sobota, 24 maja 2014

O pomocy, która zabija

Po jej śmierci rodzina aż dziwnie poweselała.










Po jej śmierci rodzina aż dziwnie poweselała. Wyraz napięcia znikł z twarzy męża, zaczyna się nawet śmiać. Młodszy syn, którego zawsze uważałem za stworzenie zgorzkniałe i opryskliwe, wykazuje całkiem ludzkie cechy. Starszy, który tylko nocował u rodziców, teraz prawie stale jest w domu i zajął się ogrodem. Córka, o której się zawsze mówiło, że jest "wątła", bierze teraz lekcje jazdy konnej, o których dawniej nie mogło być nawet mowy, potrafi przetańczyć całą noc i może grać w tenisa dowolną ilość godzin. Nawet pies, którego wyprowadzano na dwór tylko na smyczy, jest teraz popularnym członkiem Klubu Latarni na ich ulicy. 

Kiedy żyła, pani Fidget mówiła często, że żyje wyłącznie dla swojej rodziny. To nie było kłamstwem. Wszyscy w sąsiedztwie wiedzieli o tym. "Żyje dla rodziny - mówili - co za żona i matka!" Robiła sama wielkie pranie, chociaż prała źle i mogła sobie pozwolić na oddanie bielizny do pralni. Błagali ją często żeby tego nie robiła. Ale prała nadal. 

Każdy, kto był o danej porze w domu, dostawał gorący lunch, a wieczorem była zawsze gorąca kolacja (nawet w pełni lata). Błagali, żeby nie przygotowywała takich posiłków. Zapewniali niemal ze łzami, że lubią zimne dania (co było prawdą). Nie odnosiło to żadnego skutku. Żyła dla swojej rodziny. Jeśli ktoś z domowników wracał późno, czuwała zawsze, obojętne czy to była godzina druga, czy trzecia w nocy - witała go wyczekująca, szczupła, blada, zmęczona twarz matki, wyrażająca nieme oskarżenie. Znaczyło to oczywiście, że nieprzyzwoitością byłoby często wychodzić z domu. 

Pani Fidget stale robiła jakieś ręczne roboty i była we własnym mniemaniu doskonałą krawcową-amatorką i wielką specjalistką od bielizny.  I naturalnie trzeba było jej pomagać, bo nie można było przecież zachować się jak bydle. 

"Chłopcze, chłopcze, twoje szaleńcze wybryki złamią serce matki."  - można było usłyszeć.

Przywiązanie gorzko cierpiało, gdy któryś  z członków rodziny wyrywał się z kręgu domowego ethos. 

Pani Fidget gotowa była urobić sobie ręce – jak sama mówiła - do krwi dla swojej rodziny. Nie mogli jej powstrzymać. A ponieważ byli także przyzwoitymi ludźmi nie mogli patrzeć jak ona stale pracuje, musieli jej pomagać. Prawdę mówiąc musieli stale pomagać, nawet kiedy nie mieli na to żadnej ochoty. 

Na jej grobem pastor powiedział: Pani Fidget spoczywa teraz w spokoju. Miejmy nadzieję, że tak jest. A że jej rodzina ma teraz spokój, to już rzecz najzupełniej pewna.
***

To prawda, że "więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu". To prawda, że życie wyłącznie dla siebie jest przekleństwem. Tylko, że służba dla innych musi być związana z wsłuchaniem się w potrzeby tych ludzi. 

Bywają momenty, kiedy należy pozwolić człowiekowi odejść. Bywają też takie, kiedy należy zgodzić się na to, że nasza pomoc nie zostanie przyjęta. Drugi człowiek jest wolny i ma prawo nas odrzucić.  

Żadna osoba, choćby nie wiadomo jak bliska nie należy bowiem do nas lecz do Stwórcy. 

Miłość nie zawłaszcza.  


Prawdziwa miłość przenika tajemnice i samotność kochanej osoby, pozwalając jej zachować swoje sekrety i pozostawia jej wewnętrzną wolność. (Thomas Merton)


Opowieść o pani Fidget - C.S. Lewis "Cztery miłości" (wybrane fragmenty)



7 komentarzy:

Klaudia Pawlak pisze...

