piątek, 17 lutego 2012

Dlaczego ludzie odchodzą?

Kościół dla wielu jest bazą, która czuwa nad naszym bezpieczeństwem, daje wsparcie i siły. Dla wielu innych to jednak miejsce, od którego należy trzymać się z daleka.










Istnieją dwa sposoby ocalenia: sposób małego kociaka, który nie musi nic robić, bo brany jest przez kocią mamę za kark i wyprowadzany na spacer, i sposób małpy, która zaraz po urodzeniu musi się nauczyć przytrzymywać z całych sił maminej sierści.

Kościół dla wielu jest taką bazą, która czuwa nad naszym bezpieczeństwem, daje wsparcie i siły.

Jeden z czołowych miesięczników zajmujących się duchowością pracuje właśnie nad  numerem: czy Kościół trafia do młodych? Dlaczego młodzi ludzie odchodzą , czy nie znajdują już w Kościele tego co pomaga im żyć? Jeśli tak to dlaczego? Może potrzeba jakiegoś specjalnego języka, pomysłów, żeby do nich trafić? Co ich najbardziej mogłoby przyciągnąć?

Kiedy myślę o swojej pracy duszpasterskiej mam wrażenie to częściej pasmo porażek, niż sukcesów. Dlatego szukam mądrzejszych od siebie. Pytałem indyjską przełożoną sióstr kalkutanek, współbraci, który zajmują się duszpasterstwem studentów i licealistów, osoby które już dawno pokończyły studia i teraz pracują w firmach, w których większość do ludzie z dystansem spoglądający na Kościół. Odpowiedzi tyle, ile odpowiadających.

Dodatkowo kilka dni temu przyszedł mail właśnie w tym temacie. Przed autorką chylę czoła, jest dzielną mamą czwórki dzieci. Sam pochodzę z rodziny, w której było nas czworo i do dziś patrzę z podziwem na rodziców. Doprawdy nie wiem w jaki sposób udało im się mnie wychować, bez żadnych „szkół dla rodziców”, „kursów wychowawczych”, "warsztatów udoskonalających"? Mama, jak pamiętam, modliła się uporczywie i wytrwale. Ale kiedy kiedy rodzice stali się już zupełnie bezradni, wówczas zaingerował sam Bóg zamykając mnie w klasztorze. Proces resocjalizacji, czyli przywracania mojej aspołecznej osoby społeczeństwu trwa nadal, dlatego sam nie mam gotowych odpowiedzi. Jestem jednak pewien, że czytają nas rodzice wychowujący dzieci lub dzieci rodziców - a że blog staje się interaktywny (z czego się cieszę), być może wyniknie z tego interesująca dyskusja.

Za zgodą autorki zamieszczam fragment maila. Zmieniłem tylko imię.



od jakiegoś czasu czytuję blogi brata, szczerze mówiąc szukam w nich (i w innych miejscach również ) podpowiedzi jak zachęcić ( choć to pewnie nie jest dobre słowo) 12 latka to pogłębienia wiary, lub przynajmniej próby zrozumienia, zgłębienia tego co dzieje się na Eucharystii. Idąc na mszę głośno mówi, że i tak nie wierzy ze wino przemienia się w Krew Chrystusa, i czeka tylko kiedy ta msza się skończy. Zaproponowałam mu by powiedział o swoich wątpliwościach na spowiedzi, tak zrobił jednak spowiednik bardzo się spieszył i kazał częściej chodzić do kościoła. Zaznaczę, że chodzimy co niedzielę całą rodziną, w pierwsze piątki, modlimy się z dziećmi w domu (nie zawsze jednak w weekendy kiedy czasu jest więcej próbujemy). Wydaje mi się ze jest gdzieś cienka granica nacisku który mógłby odnieść odwrotny skutek od zamierzonego.

Mamy czworo dzieci, nie jest łatwo dla każdego znaleźć tyle czasu ile każde by chciało, każde dziecko wymaga odrębnego podejścia, miłości nam starcza a z każdym dzieckiem tej miłości przybywa, z cierpliwością bywa gorzej, ale to oddaję Bogu. Czasu jednak mało, a boje się żeby syn nie utracił kontaktu z Bogiem. Bunt nastolatka - ktoś powie, ale z drugiej strony chce żeby w tym buncie syn nie stracił kontaktu z Bogiem i Kościołem. Proszę o podpowiedź jak pokierować dzieckiem zbuntowanym przeciw kościołowi i Bogu? Mówi że chodzi z nami do Kościoła tylko dlatego że my mu każemy, a jak będzie dorosły to na pewno nie będzie. Nie chcę by ta postawa się utrwaliła i nie wiem czy czekać aż samo przejdzie z wiekiem czy jednak ingerować. (...)

MARIA



Ja również proszę Was o podpowiedź. Autorka przeczyta z uwagą Wasze komentarze, a może i weźmie udział w dyskusji.


54 komentarze:

Aneta pisze...

Mój kolega ma ogromną pasję- wspina sie po skałkach i chodzi po jaskiniach, jednocześnie należy do jednej ze wspólnot działających w naszej diecezji. Kiedyś pewne małżeństwo poprosiło go żeby postarał sie swoja pasją zarazić ich syna-nastolatka (tu głównie chodziło żeby wyciągnąć go z domu, sprzed komputera i zmobilizować do ruchu). Kolega sie zgodził, ale gdzieś tam między wierszami pojawiał się też temat wiary. Kolega zabierał go nawet na trzy dniowe rekolekcje do karmelitów, podczas których w czasie wolnym chodzili po skałkach (choć wcześniej chłopak byłwierzacy ale powiedzmy praktykujący od święta). Wiem, że trudno będzie znaleźć kogoś takiego, ale myślę, że kolega/przyjaciel/przewodnik, który zarazi pasją (nie koniecznie jakąś wyrafinowaną) a jednocześnie pokaże że życie z Bogiem nie jest dla ludzi nudnych to świetny sposób na nastolatków. Pozdrawiam

Zuza pisze...

Niełatwe to...uwierzyć, że na ołtarzu jest sam Jezus Chrystus. Że ten cud przeistoczenia dzieje się w naszej obecności. Tym bardziej młodemu człowiekowi, który sam poszukuje swojej tożsamości, a co dopiero mówić o szukaniu Boga w kawałku chleba.

Czasem taki bunt młodzieńczy, w którym młody człowiek szuka sam siebie, swojej drogi, swojego miejsca, może mieć odbicie również w relacji z Panem Bogiem. Olbrzymi konformizm tego okresu powoduje, że nastolatek, chcąc się przypodobać i dostosować, szybciej posłucha kolegów niż rodziców (co nie znaczy, że rodzice są dla niego mniej ważni). Tym bardziej, że presja współczesnej młodzieży jest tak ogromna, zwłaszcza w kwestii wiary - chodzenie do kościoła to obciach. Chyba, że spotka się takich ludzi, jak łódzcy młodzi x.Misiaka, którzy dali dzisiaj kapitalne świadectwo, uczestnicząc w STREFIE UP u franciszkanów na Rzgowskiej.

Trudne to...nie wiem czy jest na to przepis, recepta, która zrealizowana włoży nam w ręce konkretne lekarstwo. Czasem można pomóc, nie robiąc nic. Czasem wystarczy porozmawiać - to jest broń, której rodzicom nikt nie odbierze. Można brać udział w szkołach dla rodziców, kursach wychowawczych i warsztatach doskonalących, ale każdy rodzic jest naturalnie wyposażony w możliwość rozmowy. Choćby nie wiem ile technik wychowawczych przetrenował i tak zawsze musi zacząć od wydobycia z siebie kilku słów. Więc może od tego trzeba zacząć - od zapytania czego szuka, czego chce, co mu się nie podoba, co go wkurza...tak po prostu...

Alicja z M. pisze...

