piątek, 22 stycznia 2016

Umiarkowanie. Zapomniana cnota

Zamiast pytać: „co bym jeszcze chciał?”, coraz częściej wolę: „bez czego mogę się obejść?”. Nie chcę być niewolnikiem pewnych rzeczy.








Po siedmiu dniach odosobnienia, milczenia i ciszy, a przy okazji – całkowitej internetowo-telefonicznej ascezy spoglądam na ilość maili i powiadomień. Sporo w nich rzeczy, które koniecznie musiałem obejrzeć, przeczytać, ponieważ coś ważnego miało mnie ominąć. Nie można przecież funkcjonować inaczej, bo za dużo się traci...

Coraz częściej stosuję inny sposób myślenia i przeżywania. Zamiast pytać: „co bym jeszcze chciał?”, wolę: „bez czego mogę się obejść?”. 

Jakoś najbliżej mi do tych duchowych mistrzów, którzy twierdzili, że chrześcijaństwo to stan całkowitej prostoty. Fascynują swoją wolnością.

***


Paulina Wilk w znakomicie napisanej książce "Znaki szczególne" wspomina dorastanie swego pokolenia, wychowanego w okresie transformacji: 

Nie było rozmyślania o tym, czego jeszcze moglibyśmy chcieć i co nam się marzy, bo zniknął brak. Lody były dostępne przez cały rok, na nic nie czekaliśmy. Odtąd pragnienia nie wyrastały w nas, lecz przychodziły z zewnątrz: z wystaw sklepowych, billboardów i telewizji, mrugały kusząco z piórnika koleżanki. Byliśmy wyręczani przez reklamy i sprzedawców, prawie niczego już sobie sami nie wyobrażaliśmy. Naraz zachcieliśmy wszystkiego, co wczoraj jeszcze nie istniało.

Dzisiaj jemy, nosimy, posiadamy z grubsza to samo co mieszkańcy innych krajów rozwiniętych – zauważa Autorka. Dzięki internetowi i otwartym granicom nie musimy czekać na nowości. Ma to i gorsze strony: trudniej o dreszcz emocji, gdy się odkrywa coś unikatowego, bo dostępność jest właśnie cechą dobrobytu i globalizacji.

Świat codziennie składa nam gigantyczną ofertę atrakcji, daleko przerastającą nasze pragnienia. Ale dojrzewanie to też wyrastanie z zachwytu nad oceanem możliwości – nieograniczonych, ale w większości zbędnych. 

Nie bez powodu, na każdej Eucharystii, po Ojcze nasz, kapłan modli się w imieniu wiernych: „Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu...”.




20 komentarzy:

Anonimowy pisze...

szli spokojnie z bagażem tylko serca. i oby nas nie przygniatało kamieniem do ziemi.

Anonimowy pisze...

obyśmy

makroman pisze...

Marek Kamiński w swojej książce (bodajże Moje Bieguny - ale czytałem większość i€z nie pamiętam co jest z której) opisuje jak to fajnie czytać "aktualne" gazety po dłuższym czasie - nagle okazuje się że gorączkowe "newsy" są nic niewartymi efemerydami medialnymi, bo po dwóch dniach i tak o tym nikt nie pamięta.

Ale jest też inna kwestia - "znikanie z netu" w sytuacji gdy prowadzi się aktywne życie towarzyskie (wirtualne ale zawsze w interakcji z drugą osobą) może być dla tamtych przykre, bo ktoś nie odpisuje na maile, komentarze czy posty...
W końcu tu trzeba zachować sztukę umiaru

Magdalena. pisze...

mnie też ta wolność od imponuje i nie dorastam do niej, choć to w tym momencie chyba nie jest najważniejsza kwestia. Najgorzej jest z tymi fb-kami, które najchętniej by człowiek wywalił, a jednak ta obawa, że coś go ominie, albo że kiedyś się jeszcze ten śmietnik przyda...

Magdalena. pisze...

Wszystko można (mieć) - tylko po co?

Monika OPs pisze...