Genialny wpis Ojcze !
Dobrego weekendu Wszystkim ;)

aga pisze...

daje do myślenia nam - matkom
daje do myślenia żonom
gdy czytałam to opowiadanie, jakoś dziwnie znajoma mi się wydawała ta pani Fidget, jakbym siebie widziała przed laty
teraz jest inaczej, odkąd dostałam łaskę odkrycia, że:
" Bywają momenty, kiedy należy pozwolić człowiekowi odejść. Bywają też takie, kiedy należy zgodzić się na to, że nasza pomoc nie zostanie przyjęta. Drugi człowiek jest wolny i ma prawo nas odrzucić. Żadna osoba, choćby nie wiadomo jak bliska nie należy bowiem do nas lecz do Stwórcy.
Miłość nie zawłaszcza."
Dzięki, ojcze

A w tę V rocznicę
"Niech cię Pan błogosławi i strzeże.
Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą,
niech cię obdarzy swą łaską.
Niech zwróci ku tobie oblicze swoje
i niech cię obdarzy pokojem"

Belegalkarien pisze...

Trudny temat Ojciec podjął. Bo miłość wielu kojarzy się z symbiozą, zawłaszczeniem, a nie wolnością. kochać, to pozwolić się rozwijać, a nie trzymać w kloszu, który ogranicza pole widzenia. Troska o drugiego człowieka nie może być tożsama z zakazami i nakazami. Słuchanie potrzeb to rzeczywiście klucz do sukcesu.

Co, jeśli potrzeby człowieka, którego kochamy, a właściwie zaspokajanie tych potrzeb, krzywdzi jego samego, lub co gorsza, nas i innych członków rodziny? Co jeśli nadmierna swoboda i brak zasad (bo potrzebą męża jest bywanie z kolegami, "inwestowanie" w gry hazardowe, odpoczynek po pracy i brak zaangażowania w życie domowe, odpychanie od siebie myśli o problemach, bo tak jest wygodniej, bo ma taką potrzebę - świętego spokoju) prowadzi do destrukcji i rozpadu? Co jeśli żona ma potrzebę wyjazdu do spa, bez zastanowienia za co wyprawi dzieci do szkoły?

Przytoczona historia jest skrajnym przykładem nadopiekuńczości i przytłoczenia, które są destrukcyjne dla rodziny. Ale wsłuchiwanie się tylko w potrzeby, też nie jest rozwiązaniem.

Trzeba pozwolić komuś odejść... Słyszałam wiele historii, w których mężowie "mieli potrzebę" odpoczynku od zrzędzących żon i płaczących w nocy dzieci. Po prostu nadmiar obowiązków i wymagań, przede wszystkim odpowiedzialności tak bardzo ich zmęczyła, że zrodziła się potrzeba odejścia, by odetchnąć, odpocząć, nie dusić się, zacząć żyć... Żona w tej sytuacji powinna wsłuchać się w potrzebę męża i po prostu pozwolić mu odejść? Zgodnie z tym, co Ojciec pisze, on jest wolny, ma prawo mnie odrzucić... To nie do końca jest tak. Miłość to wierność wyborowi, że tak zacytuję za św. Augustynem. A za Małym Księciem, że stajemy się odpowiedzialni za to, co oswoiliśmy. Jedno i drugie jest zawsze skutkiem wolności. Mam prawo w swojej wolności do podjęcia decyzji o tym, że kogoś kochając, jestem mu wierna, że wchodząc w relację, staję się odpowiedzialna za swoje słowa i czyny względem niej.

Miłość nie zawłaszcza, ale nie możemy mylić wolności z samowolą.

mała Cy pisze...

Ech, mieć pewność, że po śmierci i pani Fidget poweselała, ale wcale nie dziwnie...
To, co zawłaszcza, nie jest miłością.
Zatem miłości nam wszystkim, którzy jeszcze żyjemy.

Anonimowy pisze...

Kto dotrzyma przysięgi niekorzystnej dla siebie...
Kto dotrzyma przysięgi niekorzystnej dla siebie?

Żyrólik pisze...

A propos zawłaszczajacej miłości przeczytać pewnie warto Cronin "Hiszpański ogrodnik" , przykład bardziej skrajny od Pani Fidget. Można się przestraszyć, ale odruchy tego typu próbują kiełkowac rownież w moim sercu.

jb pisze...

Jeden z moich ulubionych cytatow Mertona. Nadrabiam zaleglosci w czytaniu Ojca bloga.
Pozdrawiam i w modlitwie pamietam!

Prześlij komentarz