poniedziałek, 18 czerwca 2012

Gdy myślisz, że to już koniec

Chrześcijaństwo nie polega na pokładaniu ufności we własnych siłach, ale na zaufaniu Drugiej Osobie. Trzeba przeżyć radość z bycia odnalezionym, ale żeby być znalezionym trzeba się wcześniej zgubić.







Otrzymałem właśnie czerwcowy numer miesięcznika "List". Trzy artykuły pochłonąłem z miejsca: bp Grzegorza Rysia, Maćka Chanaki OP (niech będzie, reklamuję swoich, ale wierzcie - nie robię tego na wyrost) i prowincjała jezuitów Wojciecha Ziółka.

Wywiad tak dobry, że pozwolę sobie wkleić żywcem jego fragment.

Ksiądz Ziółek wspomina:

Jako młody człowiek byłem ministrantem. Spędzałem w kościele całe dnie. Mogę o sobie powiedzieć, że byłem jak św. Paweł i prorokini Anna w jednym. Wychowywałem się "u stóp Gamaliela" i "nie rozstawałem się ze świątynią służąc tam dniem i nocą". Przesiadywałem często na różnych spotkaniach w parafii do późnej nocy, a rano biegłem na poranny dyżur na Mszy św. Miało to swoje dobre strony. Do dziś zostało mi zamiłowanie do pięknej liturgii i przekonanie, że Kościół jest moim domem. Wciąż wzrusza mnie dym kadzidła i ładnie przystrojony ołtarz.

Później jednak, już w zakonie, przyszedł kryzys. Zdałem sobie sprawę, że zaangażowanie i pobożność, na których budowałem swoje życie, są zupełnie bezwartościowe: nie dają mi życia. To był głęboki i dramatyczny kryzys. Czułem, że umieram, że idę ku śmierci, nie tylko w przenośni.

Lęk, depresja i cierpienie psychiczne były tak duże, że wydawało mi się, że nie dożyję kolejnego dnia. Myśli samobójcze były wtedy całkiem fajne, bo nie tyle przerażały, co dawały przyjemną perspektywę, że to cierpienie kiedyś się wreszcie skończy. To trwało pięć i pół roku. Przez cały ten czas próbowałem coś z tym zrobić, próbowałem się ratować.

Szukałem pomocy u spowiedników, u psychologów, czytałem, modliłem się. Stwierdziłem, że jeśli usilniej będę się modlił, to Bóg wreszcie mnie wysłucha. Nie dawałem już jednak rady wycisnąć z siebie więcej, a Bóg, którego prosiłem o pomoc, nic nie robił. Poddałem się. Powiedziałem sobie: "Ja też mam swoją godność. Nie będę skamlał w nieskończoność". Uniosłem się honorem, przestałem się modlić i wtedy pozostała już tylko czarna rozpacz.


I kiedy myślałem, że to już koniec, usłyszałem interpretację przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, w której bardzo wyraźnie było powiedziane, że jest to przypowieść nie o tym, kogo ja mam kochać, ale o tym, Kto mnie kocha. Tak naprawdę to przemieniły mnie trzy słowa: "Pewien zaś Samarytanin".


Płakałem przez cały dzień, a moja kilkuletnia beznadziejna rozpacz skończyła się w jednym momencie. Dzięki tym trzem słowom jestem dziś chrześcijaninem, księdzem, jezuitą, i żyję. Samarytanin uratował mi życie.

***
Chrześcijaństwo nie polega na pokładaniu ufności we własnych siłach, ale na zaufaniu Drugiej Osobie. Trzeba przeżyć radość z bycia odnalezionym, ale żeby być znalezionym trzeba się wcześniej zgubić. To właśnie doświadczenie rozczarowania, cierpienia i dramatu, a nie grzecznie poukładane życie są największą szansą na doświadczenie Boga żywego, na doświadczenie zbawienia.