Magdaleno, to o czym mówisz, to uzależnienie i nawet ma już swoją nazwę FOMO (Fear of Missing Out). Jak wiesz, 1,5 roku temu przestałam wchodzić na FB (choć moje konto tam cały czas jest) i jakoś nie mam poczucia, że cokolwiek ważnego mnie ominęło. A jeśli było coś takiego, to do tej pory się o tym nie dowiedziałam, więc spoko. ;-) Trzeba też mieć świadomość, że wszędzie i tak się nie da być, wszystkiego zobaczyć, wszystkiego przeczytać.
Natomiast moje podejście do FB uświadomiło mi już dawno, że w przypadku niektórych rzeczy mam problem właśnie z umiarkowaniem. W takim sensie, że albo biorę wszystko, albo nic. Albo godziny spędzone na przeglądaniu FB, albo totalne odcięcie. Podobnie ze słodyczami: albo zjem wszystkie jakie widzę, albo nie jem wcale. Jak się nauczyć rozsądnie korzystać z tego co nas otacza?

Anonimowy pisze...

Umiarkowanie, to coś pomiędzy "co bym jeszcze chciał" i "bez czego mogę się obejść"

Magdalena. pisze...

@MonikaOPs:

No właśnie nie do końca o to uzależnienie chodzi. Bo ja się mogę tam miesiącami nie logować i żyję i to nawet spokojniej, niż z fb. Bardziej chodzi o to, że nie wiem, co będę robić w życiu - za rok, za pięć i czy nie będę potrzebowała użyć tego portalu jako narzędzia w rozprzestrzenieniu informacji, albo wypromowaniu czegoś. Niestety, ale poza klasztorami jest jeszcze ten świat, w którym żyjemy i w którym trzeba się czasem wypromować, żeby się jakby mimochodem przebić, albo chociaż zareklamować i to nie dla próżnej chwały, ale po to, żeby np. mieć pieniądze na życie. Jedno już wiem: od nowa mi się tam profilu tworzyć nie chce. Natomiast w moim odczuciu jest to miejsce totalnie nieuporządkowane i to już nie jest tylko kwestia tego co kto tam wrzuca(choć też), ale tych wszystkich bzdur, reklam, pierdyliona zbędnych komunikatów - to jest denerwujące jak przeskakiwanie słońca na szczeblach płotu, tylko jakbyś tych płotów miała dookoła setkę. (Tak, wiem, że to też denerwuje człowieka przy jakiejś chorobie). Dlatego, choć nie tylko dlatego - nie korzystam za dużo. Raz na jakiś czas. A jak przez rok mnie tam nie ma, to po rocznym nieaktualizowaniu ustawień i innych, mam wrażenie jeszcze większego śmietnika i chaosu. Boże, człowiek, jak rośnie, albo dojrzewa, albo cokolwiek mu się tam dzieje, jakoś aktualizuje się sam, nie musi zmieniać ustawień ręki oddzielnie, nogi oddzielnie, mózgu oddzielnie - wszystko to się dzieje jakoś razem. Sieć jest zbawienna pod względem wielu rzeczy, ale też przytłaczająca kilka razy bardziej ilością bodźców. Nihil novi sub sole. Wszyscy kiedyś ogłupniemy od tego...

Magdalena. pisze...

@ MonikaOPs:

Monia, a słodycze też jem i cóż... Byle mnie Greenpeace nie zechciał kiedyś zepchnąć do oceanu, gdy będę leżeć na tej, czy innej plaży... (To podobno jeden z wyznaczników prawdziwej grubości. Znam jeszcze dwa... :D) A poza tym - ale nie mów nikomu - czekolada jest warzywem!

Kasia Sz. pisze...

Umiarkowanie powoduje, że człowiek cieszy się z wielu rzeczy. Można sobie poradzić nawet ze słodyczami. Alternatywną do ich nadmiernego jedzenia nie jest nie dotykanie ich wcale, ale właśnie umiar. Jedna, góra dwie kostki np. mlecznej czekolady smakują znakomicie, zjedzenie całej tabliczki powoduje przesyt, poczucie winy, i zbyt dużo słodkiego smaku. A jednak sięgamy często po te rzeczy w nadmiarze. Z powodu łapczywości, nieraz, żeby coś odreagować.

Wszystko w umiarze ucieszy. I książka, i film, i prasa, i sport. Kiedy nagle byśmy zaczęli oglądać furę filmów, czytać wiele lektur, gazet to może i byśmy mieli poczucie bycia na bieżąco, może byśmy mieli uczucie bycia oczytanym, ale z czasem pojawiłoby się totalne przytłoczenie.

Z facebookiem jest tak, że jeśli mamy aktywne życie to rzadko tam będziemy zaglądać. Niektórzy traktują ten profil zawodowo jako prezentację swojej aktywności. Inni pokazują zdjęcia swoich dzieci albo swoje tak zwane selfie i oczekują komplementów. W rozsądnej ilości to nie jest jakieś przykre. Ale bywa, że z czasem rodzi się z tego pycha.

