sobota, 21 maja 2016

Pokonani przez Boga

Ci którzy są mistrzami życia w samotności, mogą być mistrzami życia z ludźmi.






Niektórzy tak mają, ich dziury w sercu są większe niż innych i poza Bogiem nie są w stanie znaleźć ukojenia. Dla takich ludzi samotność i cisza są jak sen. Po wielu nieprzespanych nocach występują złudzenia i halucynacje, traci się kontakt z sobą samym. Długotrwały brak samotności, niczym brak snu, stałby się destrukcyjny. Z pola widzenia straciłoby się cel, który zawiera wszystko inne...

„Mnisi są takimi samymi łotrami, jak ci na zewnątrz, ale próbujemy skręcać w stronę Boga i modlić się za ludzi, którzy nie są przy Nim” – mówi o. Lew, cysterski mnich z opactwa trapistów w Nowym Dworze, zakonu o najsurowszej regule w Kościele katolickim. 

Wiele osób się do nich zgłasza, przyciągają ich różne rzeczy, ale w większości wszystko naraz mija. Klasztorny świat okazuje się rozczarowaniem. Chcieliby osiągnąć pokój, ale nie chcą ponieść ceny, którą należy zapłacić. 

Jeżeli w kimś istnieje materiał na mnicha, to takiemu człowiekowi przychodzi przeżyć pewną fazę rozwoju. Odkryje z zakłopotaniem, że tak naprawdę jest inny. Nie chodzi o dziecinne manifestacje inności, o bunt dla samego buntu, ale o inność prawdziwą, taką, której towarzyszy pewien rodzaj duchowej wrażliwości, zwiastujący niejedną życiową komplikację.

A to wcale wygodne nie jest. 

Choć jest otoczony ludźmi, czuje się obcy. A jeśli próbuje o tym mówić, poczucie obcości jedynie się nasila. W końcu ma ochotę zamilczeć, ale ludzi pojawia się coraz więcej...

I choćby starał się to za wszelką cenę zmienić albo choćby ukryć, to im usilniej próbuje, tym bardziej nasila się bolesna pustka, którą w sobie odkrył. Jakby w sercu była ogromna przepaść, poczucie niewytłumaczalnego odosobnienia, bolesne napięcie pomiędzy tym, co się ma, a tym, za czym się tęskni. 

Po jakimś czasie taki człowiek zostaje odarty ze złudzeń i już wie, że nie jest stąd i nie pasuje nigdzie. Nigdy nie pasował. I choć stara się uciec, znaleźć ukojenie w ludziach, uciec już nie ma dokąd. 

Jakby Bóg wypalił go swoim płomieniem, co uczyniło go kimś obcym. Boleśnie odczuł, że na tej ziemi nie ma już domu.

Czy jest szczęśliwy? Być może, ale to zupełnie inny rodzaj szczęścia. Niewytłumaczalny słowami. 

Bolesne znamię przynależności do Najwyższego zabrało iluzje na temat proponowanych mu scenariuszy na życie. I już nie w ludziach szuka pomocy, ale jedynie w Nim samym. 

Szukanie gdziekolwiek indziej to tylko ułuda i zamęt.

To rodzaj tęsknoty, połączony z poczuciem nienasycenia, których nie jest się w stanie nigdzie i nikim zaspokoić. 

Dlatego tak ciężko żyje się ludziom, którzy zostali pokonani przez Boga.


Mówię „tak” wszystkim mężczyznom i kobietom, którzy są moimi braćmi i siostrami w świecie, lecz aby moje „tak” stanowiło wyraz poparcia wolności, muszę żyć w taki sposób, aby nikt z nich nie zdawał się należeć do mnie i abym ja nie należał do nikogo. To dlatego, że chcę być dla nich więcej niż ich przyjacielem, stałem się dla wszystkich obcym.
Thomas Merton



35 komentarzy:

agi pisze...

ojcze, bardzo poruszający tekst
niemal jak wyznanie, jak autobiografia...
z miłością i modlitwą

szafirek szafirek pisze...