Jestem osobą, która w wieku takiego buntu (18 lat)opuściła Kościół, niewiele o nim wiedziałam, i wydawało mi się, że trafiłam na coś "lepszego". Zawsze się modliłam do Boga i wybrałam swoją drogę. Jednak modlitwy dziadków, mamy, musiały mieć wielki wpływ na moje życie. Teraz mogę powiedzieć, że Pan Jezus mi nie odpuścił, nie tylko mnie przyprowadził z powrotem do Kościoła, podsyłał różne osoby (zakonnice, księży). Daje mi też szansę zobaczyć jak niezwykłą i fascynującą historią jest "wcielenie", "przemienienie w Eucharystii", Msza św., wiele rzeczy odkrywam ze zdziwieniem i fascynacją. Od siebie mogę powiedzieć, że rodzice, gdy byłam w okresie buntu swoim naciskiem tylko przyśpieszyli moje odejście. Sądzę,że nacisk jest najgorszą z metod, bo przynosi odwrotny skutek.
Po moim powrocie spotkałam się i z tym, że i ksiądz mógł się pomylić, więc warto dalej szukać rady, każdy może mieć gorszy dzień.
Siła modlitwy też jest przeogromna, choć moja mama musiała czekać na mój powrót kilkanaście lat, ale się doczekała.

Aru pisze...

Powołując się na osobiste doświadczenie, sam przeżywałem podobny okres, tylko troszkę później, w wieku 14-15 lat, nudziła mnie msza, prawie wcale się nie modliłem, chodziłem do kościoła, bo rodzice kazali, a czasami "urywałem" się ze mszy w teren. Jednak mimo wszystko, Eucharystia, kontakt z Bogiem, wspólna modlitwa na mszy, poczucie wspólnoty nie pozostaje obojętne w człowieku. Im byłem starszy tym pojawiało się więcej wątpliwości, ale ziarno jakie zostało zasiane w moim sercu poprzez rodziców, którzy wymagali aby chodził do kościoła nie całkiem obumarło.
Czyż nie znamy mnóstwo historii kiedy rodzice zmuszając dzieci do jakiegoś obowiązku, np. do rozwijania talentów nie przyczynili się do tego, że ich dziecko pokochało to, co robi, a jemu sprawiało na początku tyle bólu, a nawet buntowało się? Może z tego ciągnięcia na siłę do kościoła urodzi się coś niesamowitego... a chłopcy w wieku 12 lat buntują się, sam to przeżywałem, mówiłem różne bzdury, ale w głębi serca tak nie myślałem. Im człowiek starszy tym bardziej będzie doceniał to, co rodzice dla nas zrobili. Trzeba zasiewać ziarno w tak młodym sercu poprzez swoją postawę, wskazując na inne autorytety... a może, a nuż pojawi się jakiś ksiądz na kazaniu, który zauroczy tego młodego człowieka i do niego dotrze?

Pozdrawiam!

Kornelia... pisze...

12 lat to jeszcze taki wiek, kiedy jak najbardziej należy wskazywać drogę. Jeśli nawet chłopak chodzi na Mszę tylko ze względu na rodziców, to może właśnie na takiej Eucharystii Pan Jezus dotknie Go poprzez słowo, może spotka w Kościele osoby, które staną się dla Niego jakimś autorytetem w "dziedzinie wiary", dzięki którym zacznie sam się nią interesować. Niestety tak to już jest, że dzieci w tym wieku szukają innych wzorców niż rodzice. Wiadomo, że czasem boli, ale trzeba się z tym pogodzić. Jestem pewna jednego: to wszystko co Państwo robią, to jaki wzór dajecie synowi JEST WARTE i należy w tym trwać. Autor bloga pisze:"Mama, jak pamiętam, modliła się uporczywie i wytrwale." Jan Paweł II też wspominał swojego modlącego się Ojca. Ja też pamiętam jak Mama się starała.Takie "obrazy: pozostają na całe życie. I nawet jeśli będzie taki czas w dorosłym życiu Pani syna, że przestanie chodzić do Kościoła,to ten wzór z dzieciństwa Mu pozostanie i zawsze będzie miał do czego się odnieść. Niestety nigdy chyba rodzice nie mogą mieć pewnośći, czy takie wskazywanie drogi młodym da jakiś "efekt" w dorosłym życiu dzieci. Wychowaliśmy się w trójkę, byliśmy tak samo "prowadzeni" przez rodziców, a jeden brat nie chodzi do Kościoła, nie myśli o tym, aby "zcalić" swój związek sakramentem małżeństwa. Ale jest bardzo dobrym człowiekiem, rodzina jest dla Niego bardzo ważna, zawsze można na Niego liczyć. I myślę, że to dzięki dobrym fundamentom jakie miał. Nadal z szacunku do rodziców podczas spotkań rodzinnych idzie na Mszę, pomimo, ze jest dorosłym mężczyzną i ma wybór. Na pewno trzeba o Nim teraz pamiętać w modlitwie, aby na nowo odkrył sens Eucharystii. I wierzę że tak będzie:-)))))

O_N_A pisze...

Nie trzeba żadnego specjalnego języka, żeby trafić do młodych. Nie trzeba konkursów, cyrków, bilardów, rowerów, rolek, cukierków i innych atrakcji. Trzeba AUTENTYCZNOŚCI. Prawdziwego, autentycznego przykładu. Młodzi chcą prawdy. A dostają często wzorce świętości takie na 50%. Bądź świętym takim, żeby się rozpuścić. I młodzi ludzie to wypluwają. I bardzo dobrze.
Wystarczy być autentycznym, na modlitwie, podczas spotkania z Chrystusem na Eucharystii, a oni - młodzi - to zobaczą, docenią i pójdą za tym. Resztę Pan Bóg zrobi.

Zuza pisze...

Zastanawiam się jeszcze nad pierwszą częścią wpisu, dotyczącą odejścia młodych z kościoła.
Czy Kościół trafia do młodych? Myślę, że Kościół ma absolutne narzędzia i warunki do tego, by młodych w przy sobie zatrzymać. Spokojnie mogłabym przekopiować znaczną część swoich komentarzy spod poprzedniego wpisu. I wydaje mi się, że pytanie powinno dotyczyć nie tego, co wybiorą z oferowanego im asortymentu, ale czy w ogóle chcą wybierać.

Żyjemy w czasach, kiedy wszelkie firmy handlowo-usługowe oferują nam obsługę i załatwienie sprawy niemal natychmiast, często na telefon, przez internet, właściwie bez wychodzenia z domu. Podobno wszystko po to, by nasze życie było łatwiejsze, wygodniejsze. Bo przecież jesteśmy tak zapracowani, że nie mamy za wiele czasu dla siebie, a co dopiero na płacenie rachunków, robienie zakupów, załatwianie urzędowych spraw. A taka zacna firma RCC* wymaga poświęcenia - nie tylko wyjścia z domu, ale i zaangażowania w domu. Nie da się zostawić pewnych obowiązków za drzwiami firmy, bo jest się jej współpracownikiem i współtwórcą właściwie całą dobę. Efekty zwykle nie są widoczne od razu, a na wynagrodzenie pracuje się często latami. Chciałoby się czasem załatwić coś od razu, a tu się okazuje, że Szef jakiś zapracowany, ma mnóstwo innych spraw na głowie i jakoś nie kwapi się nas rychło wysłuchać. To frustruje... Przyzwyczajeni do wygody zaczynamy szukać konkurencji, która załatwi nas szybciej, sprawniej i bez większego wysiłku z naszej strony. Trochę tak to widzę...

Dzisiejsza STREFA UP u łódzkich franciszkanów jest kapitalnym dowodem na to, jakim sprzętem dysponuje Kościół. I to jednym z wielu. Jeśli takie wydarzenia nie są w stanie przyciągnąć lub zatrzymać, to ja nie wiem, co jeszcze trzeba wymyślić, jakich użyć słów...

Może po prostu "Jesteś, jesteś, jesteś...." i zamilknąć...

*czyt. Roman Catholic Church :)

Anonimowy pisze...

Mnie uratował widok dziadka czytającego co niedzielę Pismo św. Był spokojnym człowiekiem, który nigdy mnie do niczego nie zmuszał. Kiedy zmarł sięgnęłam po Biblię, zaczęłam też chodzić na msze zamawiane w jego intencji. Oczywiście nic z tego nie rozumiałam, ale robiłam to dla niego. Później pojawili się znajomi, którzy zaczęli w ludzki sposób opowiadać mi o Jezusie i nie wiem kiedy zakochałam się w Nim. Może nieraz taki czas oddalenia się od Boga jest potrzebny po to żeby Go zobaczyć. Nie wiem. Moje oddalenie było totalne, zapomniałam o Kościele, kpiłam z niego. Przez cały ten czas babcia modliła się za mnie. I nadal się modli :)

d.

Sanare pisze...

