najgorsze. Ale potrzebny jest ktoś "symetryczny" jak Ania mówi. Nie tylko wiekiem, ale sposobem patrzenia na życie, na świat. Można mieć dom pełen ludzi i nikogo kto zrozumie.
I dlatego nam wszystkim życzę dobrych przyjaciół.
Tego żeby nikt nie odpracowywał na nasz widok scenki - uwaga wariat na 15-tej udawaj że ze mną rozmawiasz.
: - )
Trzymajcie się ciepło

Kasia Sz. pisze...

@"anonimowy z 19 marca 2014 z godz. 05:03" - Dziękuję :-)

aga pisze...

dostałam dziś dobry mailing:

"Ludzie, którzy zaczynają od nowa, potrafią być ze sobą sami. Byś samym ze sobą to już pewna sztuka. A jeszcze większą sztuką jest, by nie dążyć za wszelką cenę do „wypełnienia” tego czasu z sobą samym czytaniem, pracą czy oglądaniem telewizji. Takie „puste bycie ze sobą samym” jest nam stale potrzebne do zrozumienia pełni, do bycia z Bogiem"
Alois Kothgasser, Clemens Sedmak z książki Dawać i wybaczać

Kasia Sz. pisze...

@aga
Co innego dobrze rozumiana samotność i dobrze przeżywana samotność nawet ta w związku i w rodzinie, co innego złe zaspokajanie braku kontaktu z drugim człowiekiem czyli takie kiedy drugiego człowieka traktujemy instrumentalnie albo zatracamy się z powodu samotności w szeroko pojętej aktywności.

NATOMIAST co innego dobry kontakt z drugim człowiekiem z którym dzielimy radości, smutki i spostrzeżenie /i tu jest miejsce na kontakt kobieta-meżczyzna/, co innego kontakt na linii przyjaciel-przyjaciel, plus szereg innych kontaktów. W KAŻDEJ relacji jest potrzeba dania wolności tej drugiej osobie. W KAŻDEJ.

Jeśli Anna K. znalazła tę drugą połówkę to ma do niej prawo. I dajcie jej spokój. Jeśli Wam żyje się dobrze bez tej drugiej połówki to także ok. Także macie do tego prawo.

Anna K. pisze...

Dziękuję za dobre słowa i życzliwość. :)

Samotność "twórcza", bycie ze sobą samym dla przemyślenia i przepracowania pewnych spraw, uczenia się siebie, pogłębiania relacji z Bogiem itp. jest oczywiście bardzo dobra i potrzebna, ale najlepiej, uważam, jeżeli występuje w zdrowych proporcjach, czyli nie cały czas. Czyli trochę pobyć samemu, ale potem już z ludźmi.

Pokazuje nam to bardzo dobrze Jezus z Ewangelii: czasem miał potrzebę oddalić się i pobyć sam, ale potem wracał do ludzi. Fajnie musiało być tak iść razem od wsi do wsi z przyjaciółmi i rozmawiać w drodze, nawet tak "o niczym", jeść razem posiłki. Albo odwiedzać serdecznych przyjaciół Łazarza, Martę i Marię (oraz innych). I w ogóle rozmawiać też z napotkanymi ludźmi, chodzić do ich domów. Nawet posiłek u faryzeuszy musiał też dawać Jezusowi jakąś odskocznię od samotności, bo wchodził wtedy w interakcję z ludźmi, rozmawiał z nimi, słyszał co mają do powiedzenia, otrzymywał od nich uwagę, że jest dla nich ważne to, co mówi, nawet jeśli polemizują z tym. To też zaspokaja jakieś potrzeby człowieka.

Wszystko to razem działa na podświadomość i daje, uważam, jakąś równowagę. Trochę interakcji z ludźmi jest, myślę, niezbędne dla każdego.