Gdy Pan Bóg pozwala, żeby się coś rozsypało, to tylko dlatego, żeby zbudować coś cenniejszego.



83 komentarze:

halszka pisze...

niech Ojciec wie, że zrobił mi dziś tym wpisem największy prezent, dostałam nadzieję, że mam jeszcze szansę na doświadczenie Boga żywego, na doświadczenie zbawienia... choć ostatnie tygodnie dawały przeświadczenie, że ta perspektywa coraz to bardziej, nieodwracalnie się oddala


dziękuję!!!

Anonimowy pisze...

ostatnie zdanie Ojcze to dla mnie dziś wskazówka - też na to co się dzieje, co przeżywam. Bóg zawsze ma dla nas lepszy plan... I wiem, że gdy coś się rozsypuje i chciałoby się poddać to jest to najlepszy moment, by wreszcie przestać wierzyć w swoje siły, a zacząć wierzyć w Boga

jak mogę to zrobić to zapraszam też do mnie: www.marekcssr.blogspot.com

Marek

Belegalkarien pisze...

Czasami musi się coś rozsypać, żeby można było zobaczyć, że i tak było do rozbiórki. A jeśli ktoś nas wyręczył, to nawet chwała mu za to. Żeby zobaczyć, co nie trybi w urządzeniu, trzeba je rozebrać na części. Jak kobitka gotuje obiad i chce zobaczyć co ma na dnie w garczku, to wymiącha chochelką zupe. I tak jest w naszym życiu, że czasem Pan Bóg musi w nim zamieszać i to zdrowo, żebyśmy zobaczyli, co tam jest na dnie, co jest do zmiany, co do naprawy, a czasem, jak w budownictwie - mniejsze będą koszty wyburzenia i budowy od podstaw niż remontu.

Tylko trzeba umieć dać sobie przyzwolenie na doświadczenie słabości, nazwać ją po imieniu, pogodzić się z jej obecnością, bo wtedy łatwiej o renowację. Bo jak wiem, co nie działa, to wiem, co naprawić i szukam pomocy, żeby wiedzieć jak. Trzeba dać się poprowadzić Specjaliście, samemu niewiele się zdziała. Ale musi być wola - wiem co nie gra, nazywam to i zgadzam się na naprawę.

I ja się zgadzam, po raz pierwszy od dłuższego czasu z Ojca wpisem :). Jednak duchowość i psychologia nie muszą się wykluczać, mogą współgrać, a nawet powinny się przenikać. Bo człowiek to jedność...

Serdeczności! :)

Anonimowy pisze...

a swojego artukułu to już nie polecisz Ojcze? :) najnowszy numer "Listu" dostała się w moje ręce właśnie z powodu artykułu o. Chanaki, więc szybko otwrzyłam, żeby przeczytać, zaglądam 3 storny dalej a tu co? o.Pałys :)
i w moim przypadku wywiad z o.Ziółkiem, tekst bp Rysia i o.Chanaki i jak i Ojca to było pierwsze co przeczytałam.

na prawdę, bez podlizywanie się czy coś. wstęp artykułu jest genialny!

Anonimowy pisze...

Dziękuję

M.

Spokojna... pisze...

http://www.list.media.pl/2012/2012/06/zrobmy-cos-szalonego-chodzmy-do-kosciola/

smuda pisze...

kupię :)

Łowieczka pisze...

wzruszyłam się tym artykułem..
myślę, że po to własnie są kryzysy w naszym życiu, aby przyszedł jeden taki moment, który odmieni całkowicie nasze życie..

Ktoś pisze...

W wspomnieniach księdza Rysia odnajduję wiele wspólnego z moim życiorysem. Po wielu latach "przykładnego" życia wszystko się rozsypało - drastyczne poczucie beznadziejności, bezużyteczności, zmarnowanego czasu, negacja Boga ..., rozpaczliwe wołanie w pustkę o pomoc. I jakby przełom, odkrywam, że JA NIC NIE MUSZĘ, po prostu jestem i mam prawo być. Wątpliwości, załamania - ciągle są, ale też coraz częściej pojawia się zaufanie. No i widzę, że nie jestem wyjątkowa w swoim zagubieniu.I tak jest dobrze.