Myślę Ojcze że pewną receptę na ten problem daje śp. o. Joachim Badeni. W "Prostej modlitwie" pisał - choć mając na myśli człowieka w ogóle, nie tylko młodego - że są dzieci trwające na modlitwie i te, które wolą chodzić na precle. Ci, którzy, jak by to stwierdził BXVI, są mniej "umuzykalnieni" w wierze, potrzebują większej ufności. Dzieci należy uczyć modlitwy - nie tylko tej "pacierzowej", ale i żywej, spontanicznej rozmowy - z Przyjacielem.

Wydaje mi się, że dziecko zmuszane wyłącznie do tego zewnętrznego, "oficjalnego" kultu, ma większe szanse na "wyfrunięcie" z Kościoła w porównaniu z tymi młodymi osobami, które ujrzały autentyczne świadectwo, które przebywały we wspólnotach żywej wiary, wśród rówieśników. I spontanicznie się modliły.

Ja sam w wieku 12, a nawet 14 lat również powątpiewałem/nie wierzyłem (albo raczej: nie rozumiałem!) obecności Chrystusa w Eucharystii. Zatraciłem w sobie dziecięcą wiarę z czasów I Komunii, wyleciały mi z głowy przedkomunijne nauki. Paradoksalnie to okres młodzieńczego buntu (ale w starszej fazie, w wieku 16 lat) stał się okresem mojego nawrócenia. Postanowiłem sobie wtedy, że będę szukał Prawdy, że czas zmienić swoje życie. Miałem dość przerabiania na katechezach w gimnazjum w kółko 10 przykazań i 5 przykazań kościelnych. Był to dla mnie formalizm, bez wyjaśniania, jak można nawiązać intymną relację z Bogiem, kim właściwie był Chrystus... Do tego nasuwało się mnóstwo pytań. Wewnętrznie buntowałem się przeciw temu rodzajowi nauczania - ale co ważne - nigdy nie przestałem wtedy chodzić do kościoła; chodziłem z całą rodziną, modliłem się także wieczorami na kolanach, choć była to modlitwa raczej formalna. W ramach swoich poszukiwań, religijnego buntu, w wieku 15 - 16 lat, buszowałem po internecie i czytałem "Jezusa z Nazaretu" BXVI. Dynamit. Oczywiście, była obok tego również interwencja Pana Boga :) Ale piszę to żeby ukazać, że bunt jest normalny, i że po latach formalizmu można przejść z wiary "w pieluchach" do wiary dojrzałej. To wszystko stanowi długotrwały proces i ważny jest w nim przykład rodziców. Być może to, że nauczono mnie wieczornej modlitwy i chodzenia co niedzielę do kościoła - pewnych filarów pobożności, choć bez wewnętrznego zrozumienia - ocaliło mnie, i dzięki fascynacji Jezusem w czasie poszukiwań w wieku 16 lat nie wplątałem się w sekciarstwo czy ateizm. Zrozumienie, wewnętrzne przeżywanie przyszło zaś z czasem :)

Tak na marginesie: porzucenie wiary w wieku młodzieńczym może też paradoksalnie doprowadzić do odkrycia dynamitu chrześcijaństwa po wielu latach życia z dala od Kościoła. Wiara staje się wtedy mocnym powiewem wiatru, orzeźwiającą nowością. Św. Edyta Stein, stawszy się ateistką w wieku lat 13, odkryła chrześcijaństwo jako dojrzała kobieta. Na nowo katolicyzm odkryli też św. Augustyn i bł. Karol de Foucauld, którzy w młodości rozluźnili więzy z wiarą.

Pozdrawiam :)

z.dzbanem pisze...

To ja może dam następny przykład.

Mam bardzo wierzących rodziców, którzy od małego wpoili we mnie przywiązanie do Jezusa Chrystusa. No i z tym Jezusem szedłem przez życie do czasu:

Do czasu, aż w mojej młodzieńczej głowie zaczęły się mnożyć pytania, na które nie potrafiłem sobie ( ani nikt inny) odpowiedzieć.

Jednakże po latach tułaczki jestem już z powrotem przy Jezusie. Zapewne zawdzięczam to temu, że:

- Jako dziecko dostałem od rodziców fundament wiary. Poprzez młodzieńcze przemyślenia, nie raz błądziłem, ale koniec końców "na nowo" odnalazłem to, czego nauczyłem się w dzieciństwie. A więc wychowanie.

- Jestem pewien, że w momentach moich duchowych perturbacji rodzice gorąco się modlili w mojej intencji. A więc modlitwa.

A zatem- nie ma co pękać, tylko trzeba robić swoje :D Dobrze wychowywać, dawać dobry przykład i się modlić ile wlezie :-)^^

Pozdrawiam!!!

gosia pisze...

Myślę, a nawet jestem pewna, że w opisanym buncie 12-latka trzeba dostrzec WARTOŚĆ POZYTYWNĄ. O ile lepiej, że dziecko mówi prawdę swoim rodzicom o tym co myśli i czuje zamiast to ukrywać. Przecież udawanie pobożnego synka bardziej by mu się opłacało. Ten protest to znak, że dziecko zaczyna myśleć i mieć wątpliwości. Jego bunt jest prośbą o dostarczenie argumentów, których w trudnych chwilach zwątpień użyje kiedyś wobec siebie i innych ludzi. To niepowtarzalny czas, w którym OBOWIĄZKIEM rodzicow i katechetów jest wyposażenie dziecka we wszystkie możliwe argumenty i świadectwa jakie są im dostępne. To sprawdzian dla rodziców - na ile ich wiara jest ugruntowana i pewna.
Trzeba rozmawiać, dyskutowac, podsuwac lekturę, wspólnie czytać.
Już niedługo dzisiejszy 12-latek wybierze sam, w sposób wolny. Warto pamietać, że wolność jest największym darem Pana Boga, a zatem bardzo ją ceni.

Kilka bliskich mi osób odeszło z Kościoła. Parę z nich dlatego, że "nie są w stanie uwierzyć", parę dlatego, że się "nudzą" na mszy. Gdy z nimi rozmawiam okazuje sie, że nie przeczytali najważniejszych ksążek, nigdy nie słyszeli wielu podstwowych nazwisk, nie wiedzą, że na dręczące ich wątpliwości sa odpowiedzi.
Czasem słuchając nudnego kazania zastanawiam się, dlaczego ksiądz zamiast męczyć siebie i wiernych nie zacznie czytać w odcinkach jakiejś fantastycznej religijnej książki.

Anonimowy pisze...

Mi się udało wyciągnąć nastolatkę z satanizmu. Ja -jako ciocia - koleżanka jej pijącej matki.
Nie była bardzo wciągnięta, to były początki. Ale to Bóg działa. Trwało to kilka lat. I bardzo małymi kroczkami. Dużo zrozumienia miłości, cierpliwości i przede wszystkim pomoc ludzi innych - autentycznie wierzących, w tym zakonników właśnie, modlitwa. Dużo rozmów. Sama musiałam przekopać się i odpowiadać na najdziwniejsze i trudniejsze pytania, których czasem księża wolą unikać - bo wydają im się zbyt głupie. autentyczna to nie znaczy jakoś szczególnie wyeksponowana. Po prostu żyje (staram się) żyć z zasadami chrześcijańskimi. Jeden mąż, obiad na stole dla dzieci, pomagać innym, nie kłamać, nie potępiać. A w przypadku chłopca 12 letniego nie wiem. Mam córki w podobnym wieku, modlimy się razem i ufnie podchodzą dzięki Bogu bardzo do wiary. Wierzą mamie - więc wierzą w Boga. Może chłopiec ma inny ścisły umysł. Myślę, że mozna pomóc mamie i temu chłopcu ale na pewno ten krótki mail może być dobrym przyczynkiem do dyskusji na blogu ale cóż można pomóc czytając ten krótki list? Nie znając chłopca, rodziców, sytuacji???Może jakies skrywane głęboko problemy. Można gdybać bez końca

Kasia Sz. pisze...

Wiem, że nie na temat, ale ugryzłabym tego drugiego pierniczka z fotografii.

o. Krzysztof pisze...

@Kasia Sz: Już Cię lubię :)

ps. Za kilkanaście minut jadę do Piotrkowa na Dominikańską Szkołę, kręgosłup mnie już boli od przygotowywania tego wykładu. Więc tylko kilka słów: dziękuję za Wasze świadectwo - mądre rzeczy piszecie +

Asiek pisze...