Na pewno lubimy być obserwowani przez innych i lubimy jak nasze życie jest przedmiotem obserwacji i właśnie podziwu. Stąd tak duża ilość zdjęć i poświęcanie czasu na dzielenie się swoim życiem, przemyśleniami z innymi.

Dziennikarze zakładają swoje profile i bardzo lubią dużo polubień, komplementów, komentarzy. Życie bez podzielenia się, bez reakcji tej drugiej strony bywa dla niektórych nudne.

W ogóle człowiek - jako istota społeczna - lubi być wśród ludzi i to lubi być na zasadzie gwiazdy. Część ludzi tak lubi, bo są osoby, które kochają dyskrecję i za to kocham ich ja :).

Na pewno jeśli ktoś nie ma profilu na facebooku albo rzadko tam wchodzi to nic go nie ominie, bo tam nie ma niczego aż tak ważnego.

Anonimowy pisze...

Markomanie o 14:30 - odpisywać na mejle, zawsze. Nawet na seryjne, jeśli od znanych sobie osób. Tak jak na listy. Choćby po to, żeby napisać, że mejluje się teraz rzadko, że się od mejlownicy stara odzwyczaić, że w ramach tego czy tamtego coś tam. Przy czym, można tego nie robić. Oczywiście. I wcale nie dlatego, że się umarło. Przecież to nie my narzucamy się komuś swoją obecnością - aktywnością pocztową.

aga pisze...

jestem wolna - bo nigdy nie miałam konta na żadnym z profili społecznościowych, z ludźmi, na których naprawdę mi zależy, mam kontakt mailowy, tak samo nie oglądam tv, moim kontaktem ze światem jest internet, sama decyduję, co chcę przeczytać

nie jestem też niewolnicą słodyczy - lecz niestety, 2 kostki czekolady spowodowałoby rozsierdzenie mózgu, więc zjadam od razu tabliczkę, ale nie czuję przesytu słodkości, bo preferują gorzką

książka, którą o. tu polecał o minimaliźmie jest troszkę przerysowana dla mnie, ale pozwala wiele zrozumieć i zmienić styl życia

ale i tak uważam, że sprawcą wszystkiego, co chcemy osiągnąć jest Jezus, na nic zda się nasze ćwiczenie woli bez Niego; kiedyś byłam niewolnicą kolorowej prasy, wydawałam mnóstwo pieniędzy i traciłam mnóstwo czasu; przyszło nawrócenie, w jednej chwili Jezus uwolnił mnie od tego nałogu, również od tv, wyrzuciłam makulaturę, którą miałam w domu zbieraną od wielu lat,

Magdalena. pisze...

Każdy ma jakieś tam swoje rzeczy i zjawiska do uwalniania się od, więc postrzeganie tych zjawisk jest różne. Osobiście np. nie mam żadnego poczucia winy po zjedzeniu tabliczki czekolady - jak mam potrzebę, to jem, jak nie, to nie i tyle.

A jeżeli chodzi o kwestię życia w internecie - oczywiście, że jak się to odpowiednio dawkuje to jest zdrowo i okej. A nawiasem mówiąc - wiedzieliście o tym, że jest taka kategoria jak "znani youtuberzy"? Bo mnie oświeciły dzieci i młodzież... Teraz tam są - hm - "idole"? W pewnym sensie kiedy byłam dzieckiem, albo kiedy starsi ode mnie byli dziećmi, było po prostu łatwiej wyrastać bez nadmiaru i przytłoczenia. Pod różnymi względami. Wcale tego źle nie wspominam, tak samo, jak inie uważam, że teraz czasy są złe. Nie są. Ale rodzice muszą bardziej pilnować, aby ich dzieci nie wyrastały na roszczeniowców, którzy muszą mieć wszystko, czego zapragną. Sami też się muszą pilnować, jeżeli tylko sytuacja finansowa pozwala im na swobodne zaspokajanie wszelkich (rzeczywistych, czy też sztucznych) potrzeb. Z biegiem lat ewoluowało nam tło życia, natomiast my chyba nie dorośliśmy jeszcze społecznie do rozsądnego korzystania z tych dobrodziejstw. I nie wiem, czy kiedyś to się stanie. To trochę jak z kręgosłupem - ewolucyjnie nie jesteśmy przystosowani do siedzącego trybu życia, ale wielu z nas ma siedzącą pracę, co na kręgosłup działa destrukcyjnie, niestety. Część z nas próbuje sobie z tym radzić jakoś - piłki, ćwiczenia, baseny, ale zanim budowa naszego ciała dostosuje się do tych okoliczności, minie mnóstwo lat.
Pamiętam taką rozmowę o tym, jaki był efekt zmian gospodarczych w którymś ze wschodnich państw (z resztą nie wiem, czy w PL nie było podobnie) - nagle można było sobie kupić wszystkie wymarzone rzeczy i sprzęty, tylko na kredyt, no i ludzie nabrali tych kredytów w przypływie radosnego entuzjazmu, acz nierozsądnie...