Idę do pracy. Miłego, zapowiadającego się upalnie dnia dnia wszystkich.

LilDup pisze...

cierpliwości - pewnych rzeczy nie da się przyśpieszyć.

Ktoś pisze...

Korekta.
Oczywiście: We wspomnieniach księdza Ziółka ...
I życzę miłego dnia dla wszystkich.

basiek pisze...

No może i się zgodzę z tym że Pan Bóg pozwala na to żeby się coś najpierw rozsypało po to aby zbudować coś bardziej cenniejszego może On ma dla nas czasami inny lepszy plan niż nam się wydaje. Ale są i tacy którzy mimo upadku, niepowodzenia we własnym życiu czy nawet ciężkiej choroby nie mają już wiary że coś się zmieni często odchodzą od Pana Boga niekiedy obwiniając go za wszystko znam i takie przypadki ,dlatego trzeba żyć nadzieją w lepsze jutro i uwierzyć że pan Bóg nas naprawdę kocha i jest przy nas zawsze a takich ludzi trzeba wspierać i naszą obecnością i modlitwą również. Pozdrawiam wszystkich;)

Sanare pisze...

dzięki za ten wpis.
ważny dla mnie - teraz, gdy na przemian chce się krzyczeć ze złości i ryczeć, gdy ma się pretensje do siebie i do Niego, gdy nie potrafię Mu zaufać ani zaakceptować swojego potłuczenia.

emma pisze...

no to chybę kupię ten "List", skoro tyle tam ciekawych rzeczy...
Artykuł o. Chanaki czytałam już - bo znalazłam na deon.pl Rzeczywiście świetny!

Pavel pisze...

Dziękuję Ojcze za ten wpis.
Sam wiele poświęciłem, aby mieć "grzeczne, poukładane życie", a gdy wydawało mi się, że to osiągnąłem doświadczyłem pustki. Potem przyszła rozpacz, którą tłumiłem "rzucając się" w różne aktywności, byle tylko znaleźć potwierdzenie własnej wartości, ideału którym miałem być.
Dlatego rozumiem to, o czym mówi o. Ziółek. Sam niestety nie potrafię jeszcze tak zaufać.

Miłego popołudnia!

seszelka pisze...

Z całym szacunkiem dla Ojca :) ale piorun we mnie trafia gdy słyszę, żę jeśli Bóg coś rozwala to po to aby zbudować coś cenniejszego. Ale co wtedy, kiedy On rozwala coś co było dobre-przynajmniej w moich oczach? Możę zbyt "płytka" jestem ale nie pojmuję tego, wszystko we mnie staje na baczność i kipi buntem! A przecież wierzę, że Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim....

5 lat wołania, modlitwy, psychologów, w stanie podobnym zawieszeniu, w którym żyje się jak dawniej-ale nic nie jest tak jak dawniej- u mnie trwa jakieś 2 lata.

"Ja też mam swoją godność. Nie będę skamlał w nieskończoność".

I co potem?
Bo na samą myśl o czarnej rozpaczy ogarnia mnie jeszcze większa czarna rozpacz.

kris pisze...

Potrzeba wiele odwagi i jakiegoś szaleństwa, by CHCIEĆ się zgubić i też nie liczyć na swoje siły, pomysły, wiedzę, "życiowego farta" itp...To nasze CHCENIE już jest nawróceniem, metanoią, no ale do tego potrzeba odwagi i jakiegoś szaleństwa:)

gryzli pisze...

nie potrzeba "chcieć się zgubić", nie potrzeba szukać cierpienia i krzyża. Prędzej czy później samo przyjdzie.