Moim zdaniem zmuszanie, żeby chodził do kościoła to właśnie najgorsze co może być. Większość przeżywa coś takiego, że odwraca się od kościoła od Boga, ma mało wiary!
Pamiętam siebie, przed bierzmowaniem, chodziłam do kościoła, kiedy bierzmowanie się zakończyło, zakończyło się również chodzenie do kościoła. Boga dla mnie nie było. Czasem trafiałam na takie osoby, które chciały mi pokazać to wszystko w innych barwach niż moje myślenie. Kiedy byłam w szkole średniej, zawsze chodziłam tylko do spowiedzi na rekolekcje, które organizowaliśmy. Spowiedź była czymś bezsensownym dla mnie.. Nic fajnego iść wypowiedzieć co się nabroiło, a ksiądz nawet nie miał ochoty pogadać tylko dawał te litania do odmówienie i do domu.. Do kościoła nie chodziłam w ogóle. Jak już poszłam, to byle gdzieś znaleźć dobre miejsce, żeby się przespać na kazaniu, które było totalną nudą, a cała eucharystia była traktowana jak "tresura". Stoi ksiądz mówi te swoje regułki a my odpowiadamy.. Jak nie uklękniesz to reszta ludzi Cię zmierzy wzrokiem.. Tyle, że mnie nikt nie zmuszał do chodzenia na msze. Miałam sama zadecydować czy idę czy nie. Kiedy skończyłam 18 lat to wolałam iść na imprezę, śmiałam się z tych co szli do kościoła, mimo, że nic z tego nie rozumieli. Aż była 4 klasa technikum. Ja byłam ogólnie taka, że zawsze wszystko na przeciw co inni mówią, a więc na religi były ogromne dyskusje czasem. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że coraz więcej młodych ludzi odsówa się od kościoła i dlaczego tak jest? Nie będę pełnej odpowiedzi pisać jaką otrzymaliśmy, ale osoba, która prowadziła lekcje religi odpowiedziała, że ona nie widzi, żeby mlodzi ludzie sie odsówali od kościoła, żebyśmy poszli do dominikanów i zobaczyli jakie tłumy tam przychodzą.. Między czasie przyszli jeszcze bracia Dominikanie do nas na lekcję religii. Dali nam jakiś fragment z Pisma Świętego do rozważania. Nigdy w życiu większość nawet w rękach pisma Świętego nie miała. Okazało się, że nawet dobrze rozumiem to. Mnie jednak to nie przekonuje do tej pory, nie lubię tego czytać. Kiedy było tridum, poszłam z kolegą do dominikanów, oczywiście sprawdzić czy to prawda.. Jak zobaczyliśmy te tłumy.. Przyszło myślenie, kurde żeczywiście miał/miała racje.. I tak tam pozostałam.. Oczywiście do spowiedzi nie chodziłam, bo nie wierzyłam w to wszystko, ale msza i kazania stały się w jakiś sposób interesujące. Po skończeniu szkoły, trafiłam do wolontariatu "Caritas" nie chciałam z początku tam iść, ponieważ myślałam, że z nimi nie ma innego tematu tylko Bóg. Okazało się zupełnie inaczej.Pomagaliśmy w kongresie Bożego Miłosierdzia.. Kiedy nasuchałam się tych wszystkich świadectw ludzi, coś we mnie zaczęło się dziać. Jest to trochę nie do opisania.. Moje twarde serce, wypełnione pełną agresją, miękło..

Asiek pisze...

Na Kongresie było mnustwo kleryków, którzy właśnie podejmowali się rozmów.. Dzielili się doświadczeniami. Między czasie też pisałam z jednym z braci, że to wszystko jest dla mnie bez sensu, że nie umiem znaleźć Boga, nie mam doświadczeń jakichkolwiek z Nim. Moje towarzystwo również było nie wierzące.. Modlili się za mnie. I zdecydowałam, że pójdę do spowiedzi i powiem o tym wszystkim. Nie chciałam iść do konfesjonału, ponieważ tam nie odczuwałam spotkanie z Bogiem, lecz strach i presję ludzi, którzy stoją za mną.. Doradzono mi, żebym się umówiła na spowiedź. I tak zrobiłam. Kiedy poszłam do spowiedzi powiedziałam wszystko.. Począwszy od tego, że nie wierzę w odpuszczenie grzechów itd.. Kiedy pod dłuższej rozmowie wyszłam.. Mój świat nabrał barw. To wszystko zostało tam.. Odczułam, że to była pierwsza prawdziwa spowiedź w moim życiu.. Wszystko stało się piękniejsze i nabrało sensu. Nawet moje porażki miały sens.. Zawaliłam maturę, bo ważniejsze były imprezy.. Kiedy teraz na to patrzę to sobie myślę, że jak bym zdała ten jeden przedmiot, który zawaliłam, poszła bym na studia, a Boga dalej bym nie szukała.. Jestem jeszcze młoda.. Bywają dni, że po prostu nie widzi się tego sensu, chodzenia do kościoła, że nie mam ochoty tam iść, ale zawsze jednak coś wypycha mnie, abym nie rezygnowała z tego.

Chłopiec jest jeszcze młody :) Może dużo nie rozumieć. Ale przyjdzie i na niego czas.
Zawsze można go umówić z jakimś ojcem, który z nim porozmawia :)

Asiek pisze...

Niestety się nie zmieściło w jednym :))

Anonimowy pisze...

ja pozwoliłabym chłopakowi nie chodzić. Niech czuje, że dajemy mu wolność. "Dla nas to ważne, Bóg daje nam szczęście, miłość. ale zależy nam, byś sam wybierał, jestes wolny". Taka postawa+świadectwo życia i modlitwy+ oddawanie dziecka Bogu na mnodlitwie.Mały poczuje się naprawdę szanowany. Piszą o tym dokładnie problemie Gajdowie w książce "Rodzice w akcji". Pozdrawiam

DR pisze...

Bardzo spodobało mi się to co napisał @ z.dzabnem, dokładnie tak staram się wychowywać swojego syna, czyli dać mu teraz maksymalnie dużo, pokazać,że Bóg to przyjaciel i wsparcie, mocno osadzić w Kościele a potem zobaczymy. Mój syn miał szczęście, bo najpierw jako maluch 'chadzał" na wspaniałe msze o.Marka Kosacza,gdzie nikt nie burczał na niego kiedy nie potrafił wysiedzieć w jednym miejscu a Kościół kojarzył mu się z miejscem pełnym ciepła i serdeczności,potem kiedy był już starszy, przyjechał do Szczecina o.Krzysztof Pałys, który swoją autentycznością i szczerością oczarował nas zupełnie i przez cały rok nie miałam najmniejszych problemów z zabieraniem nastolatka na Msze. Zresztą do tej pory dzięki uprzejmości o.Krzysztofa, mój syn korzysta z jego mądrej rady i wsparcie,nie jakoś szczególnie często, ale zawsze wtedy kiedy mu źle.I robi to absolutnie samodzielnie, bez żadnej zachęty z mojej strony. Kiedy pojawiają się problemy z chodzeniem do Kościoła, mówię mu ,że to jest sprawa między nim Bogiem i ja się do tego nie wtrącam, i o dziwo przynosi to o wiele lepsze rezultaty niż wcześniejsze długie Polaków rozmowy..Myślę,że przychodzi taki moment, kiedy z przewodnika stajemy się towarzyszem podroży naszego dziecka i trzeba liczyć na to,że to czego go nauczyliśmy po prostu zacznie procentować. O matko, jak ja się rozpisałam... Pozdrawiam wszystkich, a szczególnie Mamę nastolatka czyli autorkę listu:)

cicicada pisze...

podpisuję się pod komentarzami powyżej-nic na siłę, bo to z reguły przynosi odwrotny skutek...
ja nigdy nie miałam znajomych księży, nie należałam też do żadnego duszpasterstwa...chociaż uważam, że to akurat jest pomocne w pogłębianiu wiary... ale jednak Bóg mnie i tak w końcu "dopadł"... całkiem przypadkiem, gdy bardziej z nudów niż z chęci spotkania się z Bogiem zajrzałam do Dominikanów gdzie trwały akurat rekolekcje... potem już wystarczyła kilkunastosekundowa modlitwa jednego z ojców nad moją głową by całe moje dotychczasowe "wierzenia" (jak to kiedyś tu ktoś ładnie ujął) rozsypały się drobny pył...
więc nie dopowiem nic nowego, ale powtórzę, za innymi modlić się za chłopaka i pozwolić Bogu działać;) jestem głęboko przekonana, że On już reszta się zajmie:)
powodzenia!

