czwartek, 15 września 2016

Dominikański pustelnik, który został prowincjałem

Gdy wstępował do Zakonu Kaznodziejskiego z zamiarem głoszenia Ewangelii, nie miał pojęcia, że większość swego życia spędzi w pustelni Sainte-Beaume. Niemal nieznana historia o. Marie–Étienne’a Vayssière’a OP.








Osoba żyjąca Jezusowym duchem to ktoś, kto potrafi sobie wybaczyć i nie domaga się uwagi innych. Tak samo jak nasze palce po prostu działają, tak i Duch Święty po prostu w nas działa. I nie domaga się uwagi innych. Tak żył o. Marie-Etienne Vayssiere, francuski dominikanin z pierwszej połowy XX wieku. 

Zapowiadał się doskonale. Miał w sobie ogień, bystrość, błyskotliwość oraz inteligencję. 

Na początku XX wieku podczas lektury jednego z wybitnych francuskich dominikańskich kaznodziejów Henri Lacordaire’a usłyszał natchnienie: „Będziesz dominikaninem”, po czym poszedł za tym głosem i założył dominikański habit. 

Nowicjat przeszedł jak burza, swojemu magistrowi zwierzył się: „Jestem tutaj bardzo szczęśliwy”. 

Wszystko to jednak nie trwało długo. W wieku 24 lat niespodziewanie zachorował. Była to dziwna choroba mózgu polegająca na nieustannym zmęczeniu, która skutkowała niemożnością podjęcia studiów i jakiejkolwiek lektury. Nie mógł odmawiać brewiarza, poprawnie konstruować zdań, głosić kazań. 

O. Marie–Étienne’a wysłano do klasztoru w Sainte-Baume – koło Marsylii, gdzie nie było nikogo, z wyjątkiem jednego z braci, człowieka bardzo dobrego, ale mało komunikatywnego. Ten ojciec przygotowywał Vayssière’a do święceń. 

O. Marie–Étienne nie był w stanie głosić kazań. W tym czasie miał jedynie dwie pociechy: Eucharystię i różaniec, który odmawiał, ponieważ nie musiał nad nim myśleć. 

Boleśnie odczuł, że musi być pozbawiony wszystkiego, po czym oddał się całkowicie Maryi. 

Uświadomiwszy sobie swoją bezbronność (nie potrafi rozmawiać z ludźmi ani studiować), zdał sobie sprawę, że pozostała mu jedynie prosta, różańcowa modlitwa. Zabroniono mu chodzić w habicie, na co dzień musiał używać sutanny, co było dla dominikanina bardzo bolesne. Mimo to wciąż całym sercem kochał Zakon i św. Dominika. 

Bracia mówili o nim: „Żył jak pustelnik”. 

W 1932 roku stało się coś, czego się nie spodziewał. Francuscy dominikanie wybrali o. Marie–Étienne’a na prowincjała. Potem na drugą kadencję. Nie znaczy to, że choroba minęła. Przeciwnie – cierpienie się nasiliło. 

Ogromnie dużo kosztowały go rozmowy z braćmi, starał się uważnie słuchać, choć do tego, co słyszał, nie potrafił się w  żaden sposób odnieść, nie umiał nawet udzielić żadnej rady. Został ogołocony ze wszystkiego. 

Wówczas postanowił, że wszystkie trudności wynikające z tych spotkań, w których czuł się bezbronny, będzie ofiarowywał za swoich rozmówców. 

Generał Zakonu Kaznodziejskiego bardzo go za to cenił. Twierdził, że Maryja dała mu łaskę ojcostwa. 

Był człowiekiem, któremu zabrano wszystko prócz dziecięcej wiary. Poprzez cierpienie, samotność, osobistą więź z Maryją stał się sercem swojej prowincji. Widział, że jego powołaniem jest oddać życie za swoją zakonną prowincję. Stało się to 15 sierpnia 1940 roku. 

W roku 1934 przypadało 700-lecie kanonizacji św. Dominika, z tej okazji napisał małą książeczkę, w zasadzie niewielki artykuł o relacji dominikanów ze św. Dominikiem. 

Każde zdanie było dla o. Marie-Étienne’a trudem i wiele go kosztowało, ale - jak wspominali bracia - miało w sobie moc, ponieważ było owocem pustelniczego życia, niemocy i cierpienia. 

***

Kiedy św. Thomas More siedział w więzieniu, czekając na wyrok, napisał do swojej córki Małgorzaty: „Nie wiem, co się stanie, ale nie stanie się to bez woli Boga, a jeśli tak, to będzie dla nas dobre”. 

Myślę, że o. Vayssiere podpisałby się pod tymi słowami. Wszystko, co jest, Bóg w tajemniczy dla siebie sposób, wykorzysta dla naszego dobra. Inaczej tego by nie dopuścił. 


Na podstawie książki Marie-Étienne’a Vayssière’a „Ermite et provincial (1864-1940). 
Suivi de La dévotion à saint Dominique”. 
Tłumaczenie: Arnold Pawlina OP

13 komentarzy:

ewa pisze...

Ojcze ...Dziękuję...bardzo ważne są dla mnie Ojca słowa i muszę przyznać, że odkąd zaprzyjaźniłam się ze św. Ojcem Dominikiem dzieją się w moim życiu rzeczy NIESAMOWITE...aż trudno w nie uwierzyć...tak po człowieczemu ale...się dzieją...:)
O. Marie–Étienne jest mi bardzo bliski i... ufam w to, że nic nie dzieje się bez woli Pana. Amen

xyz pisze...