Anonimowy pisze...

seszelka i dobrze ze sie buntujesz. w teologii katolickiej cierpienie jest tajemnica i nikt nie ma prawa powiedyiec ze zsyla je bog. wielu sobie tlumaczy na rozne sposoby i wprowadza mentlik. niedobrze jak jest to ksiadz. to szersze zagadnienie ktorym zajmuje sie caly dzial teologii wyleciala mi nazwa z pamieci. poszukaj chocby w google + czy bog zsyla cierpienie http://www.google.pl/search?sugexp=chrome,mod=7&sourceid=chrome&ie=UTF-8&q=dzial+teologii+zajmujacy+sie+cierpieniem#hl=pl&sclient=psy-ab&q=czy+bog+zsyla+cierpienie&oq=czy+bog+zsyla+cierpienie&aq=f&aqi=&aql=&gs_l=serp.3...4657.42444.2.43087.78.41.18.0.0.11.1532.155

Anna K. pisze...

Podoba mi się wpis o. Krzysztofa i przeczytanie go przyniosło mi pewną ulgę: cierpienie duchowe może kiedyś skończyć się, wszystko jest możliwe. Dziękuję za ten wpis!

****

Jako że nie mam gdzie wkleić artykułu, o który chcę zapytać, wkleję go tu, jeśli można, choć nie wiąże się chyba z wpisem (a może wiąże?).

Artykuł jest z wczoraj. Chciałabym zapytać co o tym myślicie. Nie żeby wywoływać dyskusję o meritum sprawy (takich dyskusji prowadziłam już mnóstwo, jako rozwódka, i nic to nie dało), natomiast chyba wart odnotowania jest fakt, że księża w Niemczech zorganizowali się i zbierają podpisy, aby coś się zmieniło. Oto fragment artykułu:

"Rozwiedzeni katolicy, którzy chcą ponownie wziąć ślub, w pojęciu Kościoła katolickiego dopuszczają się cudzołóstwa i nie wolno im przystępować do komunii. Księża we Fryburgu sprzeciwiają się temu.
- Nie składałem nigdy przysięgi, że będę posłuszny prawu kanonicznemu, tylko, że będę służył ludziom. Na tym polega duszpasterstwo - zaznacza ksiądz Konrad Irslinger, który z 13 księżmi i diakonami z archidiecezji Fryburg sformułował memorandum krytykujące sposób traktowania przez Kościół ludzi, którzy po raz drugi wstąpili w związki małżeńskie.

Sakrament małżeństwa Kościół katolicki uważa za nierozwiązywalny i katolicy, którzy po rozwodzie zawarli ponownie ślub, są wykluczeni z komunii, ponieważ w pojęciu kościoła katolickiego dopuszczają się cudzołóstwa wobec pierwszego partnera i żyją w ciężkim grzechu.

Apel o nieposłuszeństwo

Ten dogmat Kościoła jest sprzeczny z miłosierdziem, które Kościół dla siebie reklamuje, uważają duszpasterze z Fryburga. Dlatego w internecie zainicjowali akcję zbierania podpisów, do której przyłączyło się już 195 księży z ich archidiecezji. - Składając podpisy, chcemy zademonstrować, że w naszym podejściu do osób, które ponownie wzięły ślub, kierujemy się właśnie miłosierdziem.

Księża zdają sobie sprawę z tego, że łamią prawo kanoniczne. Ale przyznają się do tego, co w kościołach, na coniedzielnych mszach, i tak już weszło w zwyczaj. Tylko oficjalnie ludziom w drugich związkach małżeńskich nie wolno udzielać komunii ani ostatniego namaszczenia czy też ich wyspowiadać. Wielu duchownych to jednak robi, ponieważ uważają, że prawo kanoniczne nie odpowiada duchowi czasu."

Link do całego artykułu:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,11977463,Niemcy__Niepokorni_ksieza_domagaja_sie_reform.html

Anna K. pisze...