Mikołaj pisze...

Myślę, że temat "na topie". Ciężko jest powiedzieć coś jednoznacznie. Sam wiem jak było ze mną. Co prawda mam dopiero 18 lat, jednak wiem o czym mówicie. Chodzę do szkoły katolickiej (o zgrozo!). Mimo młodego wieku myślałem, że moja wiara jest w miarę zasadzona, rozpoczynałem służbę liturgiczną, dobrze się czułem w kościele. Do czasu kiedy poszedłem do właśnie mojej szkoły. Tam przeżyłem ogromny kryzys wiary. Tam gdzie chciałem ugruntowywać swoją wiarę odnalazłem walkę o wyniki, o statystykę, o to by być najlepszym często zatracając to co najistotniejsze... Pana Boga. Odechciało mi się czegokolwiek, chodzenia na Mszę, nabożeństwa. Szedłem do kościoła tylko dlatego, że byłem (i jestem) lektorem. Pewien obowiązek mnie trzymał. Na szczęście zacząłem szukać sam. Rozmawiałem z osobami, które pozornie nic mi nie mogły powiedzieć. Był to mój Pan od historii, który kilkukrotnie wspominał o dominikanach. Z głupia frant zapytałem się Go czy nie opowiedziałby mi czegoś właśnie o "Psach Pańskich". Dowiedziałem się wcześniej, że dominikanie są w Gdańsku. Powiedział, że jak chce spróbować, to mogę iść tam do spowiedzi (nawet zasugerował konkretnego ojca!). Dodatkowo przeczytałem o „rekolekcjach ostatniej szansy”. Pojechałem, i to w Wielką Środę czyli już naprawdę ostatnia szansa. Poszedłem do spowiedzi, czekałem 4 godziny w kolejce. Uznałem, że jak nie dziś to już nic się nie zmieni. Poszedłem(trafiłem do innego ojca, ale otworzył mi on oczy na pewne sprawy i dał nadzieję.) i uwierzyłem, że „Wierzę w Kościół” mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem podczas niedzielnego Credo. Dowiedziałem się o innych dziełach Zakonu, o Dominikańskiej Szkole Wiary, która też jakoś buduje moją relację z Bogiem (dzięki o. Krzysztofie za wykład o adoracji!). Osobiście myślę, że najlepszym sposobem na młodzież jest tak jak to mówi. O. Adam Szustak OP – pokazać, że Bóg jest nienormalny, nienormalny z miłości do człowieka. Polecam wszystkim młodym ludziom właśnie tę książkę „Ewangelia dla nienormalnych” – może Mama podsunie synowi właśnie tę książkę? Proszę zobaczyć, przeczytać i samemu zdecydować. Ja osobiście polecam bo mnie ugruntowała w mojej drodze chrześcijańskiej, i każdemu komu ją daje – wypuszcza jakiś owoc. Do dominikanów mam daleko, ale zauważyłem, że coś ludzi do nich ciągnie… (wydaje mi się, że to jest ta autentyczność, o której już ktoś tutaj wspominał) rzadko kiedy jadę tam sam, moi koledzy i koleżanki czasem piszą „jedziesz do dominikanów? bo bym się z Tobą zabrał/a”. Do tego wśród kolegów widzę tendencję do angażowania się w życie zakonów – czy to dominikanie, czy franciszkanie, czy jezuici. Myślę, że zakony mają moc i potrafią naprawdę poświęcić czas, którego młodzi tak bardzo potrzebują, a co w parafiach nie zawsze się udaję (nie wiem czemu).

Mikołaj pisze...

Przepraszam jeżeli nie wyrażam się w 100% jasno. Późna pora i lekka gorączka robią swoje, jednak musiałem napisać jak było ze mną. Dobranoc :)

Rita pisze...

@Mikołaju: przepiękne świadectwo!
Ależ cudowne, budujące forum - gratuluję Ojcu i pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Anonimowy pisze...

Wszyscy piszą, że po latach odejścia od kościoła wrócili. Ja znam głównie takich, co kupili "one way ticket". Ja też pamiętam coniedzielną nudę w kościele, horror obowiązkowej spowiedzi przed świętami i całkiem przyjemne lekcje religii. Nie żeby zmuszali. Każde dziecko musiało to robić, tak samo jak myć zęby. Ale efekty dało to mizerne, bo drogi moje i kościoła mocno się rozeszły.

Ale nadzieja rodziców w moje nawrócenie trwa. Ostatnio pojawiła się konieczność podania dziecka do chrztu. Znajomy ksiądz poradził, by uszanować prawdę i w sytuacji niewiary wpisać się jako świadek chrztu. Ale według rodziny taki ateistyczny pomysł jest nie do przyjęcia: żądają mojej pokuty i nawrócenia. Jak to się skończy? Nie wiem. Czy w ogóle można się nawrócić "bo mama kazała?"?

Podobnie miotają się moi przyjaciele, dorośli przecież ludzie. Z okazji ślubu kościelnego ( wymuszonego przez rodziców płaczem), chrztu dziecka(koniecznego, bo co powiedzą dziadkowie?), są wypychani do sakramentów wszelakich. Wiadomo, że dla rodziców i dziadków zrobi się wiele, ale efekty są kiepskie. Fałszują podpisy na karkach do spowiedzi, opowiadają jakieś brednie w konfesjonale, albo – w najlepszym przypadku – odbębniają to wszystko po łebkach. Rodzina się cieszy, tylko w człowieku zostaje uczucie niesmaku.

Dlatego duży szacun dla tych, którzy mają cywilną odwagę się postawić i ja bym się cieszyła, że dziecko otwarcie mówi, że w coś nie wierzy. W sumie chyba dla Boga oprócz wiary uczciwość też się jakoś tam liczy.

Anonimowy pisze...

Ja z moim synem przechodziłam podobne trudności...radziłam się księży, co robić. Wszyscy mówili, żeby nie na siłę i żeby być cierpliwym. Mój syn nie chodzi już ze mną na Mszę sw. w niedzielę, ale z kolegami wieczorem przeważnie. Raz próbował "oszukać" i poszli do Pizzerii zamiast do kościoła - ale jak to bywa wydało się...powiedziałam wtedy tylko, że mi przykro i żeby na przyszłość tego nie robił, bo oszukuje siebie i Boga, nie mnie...
Teraz jest w 2 klasie liceum i po śmierci mojej mamy i jego ukochanej babci coś się zmieniło na lepsze:) Zaczął sam z własnej woli uczestniczyć w niedzielnej Mszy św. Jeszcze się boję, ćzy to tylko tak chwilowo, ale mam nadzieję, że nie...modlę się o wiarę dla niego.
Naprawdę nic na siłę, ale powoli i małymi kroczkami. A nawet jak na chwilę się pogubi, to ma do czego wrócić, bo dałam mu wszystko, co potrafiłam i mogłam, czyli moje codzienne przeżywanie wiary, a przede wszystkim życie nią na codzień. Cierpliwości trochę życzę!!!

Anonimowy pisze...

Moje dopowiedzenie do komentarza 18 lutego 2012 13:14
Może ktoś się ze mną nie zgodzi myślę, że tak naprawdę to świeccy mają większe możliwości docierania do tych, którzy wiarę utracili.Nie zauważyłam, żeby ktoś poczuwał się do tego obowiązku. Jeśli widzimy, że ktoś traci wiarę - no traci, co ja mogę? Od tego jest ksiądz. Niestety katolicy w większości zapomnieli, że jesteśmy wspólnotą i wszystko "zwala" się na kler. Nie wiem jak było w wiekach poprzednich ale mnie egocentryzm i egoizm dzisiejszych czasów poraża. w tych komentarzach także skupiamy się na opisywaniu Kościoła, zachowań księży, a może to nie wina Kościoła, tylko wszystkich chrześcijan - którzy zrażają swoim świadectwem życia młodych, tych którzy odchodzą. No bo przecież to do mnie nie należy, co ja z tego będę miał? bo jeśli prawdziwie się pomaga, to nie ma z tego żadnych zaszczytów, uznania, etatu, a nawet pochwały - bo prawdziwa pomoc to nadchodzi w ciszy, tak, że czasem osoba, której się pomaga nie wie o tym, a co dopiero inni. Obracam się w takim poszukującym środowisku i niejako "dotykam" tych ciemnych sił niszczących Kościół, patrze im w oczy i to idzie różnymi kanałami. Taką wiedzę trudno posiąść siłą rzeczy księdzu czy zakonnikowi. Ale środowisk wrogich Kościołowi jest masę. Przykładowo wczoraj miałam okazję być nawracana przez zielonoświątkowca. Zaczęło się od miłych spotkań, a przeszło do opluwania wręcz księży. Grzecznościowo przytakuje, a koleś się rozkręca, pokazując mi prawdziwe oblicze tej wspólnoty - podejrzewam, po większości znanych mi zielonych świątków że tam to norma :(
Módlmy się za Kościół

Nocny Anonimowy pisze...

