niedziela, 20 listopada 2011

Kim są mnisi?

Mnisi to ludzie, którzy pragną poświęcić cały swój czas na to, by poznać lepiej Boga i bardziej Go kochać. Z tego powodu zostawiają miasta i wybierają się do odludnych miejsc, gdzie jest cicho i gdzie mogą myśleć.








Czytam po kawałku "Życie w listach" Thomasa Mertona. Odżywają stare pragnienia. Po jego tekstach, aż się chce zostać mnichem.  Mam słabość do tego człowieka, o czym na nowo się przekonuję.

"Kim są mnisi?" – zapytała trapistę w liście Susan Chapulis, szóstoklasistka. Prosiła o „jakiekolwiek informacje”, którymi mogłaby się podzielić z klasą. Odpowiedź została potraktowana zupełnie serio.


Mnisi to ludzie, którzy pragną poświęcić cały swój czas na to, by poznać lepiej Boga i bardziej Go kochać. Z tego powodu zostawiają miasta i wybierają się do odludnych miejsc, gdzie jest cicho i gdzie mogą myśleć. Kiedy już żyją jako mnisi, chcą znaleźć jeszcze bardziej odludne miejsca, żeby mogli myśleć jeszcze bardziej. W końcu ludzie zaczynają myśleć, że ci mnisi zwariowali, chcą tak żyć sami i bez nikogo, i oczywiście tak jest. Z drugiej strony, kiedy masz wokół siebie ciszę i spokój, kiedy jesteś wolna od wielu trosk, kiedy nie musisz się martwić o swój samochód i dom, i wszystkie rzeczy i kiedy nie musisz zarabiać wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zapłacić podatki, i nie masz żony, z którą się kłócisz, i kiedy twoje serce jest spokojne, nagle uświadamiasz sobie, że wszystko jest niesamowicie piękne i że po prostu przez to, że zachowujesz spokój i milczenie, nieomal wyczuwasz, iż Bóg jest nie tylko z tobą, ale nawet w tobie. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że warto zadać sobie trud i odejść tam, gdzie nie musisz mówić i robić dużo szumu i robić z siebie durnia pomiędzy innymi ludźmi, którzy biegają w kółko bez celu.


Myślę, że chyba dlatego mnisi odchodzą od świata i żyją w odludnych miejscach. Jak ja teraz żyję sam w lesie z wiewiórkami i zającami, i sarnami, i lisami, i dużą sową, która przylatuje do mojej chaty i robi hałas w nocy, od którego człowiek trochę się boi, ale jesteśmy przyjaciółmi i wszystko jest OK. Taki mnich, który mieszka sam w lesie, jest nazywany pustelnikiem. Jest taki zespół rockandrollowy Herman i jego pustelnicy, ale oni to co innego.

(…) Tak czy owak, mogę Ci podpowiedzieć, żebyś czasami pobyła trochę w ciszy i pomyślała, jak wspaniałą rzeczą jest to, że jesteś kochana przez Boga, który jest nieskończony i który chce, żebyś była w najwyższym stopniu szczęśliwa, i który rzeczywiście sprawi, że będziesz w najwyższym stopniu szczęśliwa. Czy to nie wspaniałe? Oczywiście, że moja droga, i nie ustawajmy w modlitwie o to, że tak stanie się w przypadku każdego.




Były generał dominikanów o. Timothy Radcliffe powiedział, że mnich podobny jest do człowieka czekającego na przystanku na autobus. Autobusu nie widać, ale on czeka. Przez swoją cierpliwość mówi: "Autobus przyjedzie" i zachęca innych do czekania.

Każdy zazwyczaj na coś czeka i mnich też na coś czeka.  Życie mnicha tak naprawdę jest czekaniem. Mimo, że zżera rozpacz, kariera zawodowa nie jest tak błyskotliwa, jak byś chciał, a ty sam jesteś w opłakanym stanie duchowym.


Być wiernym i czekać mimo wszystko, aż w końcu pojawi się światło. 



14 komentarzy:

cicicada pisze...

uwielbiam to ostatnie zdjęcie...

kajtek pisze...

Każdy co jakiś czas powinien udać się na pustelnię i zostać mnichem. Jak u buddystów.

Szymon pisze...

Podobne stwierdzenie na temat bycia mnichem zapamiętałem z pewnego wywiadu z ojcem Michałem Zioło. Mówił on, że mnich to facet, który stoi sobie na peronie dworca i czeka. Ktoś czyta gazetę, inny przechadza się nerwowo, gadając przez komórkę, a on sobie stoi i czeka. Ludzie na niego patrzą i mówią: Skoro on czeka, to znaczy, że pociąg przyjedzie. A on stoi. Czeka. I nic przy tym nie robi...