Zastanawiam się, czym kierowali się francuscy dominikanie wybierając o.Marie-Étienne’a na prowincjała? Wysłali go do odludnego klasztoru, zakazali nosić habit (niby dlaczego, skoro nie wyrzucili go z zakonu?), a potem stwierdzili, że świetnie nadaje się na odpowiedzialne i wymagające określonych predyspozycji "stanowisko". Cenili go więc mu dodali udręk?

anna pisze...

nie domagać się uwagi innych...
super!

Stała czytelniczka pisze...

Ewo - a możesz podać przykład działania św. Dominika w Twoim życiu? Jeśli coś nie jest zbyt prywatne.

ewa pisze...

@Stała czytelniczka 19:51. Owszem, jest zbyt osobiste, ale bardzo polecam modlitwy wg.O.Marie–Étienne.

Anonimowy pisze...

Żeby kupić bułki trzeba na siebie ściągnąć uwagę sprzedawczyni. Ale chodzi o bułki a nie o jej uwagę.
Można żyć cicho nie domagając się niczego. Można, pewno można. Tylko nie każdy od razu jest świętym pustelnikiem. Nie każdy może od ludzi uciec choćby bardzo chciał.
A święci też mieli przyjaciół, przewodników, spowiedników.
Bo być całkiem samemu, bez czyjejkolwiek porady?
Powodzenia. Ojciec tak nie musi. To czemu wymagać od innych?

Anonimowy pisze...

Bez odbioru rzecz jasna bo się odpowiedzi już nie spodziewam.
Koniec żółci, idę sobie żyć spokojnie bez zaglądania na stronę.

o. Krzysztof pisze...

Wiele w tym wpisie bólu i żalu, a do tego zawsze trudno się odnieść, aby kogoś bardziej nie skrzywdzić. Dlaczego jednak uważasz, drogi Anonimie, że ktoś, a już w szczególności Bóg, miałby oczekiwać od Ciebie, abyś nie miała przyjaciół, uciekła od ludzi i żyła w samotności? Zabieram na wieczorną mszę świętą, niech Pan dodaje pokoju +

szafirek szafirek pisze...

Zatrzymał mnie trochę koniec, ojcze, czy tam nie powinno być raczej w tajemniczy sposób (bez "dla siebie")? To chyba niemożliwość byłaby.

Taulera odkurzam
w związku z tematem, czy bez związku. Takie mi dziś się przeczytało.
/A kiedy na ludzi nieskorych do zaufania przychodzą ciężkie doświadczenia i czują na sobie pociągnięcie twardej ostrej miotły, sądzą, że wszystko przepadło. Osaczają ich wielkie i ciężkie pokusy, zwątpienie, i trwogi. Mówią wtedy: Nie, Panie, wszystko przepadło, pozbawiony zostałem wszelkiego światła i łaski. Gdybyś był człowiekiem prostym i zdanym (na Boga), sytuacja twoja nigdy nie byłaby tak dobra i nigdy nie czułbyś się lepiej, jak wtedy gdy szuka cię Pan; to by ci wystarczyło i zaznawałbyś wówczas prawdziwego pokoju. Chce On, byś był oślepiony lub ogarnięty ciemnością, zimny lub gorący, biedny lub w jakimkolwiek innym położeniu, w bogactwie lub niedostatku - w czymkolwiek chciałby On cię szukać, pozwól Mu się znaleźć/ J. Tauler

ewa pisze...

Ojcze
Ja też nie lubię nowych telefonów :)...bardzo dużo czasu mi zajmuje ich nauczenie się i bywa też... z marnym skutkiem:)...Jadąc na Służew przez pół miasta w metrze tylko ja nie mam w ręku telefonu, tabletu, e-booka...gdy to odkryłam byłam trochę przerażona, ale tylko na chwilę na szczęście...

o. Krzysztof pisze...

@ewa: czy mogłabyś skontaktować się ze mną mailowo, mam do przekazania dla Ciebie pewną wiadomość.

Anonimowy pisze...

To piękne i zadziwiające. Mógłby się załamać, uznać że jego dalsze powołanie w zakonie nie ma sensu, bo co z niego za kaznodzieja. A od tego tylko krok do stwierdzenia, że życie nie ma sensu, wszystko zmarnowane (nawet jeśli nie z własnej winy). Nie jeden w tej sytuacji obraziłaby się na Boga i cały świat, zrezygnował, poddał, odszedł. Przyjąć takie doświadczenie z pokorą, zaufać że taka jest wola Boga, że On wie lepiej, że to nie żadna kara czy dowód na Jego bezduszność. Coś czego nie mogę zrozumieć. Zmagam się od dłuższego czasu z poczuciem zmarnowania życia, braku celu, sensu, coraz częściej też poczucie braku nadziei że coś się zmieni. Jakby jakaś pętla, potrzask coraz bardziej się zaciskała, dusiła. Jednocześnie wiem, że to przecież nie koniec, że On mnie kocha (choć chwilami tak trudno w to wierzyć). Nie rozumiem tego. Tak jakby coś we mnie nie stykało, gdzieś brakowało jakiegoś połączenia. Nie ufam już swoim osądom, staram się mimo wszystko wytrwać. Ale coraz częściej nie daje spokoju myśl czy to jeszcze można nazwać wiarą? Bo jak można mieć poczucie bezsensu i jednocześnie deklarować, że Jezus jest moim zbawicielem? Jak można czuć się jak duchowy trup i jednocześnie żyć sakramentami?

Anonimowy pisze...

patrz

Prześlij komentarz