To ja też dopowiem do tego co napisałam dziś o 2.17 nad ranem. Dam sobie rękę uciąć, że moja mama regularnie się za mnie modli i jest mi z tego powodu poczwórnie głupio: bo ją kocham najbardziej na świecie a przecież wiem, że przeze mnie Bóg jej tej modlitwy nie spełni, a nawet jak podpiszę te wszystkie kartki i przed całą rodziną pójdę w ładnym ubranku do komunii i ona będzie dziękować mu za moje nawrócenie, a to będzie przecież totalna lipa.

A czy jak ktoś się nawet "nawraca", bo jego mamusia stoi pod konfesjonałem z emocjonalnym karabinem, to czy to w ogóle ma jakiś sens? Czy też dla Boga wystarczy, że człowiek się "odhaczył" na liście, a powody są drugorzędne?

A co do oszukiwania – znam bardzo poważnych, asertywnych ludzi, którzy dopiero przed 30-tką przestali wychodzić w niedzielę "do kościoła" by spędzić ten czas na płotku nad strumyczkiem, żeby 90-letnia babcia nie dowiedziała się, że są ateistami. Sorry, że psuję wam dobry humor typu "alleluja i do przodu" , ale przypadkiem wiem jak to wygląda niekiedy od tej drugiej strony.

Zuza pisze...

@Nocny Anonimowy: Mówisz o bardzo ważnej rzeczy, będąc ciągle w temacie - tylko jakbyś do tego wszystkiego dodała kilka argumentów wyjaśniających, bo to jest właśnie sedno sprawy, którą na początku wpisu poruszył Ojciec: dlaczego młodzi, przed 30-tką przestają udawać? Dlaczego właśnie wtedy jasno i wyraźnie zaczynają mówić:Nie, Kościół nie, nie dla mnie? Czego w Kościele brakuje, że odchodzą?

Spotykam na swojejdrodze dwie skrajności - ludzi, którym, tak jak Tobie, z jakichś powodów rozeszły się drogi z kościołem i 30-latków, którzy ze swoimi świeżo założonymi rodzinami dają świadectwo przynależności do Chrystusa jako wspólnota Domowego Kościoła. Właśnie wróciłam z takiej Mszy, gdzie młodzi mężowie posługiwali przy ołtarzu, a żony "obstawiały" liturgię słowa i śpiew. Jednych i drugich absolutnie rozumiem. Naprawdę. Drugich bardziej, bo jest mi do nich bliżej. W przypadku pierwszych może właśnie dlatego mniej, że czasem brakuje konkretnych argumentów. Mówienie o brakach i niedociągnięciach zawsze daje możliwość weryfikacji i zmiany. Więc może po prostu, jak mawiał klasyk - warto rozmawiać :)

Nie można być letnim. Trzeba być zimnym albo gorącym, więc myślę, że rację mają ci, którzy deklarują, że z kościołem nie jest im po drodze i są w związku z tym konsekwentni. Trzeba stanąć w prawdzie. Ale z drugiej strony, czasem takie smakowanie "na siłę" może się okazać brzemienne w skutkach....

Piszesz, że Twoja mama regularnie się za Ciebie modli, a Ty przecież wiesz, że przez Ciebie Bóg jej tej modlitwy nie spełni... A skąd wiesz?:) Tak Go znasz? On Ci to powiedział? Skoro tak, to jesteście bliżej, niż Ci się wydaje... Ironizuje, ale prawda jest taka, że nie mamy pojęcia do czego jest zdolny. Bóg jest Wszechmogący, nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych! On przyszedł, by nawracać grzeszników, nie wierzących. Jeśli uzna, że już czas odnaleźć zagubioną owieczkę, to po prostu to zrobi. Może to jeszcze nie czas, może to Ty jesteś niegotowa, może jeszcze za mało modlitwy...

Możesz upierać się, że to co dziś, to już na zawsze. Ale pewności, to Ty nigdy mieć nie będziesz....:)

Pozdrawiam ciepło!

Anonimowy pisze...

Do nocnego Anonima:
Wiele krzywdy robią takie mamusie i babcie stojące z karabinem i to nieświadomie. Po prostu morze zła. Krzywdzą własne dzieci na całe życie. Ile dewiacji i złamanych życiorysów przez matki dewotki. Jest coś takiego jak nerwica religijna. Męczą się te matki ale jak wygląda życie ich dzieci to osobna bajka, a raczej horror..

Anonimowy pisze...

Z jednej strony pamiętamy, że jest wolna wola. Dzięki niej możemy robić co nam się podoba. Miłość Boga objawiła się również w tym, że mamy możliwość wyboru takiej lub innej drogi. To bł. Jan Paweł II mówił, że wprawdzie mamy możliwość odrzucenia Boga, ale do niczego to nie prowadzi. Nie chcę jednak powiedzieć, że rodzic, który widzi, iż jego kochane dziecko oddala się od Boga ma usiąść z założonymi rękami. Nawiasem mówiąc chwała takim rodzicom, że dostrzegają problem i starają się działać. Z przykrością muszę stwierdzić, że ja takich nie miałem i do mojego nawrócenia przyczynił się Jan Paweł II. Pytanie w takim razie pojawia się czy coś robić, a jeśli robić to co i jak. Chrześcijaninowi, a zwłaszcza rodzicowi nie wolno zastanawiać się czy coś robić. Skoro się powiedziało A (ochrzciło się dziecko), to i trzeba powiedzieć B i zakasać rękawy i wziąć się do roboty, ale nie "młotkiem po głowie", a miłością i modlitwą. Młody człowiek, który poszukuje drogi musi się na niej znaleźć, ale nie siłą, przywiedziony na smyczy, bo to przyniesie odwrotny do planowanego skutek. Najbardziej mi w tym momencie staje przed oczami postać św. Moniki, Matki św. Augustyna, której działania wobec swojego błądzącego syna zawsze sprowadzały się do modlitwy - nigdy zaś do brania, przepraszam za określenie, za chabety i prowadzenia na siłę do kościółka. Tak więc gorąco polecam syna orędownictwu św. Moniki i św. Augustyna. A to, że ktoś nie wierzy, że na Mszy chleb staje się ciałem, a wino krwią Pana. Nie wiem jak u innych, ale i w moim życiu bywają momenty, że i ja w to czasem mniej wierzę.
Jestem świeżo po lekturze książki o.Gabriele Amortha i wydaje mi się, że jeśli chłopak wchodzi do kościoła, to jeszcze nie jest aż tak beznadziejna sytuacja. Osobiście znałem przypadki, że ludzie wprost bali się wejścia do kościoła. Proszę jednak pamiętać, że zły działa podstępem i coś co nam się dziś wydaje jako bunt nastolatka, faktycznie może się okazać jego zabiegami. Jeśli chłopak ma w pokoju Krzyż lub jakiś św. obrazek to dobrze. Jeśli nie - proszę w tajemnicy serca nikomu nie mówiąc, włożyć bądź pod łóżko lub w inne miejsce gdzie chłopak często przebywa. Mój brat, gdy go zostawiałem samego w pokoju zdejmował obrazek Matki Boskiej z Ostrej Bramy w Wilnie. To są niestety przypadki, kiedy muszą działać już specjaliści.
Na zakończenie pozwolę sobie jednak zauważyć, że poczucie chodzenia z przymusu do kościoła nie było obce śp. o. Joachimowi Badeniemu, zanim jeszcze wstąpił do Zakonu. Zbliża się druga rocznica jego śmierci i gorąco polecam modlitwę za jego wstawiennictwem.
Kuba

Nocny Anonimowy pisze...