Jeszcze dodam, że choć zgłębiałam temat, to nie wiedziałam, że jak ktoś mnie, porzuconą, pokocha i będziemy razem, to nie tylko zabroniona będzie mi komunia święta i spowiedź, ale też i ostatnie namaszczenie, gdybym znalazła się w zagrożeniu życia lub faktycznie była umierająca. Tak samo będzie to zabronione temu mężczyźnie, który by mnie pokochał i dzielił ze mną życie, choć wiążąc się ze mną mógłby być kawalerem lub wdowcem.

Ten zakaz ostatniego namaszczenia dopiero teraz do mnie dotarł.

Jest to dla mnie dość straszne, zważywszy na fakt, że bardzo walczyłam o swoje małżeństwo, choć była w nim patologia, ale jednak mąż mnie i tak nie chciał, ma teraz nową rodzinę i nie zamierza do mnie wrócić. Małżeństwo nasze uważam za zawarte w sposób ważny i wszelkie "stwierdzanie nieważności", według mnie, byłoby tu gwałtem na sumieniu i fałszem.

I teraz, gdyby właśnie ktoś związał się ze mną, to byśmy nie tylko nie mogli przyjmować komunii św., ale nawet ostatniego namaszczenia dla osoby umierającej.

Nie dziwię się, że księża nie wytrzymali życia w takim rozdwojeniu pomiędzy tym, co im mówi sumienie, a tym, co mówi litera prawa. Mnie ten artykuł dał dużo nadziei, że może coś się zmieni.

Taxi pisze...

Bóg to nie tylko sakramenty - w czym problem? Jeśli sumienie mówi ci inaczej, idź za sumieniem. Zadręczysz się dziewczyno.

Anna K. pisze...

@Taxi - łatwo powiedzieć. Dla mnie Eucharystia jest czymś bardzo ważnym, przemienia mnie, daje mi siłę do życia, po prostu nie potrafiłabym bez niej żyć (a perspektywa, że miałabym umierać i nie otrzymać ostatniego namaszczenia i komunii św. też nie jest fajna).

Z drugiej strony, do samotności nie mam absolutnie powołania. Przeczytałam zresztą na dominikanie.pl, że "nie istnieje powołanie do samotności, tak jak nie istnieje powołanie do kalectwa - można co najwyżej pogodzić się z czymś, na co nie mamy wpływu i jakoś z tym żyć". Zgadzam się z tym. Dodam jeszcze, że o ile kalectwo jest czymś (z reguły) nieodwracalnym i nic człowiekowi nie pozostaje, jak pogodzić się z nim i jakoś żyć, o tyle samotność młodej i zdrowej kobiety niekoniecznie jest czymś nieodwracalnym! Żyje ona wiedząc, że może gdyby otworzyła się, to mogłaby - tak jak inni - być szczęśliwa dzieląc z kimś życie, mając nawet nową rodzinę, nowe dzieci. Moje dzieci aktualnie są dorosłe i odchodzą z domu, więc wiem, co mówię. A że miałam je wcześnie, to jestem wciąż (uważam) młoda i konfrontuję się z samotnością.

O. Krzysztof pisze nieraz o szczęśliwym życiu w zakonie. Moim zdaniem, nie jest to jednak życie samotne. Jest to życie bezżenne, owszem, ale życie w strukturze. Nie ma zmartwień o byt, są wokół ludzie, z którymi DZIELI SIĘ ŻYCIE. Nie da się porównać takiego życia, na przykład z moim, kiedy jedno dziecko dorosłe wyprowadziło się, drugie często wyjeżdża, a też "wyfrunie z gniazda" na stałe i ja na przykład jestem wtedy kompletnie sama w domu. Taka perspektywa "na życie" jest dla mnie po prostu czymś strasznym, czymś co czuję, że mnie po prostu zabije. Dlatego, jak wspominałam pod innymi wpisami, ostatnio modlę się do Boga o dobrego nowego męża. Wierzę, że zostanę wysłuchana.