/Wasza dobroć jest zawarta w tęsknocie za wielkością, a taka tęsknota znajduje się we wszystkich. Lecz w niektórych z was, tęsknota ta jest jak mknący z ochotą ku morzu strumień, który zawiera w sobie sekrety gór i śpiew lasu. W innych natomiast, tęsknota jest jak płytki potok, który gubi się na zakrętach i pochyłościach i zatrzymuje się, zanim dotrze do brzegu/ Khalil Gibran
Zastanowiło mnie czy to "być może" oznaczałoby w tym przypadku bardziej tak, czy dopiero proces, drogę, która może do Tego szczęścia prowadzić?
Ja to trochę znam. Takie bycie nieustannie w drodze, gdzie nie ma domu, i nigdy nie będzie. Gdzie bardziej szuka się już pomocy w modlitwie, w Bogu, niż u innych. Nie czuję się jednak obco, w Kościele - gdzie Chrystus. (chociaż czasem rzeczywiście zastanawia mnie zachowanie niektórych, i zastanawiam się ile jeszcze mamy ze sobą wspólnego) Trochę inaczej postrzegam to "pokonanie" przez Boga. Jako zwrot, gdzie sami siebie (zachcianki, namiętności, egoizm itd) próbujemy pokonać, raczej jest to walka z samą sobą, i bez łaski Bożej, nic się nie da.
A jak jest Ta łaska, i miłość, tęsknota i nadzieja na spotkanie w pełni, nie żyje się ciężko.

Katarzyna pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Tomek pisze...

Ten wpis tnie jest jak ostra żyleta. Z Bogiem.

Barbara Smal pisze...

Myślę, że w każdym zasiane jest ziarno tęsknoty za sobą innym, którego przeczuwa i szuka w tworzeniu, w modlitwie, w drugim człowieku, za własnym Przemienieniem. Nie każdy to usłyszy albo raczej chce usłyszeć, bo wsłuchanie niesie poczucie osamotnienia czy odosobnienia właśnie. Może to wsłuchanie już jest wchodzeniem na górę Tabor, gdzie przecież każdy jest twarzą w twarz z Nieogarnionym, jest z Nim sam na sam. Mocne doświadczenia są windą na szczyt. Reszta już tylko tego konsekwencją.

ewa pisze...

Ojciec Pio pisał:
"Odwagi córko! Dusze oddane Jezusowi muszą cierpieć, aż po Kalwarię, aż po Krzyż Umiłowanego. Bądź pewna jednak, że z Kalwarii przechodzi się do Nieba."

Tomek pisze...

Zastanawia mnie też, jak odróżnić "pokonanie przez Boga" od problemów natury psychicznej, wymagających terapii i leczenia.

pocieszyciel pisze...

Taka osoba nie ma zaburzeń natury psychicznej. To rodzaj duchowego bólu.

Tomek pisze...

Tylko gdzie leży granica oddzielająca psychiczne od duchowego - to mnie zastanawia wciąż.

Żyrólik pisze...

To jest prorocze słowo, odsłania horyzont, którego końca nie widać. Niektóre z tych rzeczy Bóg jakoś działa już, nawet jak nie rozumiem, ale to niedopasowanie, obcość i jakaś trudna do określenia nowa wrażliwość duchowa stały się ostatnim czasy gośćmi w moim życiu, tak bez starania ani zapraszania, w pośrodku tego zwariowanego pędem świata z setką obowiązków czuję się zaproszona do ciszy, samotności wybranej i tylko u Niego szukania pomocy....Boża perspektywa, jakby z satelity ziemię oglądał. Przystawka.

Unknown pisze...

Tomku sądzę że mnich odczuwa swoisty pokój serca i ten "inny rodzaj szczęścia", o którym pisze o. Krzysztof. Osoba z zaburzeniami raczej odczuwa niepokój i zagubienie.

Adam pisze...

Kolejny celny tekst, ta jakby pisany dla mnie...
Mam wrażenie że kolejna książka będzie o samotności w perspektywie świata i bliskości Boga. Już na nią czekam ;-)

Anonimowy pisze...