Do jakiegoś stopnia osłodą samotności mogą być zwierzęta (i bardzo dobrze, że tak jest), ale nie wiem czy to sprawdza się na dłuższą metę. Natomiast na pewno lepiej ze zwierzakami niż samemu na co dzień, tak totalnie. Wielu starszych ludzi albo przygarnia zwierzęta albo np. dokarmia dzikie koty, które czekają na nich i cieszą się z ich obecności. Idealnie byłoby pewnie, gdyby jeszcze przy okazji karmienia kotów (albo przy innych okazjach) nawiązywali fajne znajomości i mieli dzięki temu też ludzi w swoim życiu. Albo i swoich bliskich, żeby ich dzieci odwiedzały itp.

No nic, miłego dnia dla wszystkich!

PS. A o Eucharystii dla rozwiedzionych to nie będę podejmować dyskusji, bo obiecałam to o. Krzysztofowi. Natomiast zawsze wolno chrześcijaninowi, uważam, wyrazić radość z tego, że papież dostrzega ludzkie problemy i chce na nie odpowiadać. Czas pokaże co będzie dalej w temacie.

Anna K. pisze...

Kasiu Sz. - pisałyśmy jednocześnie (odpowiadając również Adze).

Dzięki raz jeszcze za życzliwość. :)

W moim wpisie powyżej skupiłam się raczej na interakcjach z ludźmi, nawet niekoniecznie pogłębionych, jako na wielkiej wartości dla człowieka (w opozycji do bycia "samemu ze sobą" długotrwale), ale zgadzam się również z tym, że człowiek potrzebuje też pogłębionych relacji, z kimś bliskim, z kimś, kto ma dla nas czas, lubi nas i akceptuje.

Życzę Ci szczęścia i spełnienia marzeń!

Wszystkim komentującym też wszystkiego dobrego. :)

aga pisze...

Kasiu
co Ty tak na mnie napadłaś? przecież ani słowem nie krytykowałam wyborów Anny, polemizowałam raczej z Tobą
a dzisiejszy cytat bardzo mi spodobał, i na czasie, więc go wkleiłam
serdeczności

Kasia Sz. pisze...

Aga - Nie chciałam napadać. Może tak nie zręcznie wyszło. Przepraszam.

Napisałam ogólnie do osób, które piszą nieraz nieprzyjazne słowa do Ani. K w związku z jej przyjacielem. Jak np. jedna z osób anonimowy. Znam dobrze smak samotności. Tej złej i wiem jak kobiecie bywa ciężko na wielu płaszczyznach. I dlatego bardzo ważne jest, żeby kobiety motywować do walki o siebie. Żeby się nie poddawały, żeby wierzyły, że są ciekawe, piękne, mądre, warte i godne miłości. Te samotne singielki i te niewinne porzucone.

Bywają ludzie, którzy chcieliby nam narzucić samotność. Miałam takie koleżanki, które mając własne rodziny jednak nie dopingują, ale ściągają w dół, bo zawsze to lepiej popatrzeć na czyjąś samotność z poczuciem triumfu.

Anonimowy pisze...

a mnie urzeka coś takiego- wrażliwość, dobroć jakaś taka, ciepło które odbija się wyraźnie, że widać (z niektórych wpisów). Bo tak...
duchowy materializm- kapitalny tytuł

Anonimowy pisze...

Dziękuję.

pasażer pisze...

Mamtak samo, im większą liczbą rzeczy się otaczam tym bardziej trace wolność.

Anonimowy pisze...

Ja myślę, że fajnie jest żyć w świecie nadmiaru informacji, bo zawsze można znaleźć coś dla siebie (poznać siebie-Sokrates). Chociaż z drugiej strony to, co łatwo przychodzi, łatwo jest również odtrącić. To taki paradoks. Z jednej strony syto zastawiony stół, więc człowiek nie docenia głodu, a to właśnie głód jednoczy ludzi (rodzi nadzieję, wspólnotę wyzwala chęć dzielenia się). Relatywizm słowny, brak szacunku do słów drugiej osoby, ignorancja, egocentryzm, a przecież każdy z nas umrze :). W ciszy można wsłuchać się w siebie, ale ludzie nie lubią być sami bo boją się samych siebie dlatego otaczają się innymi jaki i wpadają w wir informacji :). A to co najcenniejsze jest w samym człowieku, który jest wszechświatem.

Anonimowy pisze...

Bardzo dobry tekst.

Prześlij komentarz