Nie wiem Zuza, dlaczego akurat wtedy. Może są już dorośli, mają odciętą pępowinę i nie boją się że rodzice obetną kieszonkowe :)? Może dłużej już po prostu nie da się udawać? Może papiery o apostazji są podpisane, a proboszcz i tak na kolędzie mówi rodzicom, że ich 30-letnie "dziecko" właśnie wypisało się z kościoła? A może wnuczek ma dwa lata i trzeba w końcu powiedzieć rodzinie, że nie będzie ochrzczony? A może w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę że jesteś dorosły i że fałszowanie podpisów na kartce do bierzmowania w wieku 15 lat jest głupotą, a w wieku dorosłym – już zdradą? Nie mam pojęcia. Ja tylko wiem, że ci, którzy nie wierzą, trochę miotają się między "chcę spełnić życzenia rodziców" a "nie mogę słuchać tych bredni w kościele". I to jest problem o którym naprawdę się rozmawia na imprezach.

A czemu odchodzimy? Bo stosujemy antykoncepcję, jesteśmy za refundacją in vitro, za legalizacją aborcji (ja nie, ale jestem pod tym względem dziwakiem), mamy przyjaciół gejów, nie słuchamy Radia Maryja i uważamy, że opowiadanie w konfesjonale o swoich wyczynach erotycznych jest dziwaczne. Potem dochodzi kwestia dogmatów o dziewicach, klęczenia przed "chlebkiem", fascynacja buddyzmem i złość na bufonadę kościoła. A nawet najfajniejszy ksiądz w części tych poglądów nie może ci przyklasnąć. I sytuacja robi się patowa

Aha – wbrew pozorom raczej nie mam nerwicy kościelnej i nie uważam, żeby komuś z moich znajomych religijna mama złamała życiorys. A co do Boga – nie wiem czy mnie nawróci czy nie, ale na pewno stając okoniem tego zadania mu nie ułatwiam :).

Nocny Anonimowy pisze...

@Anonimowy z 14.18: jest na brata sposób: mi Matkę Boską "niechcący" przykleili na ścianie SuperGlue. Nie da się tego zdjąć, nie zrywając tapety.

Anonimowy pisze...

Nie da się zdjąć, ale można zakleić czymś innym.

Marta pisze...

ja myślę, że ważną kwestią jest znalezienie odpowiedniej mszy. Wiem, że dla wielu osób, może to dziwnie zabrzmieć lub być wręcz nieodpowiednie. Jednak to dużo zmienia, oprawa liturgii, kazanie, oprawa muzyczna. Ja lubię dominikanów i piękno liturgii na Zielonej, a do parafii chodzę rzadko. Myślę, że tak może być z młodymi ludźmi, że nudzi ich "nadęte" kazanie proboszcza (albo niezrozumiałe po prostu), śpiew od lat tego samego organisty. Warto poszukać mszy młodzieżowej, rockowej czy innej...ortodoksi powiedzą, że nie ma mszy młodzieżowych czy innych tylko jest jedna msza święta i mają rację, ale często forma przyciąga do treści.
Warto może podsunąć też książkę pisaną młodzieżowym językiem, np. książki Hołowni, wspólnie zagrać w Monopol na zbawienie dołączony do jednej z jego pozycji...
W sprawach rodzicielskich bardzo lubię rady pani Izy Paszkowskiej z "Gościa niedzielnego". Znalazłam kilka w temacie. Polecam:
http://gosc.pl/doc/800204.Bunt-nastolatki
http://gosc.pl/doc/800408.Decyzja-nastolatka
http://gosc.pl/doc/859924.Refleksje-17latki

pozdrawiam i trzymam kciuki za 12-latka:)

Zuza pisze...

@Nocny Anonimowy: Pan Bóg podobno tych stawiających się okoniem traktuje najbardziej serio. Jeden ksiądz powiedział kiedyś, że Bóg podobno woli tych, co się z Nim kłócą, bo dopiero wtedy wie, że ten ktoś rozmawia z Nim poważnie:). Ty Mu: nie pójdę, a On Tobie: pójdziesz... Jak Jonasz, którego Pan wysyłał do Niniwy. A Piotr? Trzy razy się zaparł, powiedział: nie znam tego człowieka! A tymczasem to właśnie od dostał klucze Królestwa Niebieskiego!

Także, jeśli o to chodzi, to jestem spokojna...:)

Dziękuję za szczere wyznanie.

Pozdrawiam Cię serdecznie!

nashim pisze...

nie wiem, co napisali komentujący przede mną;
co do buntu nastolatka, to rodzice nie powinni wywierac żadnego nacisku, bo to przyniesie przeciwny skutek.On musi sam dokonac wyboru wiary w Boga, jako dojrzewający człowiek. Jeśli sami rodzice wierzylą i świadczą, to on raczej wybierze właściwie.

Hanka pisze...

Hmm... wiele tu już odpowiedzi, ale może też napiszę coś od siebie :)
Z własnych przemyśleń i częściowo obecnej sytuacji, mogę powiedzieć, że wydaje mi się, że obraz Boga, religijności, Kościoła, jaki mamy może być z jakichś powodów fałszywy, niepełny, jednostronny. Nie wiem do końca z czego to wynika.Być może z tego, że każdy z nas zwraca szczególną uwagę na określone aspekty życia religijnego, być może z wieku, w jakim jesteśmy, środowiska. Myślę, że kiedy się zorientujemy, że coś jest "nie tak" i zaczniemy się buntować przeciwko temu, co dotychczas uznawaliśmy, jesteśmy na dobrej drodze do pogłębienia wiary, nowego zrozumienia danej kwestii. Dlaczego tak uważam? Bo kiedy wszystko się "wali", musimy zacząć od nowa to układać. Bazujemy na tym, co było, ale równocześnie poddajemy weryfikacji wcześniejsze doświadczenia. W zależności od tego, czego dotyczy kryzys, ile mamy lat, przebiega to w różny sposób. Myślę, że rozmowa jest dobra na wszystko :). A poza tym wspomniana autentyczność, którą ludzie wyczuwają, która ich porywa. Mam nadzieję, że da się zrozumieć to, co chciałam przekazać :) Pozdrawiam i wszystkiego dobrego!

BIW pisze...

Do tych którzy z różnych powodów nie wierzą w Boga (doskonale to rozumiem też tak miałam)to absolutnie nic nie szkodzi Jemu to wcale nie przeszkadza... bo ON I TAK WIERZY W WAS...

Bóg wręcz "uwielbia" opornych włącza mu się coś w rodzaju Boskiego ścigacza-wtedy idzie za swoim ukochanym buntownikiem krok w krok a im bardziej ten uparty tym serce Boga bardziej płonie.

Jak napisał ks. Tischner silna owca nie wyplącze się z ciernistego krzaka sama, tylko się szarpie i prze do przodu bo jest silna a tym
samym rani się jeszcze bardziej i wyczerpuje...

Wszystkich którzy są uczciwi w swojej niewierze Bóg kocha właśnie za ich uczciwość i prawdę a nie obłudnictwo, tak więc Kochani macie ZAGWARANTOWANE spotkanie z Bogiem ŻYWYM, który Wejdzie w Wasze życie (mam na myśli życie na ziemi żeby nie było wątpliwości) być może łagodnie i czule a być może niczym brygada antyterrorystów jeśli będzie taka potrzeba. Osobiście jestem drugim przypadkiem więc wiem o czym mówię a On świetnie dobiera INDYWIDUALNE metody do KAŻDEGO czowieka.

Pozdrawiam serdecznie,
B.

Hanka pisze...

Mały edit do poprzedniego komentarza jeśli można: Myślę, że jeśli się buntujemy, to przeciwko temu, co jest złe, nie przeciwko dobru. Dlatego, jeśli Bóg jest dobry, buntując się przeciwko Niemu w końcu dochodzimy do Niego. I nasz bunt okazuje się być buntem przeciwko naszemu błędnemu rozumieniu Boga, przeciwko Jego fałszywemu obrazowi. To jest faktyczne zło, które pojawia się w naszym życiu i którego nie akceptujemy. Tak ja to widzę. Pozdrawiam, Hania :)

Anonimowy pisze...