Pewne doświadczenia są nienazywalne. Pozdrowienia z Lubinia, ja z kolei jakoś mam wrażenie, że lubińska cisza czeka na odwiedziny Ojca :-)

ewa pisze...

@ Tomek 22.05.2016. 21:15
To jest bardzo proste :)trzeba tylko znaleźć klucz...DUSZY towarzyszy: zmieszanie, słuchanie, spokój, tęsknota...PSYCHICE (chorej) towarzyszy: euforia, słuchanie, niepokój, brak tęsknoty...trzeba bardzo uważać kogo chce się słuchać!!! Pozdrawiam.

szafirek szafirek pisze...

Nie żyje się ciężko, ale lekko też nie jest :P (poniedziałki jednak powalają)
To straszne, być dla wszystkich obcym. W tym miejscu, nie rozumiem Mertona.
Dlaczego zamykać się na poznawanie innych? i dlaczego zamykać dostęp do poznawania siebie innym? Bycie dla kogoś bliskim, nie musi oznaczać jakiegoś uwiązania, statycznej zamkniętej relacji przynależności. Możliwe, że chodziło mu o postawienie granicy pomiędzy tym co światowe...o nie przywiązywanie się do niczego i nikogo. Nie wiem czy to dobre, stawiać takie granice sobie i innym. Jeszcze pewnie zależy od konkretnej relacji.





szafirek szafirek pisze...

Zresztą mnicha nie czyni szata ani cela. Ale to, co ma w sercu.
/Kiedy mnich idzie do karczmy, staje się ona jego celą. Kiedy pijak idzie do celi, staje się ona jego karczmą/ jest coś prawdziwego w tym :)

Jeszcze do tego odchodzenia na pustynię, wchodzenia w pustkę, zostawiania siebie itd...
Zdarzyła mi się taka sytuacja, kiedy to miałam poczucie totalnego opuszczenia, zostawienia przez wszystkich. Siedziałam sobie we własnym sosie zanurzona z poczuciem beznadziei, zastanawiając się do czego w ogóle Bóg mnie powołał. (Skoro żyję, to mnie powołał). Wszystkich dookoła coś dotyczyło, ktoś kogoś wołał, a ja, do nieczego. Aż ktoś do mnie coś powiedział ( z rozpędu, oglądam się za siebie bo to na pewno nie do mnie ) a do mnie było. Ledwo do mnie dotarło.
Dotarło do mnie, że nie można tak we własnym sosie tylko wchodzić samotnie we własną pustkę. Stawać się "obcym" dla innych bez wspólnoty, bez Kościoła.

szafirek szafirek pisze...

Stawać się "obcym" czyli jak to zrozumiałam, stawać się bardziej wolnym. Tego nie da się zrobić bez tych co obok. Bez wspólnoty.

Anonimowy pisze...

Ah, jak lubie wracac do bolga Ojca - wszsytkie teksty o dziurze w sercu sa nieslychanie bliskie. Dziekuje. Najserdeczniej pozdrawiam.
Z Panem Bogiem.

Anonimowy pisze...

bloga mialo byc! :)

ewa pisze...

Ojcze
Moje dziury w sercu są ogromne i dlatego wśród ludzi milczę...zapadam się gdzieś w sobie i oddaję to Panu, bo nie umiem sobie z tym poradzić...lubię być sama...wtedy nie czuję się obca...i nagle ktoś okazuje mi troskę...czuję zmieszanie...nie wiarę w to co się dzieję...złe intencje...nie umiem tego przyjąć, a przecież :"Umiejętność przyjęcia tego co się w twoim życiu dzieje jest pełnieniem Jego woli"...jeszcze nie umiem, ale bardzo pragnę...

Katarzyna Skonieczna pisze...

"Uwięzieni w losach Twej nieugiętej mocy,
Nie możemy już się poruszać, bo jesteśmy wolni."
bo "Miłość jest nieskończenie wolna"

Też pozwoliłam sobie zacytować Thomasa Mertona :) Właśnie dzięki takim Bożym narzędziom jak on Bóg jest mi jeszcze bliższym.
Ty też ojcze jesteś takim narzędziem. Dziękuje za ten blog, bo wskazuje na Światło Miłości, która jest w każdym; kto tylko naprawdę chce być wolny.
Trwajmy w Nim

Anonimowy pisze...