Magdalena. pisze...

Natomiast zgodzić się muszę z tym, że jeżeli uda się Boga ustawić z powrotem na właściwym dla Niego, czyli pierwszym, miejscu, wówczas reszta nastawia się "przy - dłuższej, lub krótszej - okazji" (jak kręgi w kręgosłupie - różne rzeczy wskakują tam, gdzie powinny).

Anonimowy pisze...

"Przy czym, można tego nie robić. Oczywiście. I wcale nie dlatego, że się umarło. Przecież to nie my narzucamy się komuś swoją obecnością - aktywnością pocztową. "
Oczywiście. Zamknąć się bezpiecznie w swoim milczeniu. Zaryglować wszelkie drogi kontaktu. Zamknąć. Zrobić innym jedno wielkie Betlejem.uchylać drzwi tylko na tyle żeby powiedzieć
"nie ma tu dla ciebie miejsca". Można.
Gdyby jeszcze ktoś zadbał o tych właśnie. Co się narzucają. Co chodzą żebrząc o słowo
niech opatrzy Opatrzność
spokojem, zrozumieniem, radością, wybaczeniem

Kasia Sz. pisze...

Jeśli chodzi o zjedzenie tabliczki czekolady i wyrzutów sumienia z tym związanych to INCYDENTALNE zjedzenie tabliczki nie musi się z nimi wiązać, ale częste już powinno być powodem do zatrzymania takich praktyk. Ze względu na zdrowie. Tak samo jak codzienne picie alkoholu powinno zapalić w głowie czerwoną lampkę.

W moim odczuciu umiar we wszystkim jest zbawienny. Pozwala smakować życie.

Pisałam tu o pysze jaka się może pojawiać na portalach społecznościowych, pysze związanej z prezentacją swoich fotografii. Ponieważ czytając po raz drugi "Dumę i uprzedzenie" Jane Austen natrafiłam tam na wypowiedź pana Darcy'ego na temat skromności, która może być zakamuflowaną pychą. Tak samo naturalna radość z wielu wydarzeń w życiu może już zacząć przestać być radością, ale staje się czymś innym.

Anonimowy pisze...

bez rzeczy można
bez ludzi jest trudniej
bez przyjaciół i ludzi kochanych
właściwie się nie da
brak umiaru...
tak. to niegodny brak umiaru ma ojciec rację.
szarpać nieustannie w swoją stronę. domagać się czegoś
nie umieć zgryźć w sobie własnego nieszczęścia
szukać pomocy zamiast przystać pogodnie, że albo Bóg albo nikt
i nikomu nie zawracać głowy
chociaż by się chciało, bardzo chciało, móc mieszkać i żyć
samotnie. spokojnie. godnie i z Bogiem
i co z tego że by się chciało
prostego spokojnego życia, prostego spokojnego domu
szczęścia, bez niczego nie wnoszących nadmiarów
*
człowiek którego nic nie ominęło byłby mokrą plamą roztartą na ścieżkach świata
cieniutkim filmem wrażeń
to już lepiej być milczącym kamieniem, opływanym przez kolorowe rzeki czyichś pragnień
żeby "koniecznie..."
z daleka.

Anonimowy pisze...

Jak kręgi w kręgosłupie. I jak kręgi na wodzie...

szafirek pisze...

Trochę bardziej poważnie (ale nie za bardzo;) o szczęściu.
https://www.youtube.com/watch?v=nyqzOPqGZYA

Anonimowy pisze...

Ojcze dobra robota - ten wpis i cały blog - jedyny który czytam regularnie który coś mi daje czego potrzeuje. Dziękuję i pozdrawiam!

Prześlij komentarz