No, Haniu różnie bywa. Współcześnie, to chyba ludzie buntują się najczęściej przeciw temu, że ktokolwiek mówi im, co mają robić. - myślę, że ludzie nie mają pokory i to jest największy problem. Każdy wie lepiej, jak chce żyć. A Kościół głosząc prawdę staje się niewygodnym świadkiem naszych słabości, które my sami chcemy usilnie postrzegać jako znak sprzeciwu wobec odbieraniu nam naszej wolności ;)
lmti

Anonimowy pisze...

odbierania*

A. pisze...

Ja też czasem nie wierzę. Mówię mu więc - sorry, nie gniewaj się, nie wierzę. Wybieram ścieżkę intelektu i wykopyrtam się na niej już na starcie. Leżę tak i dalej nie wierzę. Pyszne (ładnie się ta pycha odmienia) opary spowijają uparcie leżące ciało... osacza mnie frustracja, choć tą uczę się ignorować. Ps 139. Chcę, przecież widzisz, że chcę. Chcieć na dziś nie umiem bardziej - to też wiesz. Patrzę na coś, co mnie przerasta. Ale powiedział "Bierz i jedz" - konkret, więc biorę. Nie było - "najpierw pojmij cud, potem się częstuj". Więc biorę. I się zmienia. Powoli. Konkretnie. Ludzie, czas, "przypadki" co nie istnieją - konkret. Raz na jakiś czas wszystkie te cudowności miażdzę żalem, rozpaczą... i zaczynam od nowa. Co zrobić? Księdza trzeba. Z sensem, z czasem, z sercem, może nawet z brzydkimi wyrazami (z obserwacji - na początek działa magnetycznie). Mądrego, twardego faceta (którego siła to nie tyle pokłady testosteronu a Bóg) i który potrafi to w prosty, przekonujący sposób wyartykułować. Konkret, prostota, prawda, przykład. Fabian Błaszkiewicz (SJ) odwołuje się do natury wojownika i skoro w sercach niewieścich zapala ogień i ducha walki, to moze z chłopcami też poradzi :) Eldredge celebruje dzikość w sercach chłopców. A czasem... trzeba odejść, żeby móc wrócić. Po drodze dojrzeć, poczuć tęsknotę. Byle nie za daleko. Ale Jego już w tym pomyślunek.

Anonimowy pisze...

Tylko jeśli Jego w czym problem?

bez znaczenia pisze...

za ten nowy "betonowy " wpis, to niech ojca Bóg w jasne czoło ucałuje

Jolkot pisze...

Wiele lat temu też odcięłam się od Kościoła. Poczułam się dorosła i wolna bo w końcu ile można podporządkowywać się Rodzicom?
Nie naciskali. Na szczęście.
W końcu ta wolność zaczęła ciążyć i czegoś brakowało. Niedziele były PUSTE do bólu.
To w skrócie.
Tamto doświadczenie pozornej wolności pozwoliło mi wybrać ŚWIADOMIE. Choć pewno to On mnie wybrał i nie pozwolił sturlać się zbyt nisko. A że parę siniaków bolało i boli od dziś. Nie da się przejść przez życie bezdotykowo i bezboleśnie :-)
Cierpliwości zatem. "JESTEŚ JESTES JESTEŚ"
Jak młody ma KAPITAŁ wyniesiony z domu nie zginie i zawsze w momencie zawieruchy będzie wiedział dokąd pójść po ukojenie, ratunek, ciszę.

Jolaśka pisze...

Hi hi sorki Jolkot to też ja w innej rzeczywistości :-) tu funkcjonuję jako Jolaśka. Już mam problemy z osobowością??? Sorki raz jeszcze za zamieszanie:-)

Anonimowy pisze...

Wspomniany przez A. ojciec Fabbs rozpalił wielkie ognisko 22 XII i odtąd nic, może ruszy w Wielkim Poście. Pewnie inni już pisali o tym, ja uważam, że najważniejsze jest nie stosować przymusu. Powiedzieć " chcemy, żebyś chodził do kościoła, bo deklarujemy się jako wierzący i jesteśmy twoimi rodzicami, ale zmuszać cie nie chcemy". Zeby chłopak nie poczuł, że nie wolno mu nie wierzyć. Bóg daje wolność. Ludzie neich dadzą świadectwo. My z Jego łaski stajemy przed Nim.

Anonimowy pisze...

Jeszcze jedno. Młodzi ludzie mniej więcej w wieku kiedy mają przystąpić do bierzmowania często czują się niegodni Boga. Czasem z blahych powodów, albo czasem z ważniejszych, róznie to bywa. Denerwują rodziców, zapominają o wyrzucaniu śmieci, myślą o "brzydkich" rzeczach, byli u spowiedzi i znow nagrzeszyli, więc Bóg im na pewno nie wybaczy - no to oni odejda od kościoła. Albo później myślą, że mieli otrzymać siedmiorakie dary, a tu nic, są tak samo źli jak przed bierzmowaniem. Starsznie się tego wstydzą.

Agu pisze...

Ja też, może jak byłam trochę starsza, to miałam taki dziwny czas. nie rozumiałam co się dzieje na mszy, nie chciało mi się na niej siedzieć. Przez pewien czas w ogóle się nie modliłam. Ale jakoś tak nigdy nie rezygnowałam z mszy i to w pewien sposób mnie uratowało. Bo to nie chodzi o to żeby coś czuć, przeżywać wielkie uniesienia, ale żeby po prostu być. Na jednej z mszy rekolekcyjnych, chyba o. Krzysztof powiedział, że czasem dobrze jest przyjść się nawet ponudzić na adoracje. Bóg będzie działał. Też mam przed oczami obraz mamy i taty którzy się modlą. To nie wymaga komentarza, to mówi samo za siebie i dla każdego taki obraz w pewien sposób przemawia. Pani musi się modlić wytrwale. Ale to nie wystarczy. Musi Pani uwierzyć w to o co prosi Boga, uwierzyć że syn się zmieni, że Jezus go zmieni. Bezgranicznie zaufać. Uśmiechnąć się do Niego i do siebie. I nawet jeśli by syn coraz bardziej się buntował to nie rezygnować. Przecież modląc się oddajemy swoje sprawy w najlepsze ręce:) Bóg chce dla nas szczęścia. Taki czas dla Pani syna na pewno nie będzie zmarnowany. Przecież z takiego czegoś można wiele dobrego wynieść, zobaczyć.

Dużo uśmiechu!

Od Szynki pisze...

@Anonimowy z 22:47 19 lutego. Wielu uwiera właśnie to, co niewygodne. Ale sam napisałeś, że bywa różnie. To wielu powie i też będzie miało rację, że Kościół głosząc prawdę daje jej antyświadectwo. Posiadając sprzęt jest dobrze pamiętać, że przede wszystkim liturgiczny.

aurin pisze...

To co mogłabym napisać od siebie, zostało napisane przez innych, więc nie będę dublować tekstów o wolności, przykładzie itd. ale linę wrzucę tak a propos :)
http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,607,nie-wierze-juz-w-kosciol-i-boga.html

jednak nie zalogowany pisze...

Ciekawostka. Zeby zamieścić komentarz trzeba wejsc na któryś z poprzednich postów, tam jest ramka do komentowania, i stamtąd przejśc do tego, pod którym najpierw ramki nie ma. Problem znika po zalogowaniu się do bloggera.

jednak nie zalogowany pisze...

Już wiadomo. Zjawisko opisane wyżej powodował pewien skrypt, który bardzo chciał być wykonany. Pozdrowienia dla pionu technicznego bloggera.

Anonimowy pisze...

Niech Ojciec podejdzie do porazek tak: ze ucza Ojca pokory,kiedys taki ksiadz powiedzila na kazaniu: Nie jestesmy Mesjaszami Bog moze zbawiac bez nas.
Odchodzi to Ufac.
Modlic sie, i zajac sie tymi ktorych na ten czas serca sa otwarte.
Co mnie ruszylo w kosciele?
Czemu sie nawrocilam?
Bo kaplan ktorego spotkalam na drodze stal sie moim kumplem,
nie mowil do mnie jak Ksiadz z Ambony, ja wiem wszytsko najlepiej,
Pozatym byl czlowiekiem modlitwy,
i wielu nawrocil,
bardzo wielu ludzi!

Prześlij komentarz