Może ktoś ma ochotę pogadać? Za bardzo nie mam z kim :)

Maria pisze...

Anonimowy z 22:59 O tej porze - to raczej problem z rozmówcami, bo śpią, :-) ale gdy wstanie nowy dzień łatwiej tu będzie o człowieka. :-)

Anonimowy pisze...

hmm jak śpią to dobranoc :)

Anonimowy pisze...

00:26 dobranoc :) (choć jeszcze nie noc)

Anonimowy pisze...

Tyle mądrych, ważnych postów. Może coś dla prostej radości? Dawno nie było konkursu :)

Anonimowy pisze...

Chyba nie będzie, ojciec się zmył na pustynię.

Anonimowy pisze...

ojcu zmytemu dokądkolwiek zostawia sie na wycieraczce bądź zdrów, sie pomodlimy. i sie idzie dalej. ojcu zdenerwowanemu napływem maili też. śmiecę to wiem co mówię.tzn, że można zostawić. nie żeby coś. wolna ludzka wola

Anonimowy pisze...

a pustynia jest wytęskniona przestrzeń to niech ojcu gwiazdy ładnie migocą. i Duch prowadzi. drogami bezdrożami, wybrzeżem. dokądkolwiek zaniosło.

Anonimowy pisze...

a może...ojciec zmył się do puszczy, a nie na pustynię?? ;)
Zdaje się, że ktoś jeszcze chciał tu pogadać, bo za bardzo nie ma z kim :)

Anonimowy pisze...

Rozumiem to, jednak zaspokojenie jest - jest w Nim samym. Owy głód, owo pokonanie faktycznie może zdawać się ciężkim brzemieniem, jednak tylko wtedy, gdy się w nie patrzy, bo wpatrując się w Niego to brzemię zdaje się smakować słodyczą. Ta tęsknota może być naprawdę bolesna, ale jednocześnie zmusza ona do podążania za Tym jedynym, w którym i tylko którym można owy głód zaspokoić. Nie myślał ojciec o tym, że coś takiego może być właśnie szczęściem? Myślę, że coś, co przynagla nas, a przez to zbliża do Prawdy jest drogą którą wskazał nam w Swej łaskawości Bóg i wielkim darem od Niego, bo prawdziwą radość można odnaleźć jedynie w tym, który sam jest Prawdą.
Nie twierdzę, że żyję się lekko, ale szczęśliwie. Tylko w Nim samym można odnaleźć szczęście. Ta tęsknota... Myślę, że ona w pewien sposób upraszcza drogę, co nie znaczy, że ułatwia.

Pozwolę sobie zacytować jeszcze słowa dwóch myślicieli:
"W sercu każdego człowieka jest pustka w kształcie Boga, którą jedynie Bóg może wypełnić przez swojego Syna Jezusa Chrystusa" - Blaise Pascal

"Cechą wyróżniającą chrześcijańską radość jest to, że może ona współistnieć z cierpieniem, całkowicie bowiem opiera się na miłości." - Jan Paweł II


~Kial

o. Krzysztof pisze...

@Kial: prawda, jeśli owe tęsknoty zostaną wypełnione Bogiem, przychodzi poczucie pokoju i wolności. Nawet relacje ze światem i ludźmi zaczynają się upraszczać, wchodzić na głębszy poziom. Dobre myśli +

Anonimowy pisze...

Ojcze, tym tekstem, a szczególnie słowami ze wstępu, oblałeś miłosierdziem i miłością moją niezrozumiałą dla mnie tak często osobowość... Jakbyś przywrócił mi zdolność oddychania... Dziękuję.

ewa pisze...

@Anonimowy 00:15...Oj tak!!! o. Krzysztof zdecydowanie przywraca zdolność oddychania...Niech Pan Jezus Go błogosławi i strzeże. Amen

Julia Herszel pisze...

Jan Twardowski: Serce które kocha nie jest już niczyje

Prześlij komentarz