Pamiętam, że ledwo przeczytałem tę wypowiedź i zapaliłem się do takiej postawy czekania, to od razu spadła na mnie próba - sprzed nosa uciekł mi na przystanku autobus, następny przyjechał zepsuty, a na kolejny przyszło mi czekać prawie 40 minut... Niełatwe było utrzymanie cierpliwości w takim mnisim czekaniu.

Pozdrawiam!

o. Krzysztof pisze...

I tak właśnie Bóg robi z nas "mnichów". Ucząc cierpliwości :)

Ola pisze...

Czy rzeczywiście mnich potrzebuje odludzia i opuszczenia miasta by być mnichem?

„Miasto jest miejscem wspólnej modlitwy i miłości; Nową Ziemią, która już na zawsze przyjmie w siebie nowy Raj. Kochaj tajemnicę miasta i chętnie o niej rozmyślaj. Bo sam Bóg je wybrał, zbudował, zbawił, uświęcił. Człowiek zaś umieścił w nim wszystko, co ma najlepszego w swoich myślach, pracy i wierze. W sercu miasta możesz wiec żyć w sercu Boga, bo miasto właśnie w Bożym sercu przebywa. Bądź mnichem, bądź mniszką w sercu miasta, w sercu Boga”.
Pierre-Marie Delfieux, Źródło na pustyni miast. Reguła życia Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich

I jeszcze:
„Monastycyzm miejski?
Historia Kościoła odpowiada na to słuszne pytanie. A jej odpowiedzią jest, że monastycyzm nie narodził się najpierw na pustyni, ale w mieście! I że przez wieki nie rozwijał się głównie na wsi, ale przede wszystkim w miastach.
(…) Wiadomo, że św. Bazyli, ojciec mnichów Wschodu, ustalił regułę dającą solidną bazę życia monastycznego w sercu Cezarei; że św. Marcin, pierwszy z mnichów Zachodu, próbował zakorzenić taki sam monastycyzm w Tours, a za jego przykładem wkrótce potem św. Jan Kasjan w Marsylii, gdzie powstały obok siebie dwie wspólnoty, mnichów i mniszek w sercu tego samego miasta.”
Pierre-Marie Delfieux, Mnich w Mieście

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że definicja mnicha według Mertona jest trochę nietrafna.

W końcu mieszkańcy wielkich miast bardziej potrzebują mnichów niż lisy i wiewiórki. Mnich to ktoś, kto antycypuje Królestwo i jego życie ma być tego widocznym świadectwem. „Mnich to ktoś, do kogo Bóg przemówił, kogo oczarował, kto dał Mu się uwieść; pali się w nim odtąd niegasnące pragnienie widzenia Boga i nawiązania z Nim dialogu miłości coraz to większej i nie mającej końca.” (Źródło na pustyni miast)

Pewna mniszka benedyktynka z klasztoru w Trogirze (bardzo turystyczne miasto w Chorwacji) powiedziała mi kiedyś, że kiedy się ma pokój w sercu, to nic nie przeszkadza, zgiełk miasta nie jest wtedy trudnością.

Co myślisz ojcze Krzysztofie o takim modelu monastycyzmu? (pozwalam sobie na tę drugoosobową formę, bo poznaliśmy się swego czasu w beczce:)

o. Krzysztof pisze...

Mieszkam w kamienicy która jest klasztorem. Za oknem "studzienka". Widok na odrapane ściany i okna moich sąsiadów - słychać śmiech rodzin, kłótnie, muzykę, stukot piłki. W mieście jest trudniej, dlatego pierwsi mnisi uciekali na odludzie, wierząc, że z dystansu widać więcej.

ps. Mam nadzieję Ola, że traumatyczne wspomnienia dotyczące mojej osoby zostaną w końcu uleczone ;)

Ola pisze...

Twoją osobę wspominam całkiem nieźle:D, przede wszystkim jako gałązkę drzewa na majówce, byłam wtedy jednym z listków owego drzewka;) Taaak, to było dawno, a superprodukcja z drzewkiem w roli głównej nie okazała się sukcesem.

Nie umniejszając znaczenia "wiejskich" i "lesnych" klasztorów kontemplacyjnych i zgadzając się z tymi, którzy chcą stamtąd widzieć więcej, trzeba powiedzieć, ze ich samych nie widać. A dobrze, by byli też tacy mnisi, któych widać, właśnie w miastach, gdzie mają oni szanse być znakami zapytania dla ogromnej ilości ludzi. I gdzie dzięki ciągłej liturgii i temu (z punktu widzenia świata) jakże "nieodpowiedzialnemu" i "niepotrzebnemu" życiu tylko dla Boga mogą stanowić duchowe płuca miast i tworzyć przestrzenie ciszy i modlitwy, gdzie można odpocząc od pośpiechu miasta.

Wiem, że łódzki klasztor jest w kamienicy, to - tak mi się wydaje - będzie coraz bardziej typowe miejsce zamieszkania członków zgromadzeń zakonnych. Miałam okazję parę dni sobie pomieszkać w klasztorze w Brukseli na III i IV piętrze kamienicy. Klasztorze mniszek, więc kontrast ciszy wewnątrz z zewnątrzem, gdzie wieczorem imprezy, a rano targ, był niezwykły:)
Nie wiem, jak tam u Was w klasztorze z ciszą, ale Wy jednak jako zakon nie-mniszy, nie macie pewnie ani możliwości ani zwyczaju jej zachowywać i o nia dbać.
No w każdym razie - jakkolwiek trudno określić jasno kim jest mnich - to z Mertonem nie do końca się zgadzam. Próbowałam ostatnio wytłumaczyć mamie, co tak właściwie znaczy słowo monastyczny i nie wiem, czy mi się do końca udało....;)Pozdrowienia!

o. Krzysztof pisze...

Drzewo to podstawa. Superprodukcja okazałaby się sukcesem, ale z tego co mi wiadomo nawalił montaż.

Krecik pisze...

Ola,
powiedz mamie, że "monastyczny" znaczy po prostu "sam wobec Samego". Nic dodać, nic ująć - sam WOBEC Samego... I pal licho gdzie - czy na pustyni, czy na słupie, czy na drzewie, czy w sercu miasta :)))
Kwestia miejsca jest sprawą drugorzędną. Mnie punkt widzenia Pierra-Marie przekonuje bardziej niż Mertonowy (z całym szacunkiem dla Thomasa!). Właśnie dlatego, że - jak napisałaś -mnich w mieście jest wielkim znakiem zapytania. Przez to, że "marnuje życie", "traci czas" na nieustanne wznoszenie rąk w górę... Poza tym mam wrażenie, że z cytowanego fragmentu tekstu Mertona wynika, że mnich to ktoś komu ludzie "przeszkadzają". A przecież jest wprost przeciwnie - jego samotność nie jest ucieczką od świata...

Ola pisze...

Kreciku, tak mniej wiecej powiedziałam. Ale no, powiedzenie "mamo, wiesz, mnich jest monos et unus, sam wobec Samego" nie wystarczy dla wyjaśnienia sprawy;). To prawda, że nieważne gdzie - ale jeszcze ważne w jaki sposób, z kim i w jakich proporcjach. Na przykłąd taka dziewica konsekrowana też jest w pewien sposób sama wobec Samego, a to już nie życie monastyczne:)
Hm... nie znam na tyle twórczości Mertona, ale pewnie tłumacząc tę samą kwestię komuś, kto ma trochę wiecej niz 10 lat, trochę by ją rozwinął:)

Anonimowy pisze...

Przepraszam Ojca, postanowiłam usunąć swój komentarz, bo wyszedł autopromocyjny, ponieważ się nie wylogowałam. Bardziej go usunąć nie można? Jeśli tylko ja nie umiem, pozwalam sobie prosić Ojca, żeby dokończył, com zaczęła.
(Dziękuję!!) Ale treść niech zostanie.
Być wiernym i czekać, choćby się nie pojawiło.
Ten pociąg, proszę Ojca, ten pociąg na zdjęciu: przyjechał. On jedzie dokąd(ś)?
Merton nie daje mi spokoju. Pojawia się co trochę - jego książki są wydawane, krążą, ktoś mówi "przeczytaj". Czytam i ciągle myślę, że tak długo nie mógł uzyskać zgody na wyjazd z klasztoru i ciągle się o nią starał.
Pozdrawiam - bexa l.

Alfama pisze...

Monos et unus,sam wobec Samego.Ola i Krecik dzięki.A pytanie kim są mnisi? Może mnich w prawie czerwonym prawie całym "habicie" pod czarnym parasolem prawie całym z miską i laską i morze ludzi taki ogromny ogrom i ten człowiek nieomal z innego świata.Do dziś go pamiętam.Stał sam i chyba czekał może czekał mimo wszystko?

MIA pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
MIA pisze...

Mnich jest (dla mnie) jak rozbitek nie z tego świata, który jak nikt inny na tym świecie potrafi w rozmaitych warunkach złożyć się do kupy i BYĆ gdzie popadnie NIE MAJĄC wiele ponad to, że chwycił Pana Boga za Nogi, i dzięki temu posiadł umiejętność zakorzeniania się szybko tam, gdzie zostaje zrzucony - nigdy bowiem nie jest porzucony. Jego dom jest tam, gdzie jego modlitwa. To ktoś, kto wybrał tę część, której nie będzie pozbawiony. Innymi słowy - to Człowiek, który stając przed dylematem osiołka, któremu w żłoby dano, w przeciwieństwie do innych nie/śmiertelników będzie wiedział co wybrać - skrzydełko, czy nóżkę...

Prześlij komentarz