Mam nadzieję, że równolegle też księża tacy jak ci we Fryburgu doprowadzą do zmiany tej okrutnej mentalności Kościoła w sprawie rozwiedzionych.

Myślę, że tematyka artykułu, który wkleilam wiąże się jednak z wpisem o. Krzysztofa. Artykuł też mówi o cierpieniach duchowych księży. Mówi o miłosierdziu. Mówi o rozwiedzionych, których pokochał drugi człowiek ("Pewien zaś Samarytanin...") i o tym, że oni cierpią bez Eucharystii, a księża z Fryburga z kolei dla nich są tym Samarytaninem, podczas gdy "przechodził kapłan i minął cierpiącego człowieka obojętnie" (jak w Ewangelii o miłosiernym Samarytaninie). Dla tych rozwiedzionych "Pewien zaś Samarytanin", to właśnie ci księża, a Watykan, to ten, kto przechodzi obojętnie.

Uważam, że Jezus tę przypowieść opowiedział po coś, a nie sobie a muzom.

Anonimowy pisze...

Dzięki Ojcze że jesteś i piszesz.

Anonimowy pisze...

Jeżeli coś, cokolwiek dokonuje się w trybie - apel o nieposłuszeństwo kościołowi (wiem że łamiemy prawo kanoniczne ale ...)to wydaje mi się, że należałoby przed tym przestrzec a nie wspierać.

Anna K. pisze...

@Anonimowy - łatwo jest tak mówić nie będąc ani księdzem zmuszanym niewinnym umierającym ludziom odmawiać ostatniego namaszczenia ani też nie będąc osobą poranioną, zdradzoną i odrzuconą przez najbliższego człowieka, którą ktoś potem na nowo pokochał i dał szansę na realizację jej życiowego powołania, ale przez to została odarta z godności Dziecka Bożego, bo odebrano jej wszelkie sakramenty, choć niczego złego nie zrobiła.

Ewangelia pokazuje, że Jezus, kiedy chodził po ziemi, kochał właśnie takich porzuconych, poranionych i pogubionych ludzi (w tym też takich, co zdradzili kogoś, a czasu nie cofną, żałują tego, co zrobili, ale życie idzie do przodu przecież i nie mogą być tym, kim byli kiedyś, więc niech żyją najlepiej jak potrafią), a jeżeli komukolwiek Jezus okazywał dezaprobatę to tylko ludziom "zbyt pobożnym" (faryzeuszom), którzy ze Słowa Bożego, będącego przekazem MIŁOŚCI Boga do ludzi, zrobili po prostu listę przepisów i bezdusznie je egzekwowali, a nie dostrzegali w tym człowieka.

Uważam, że księża z Fryburga rozumieją dobrze Ewangelię.

"Śmiesznie" będzie, jak kiedyś to okrutne prawo o zakazie Eucharystii zostanie zmienione i ci, którzy teraz postulują: "nie dawać Eucharystii" nagle zaczną powtarzać, jakby nigdy nic, że "przecież Jezus chce udzielać siebie wszystkim ludziom, to oczywiste, że i rozwiedzionym w nowych związkach, papież słusznie zrobił, że zniósł ten zakaz" i nie będą, być może, pamiętali co wcześniej pisali takiej jednej Annie K. na blogu, jak wkleiła linka.

o. Krzysztof pisze...

Aniu K: żaden ksiądz nie odmówi sakramentu namaszczenia chorych, nawet jeśli jest to osoba żyjąca w związku niesakramentalnym!

basiek pisze...

Aniu K jeżeli piszesz że Eucharystia jest dla Ciebie bardzo ważna i nie potrafiłabyś żyć bez przyjmowania Komunii Św.to spróbuj żyć w pojedynkę godząc się z własnym losem masz przecież jeszcze dzieci i masz dla kogo żyć.Przecież ludzie samotni tez są na tym świecie jedni może z wyboru a drudzy bo tak im się życie ułożyło czy są gorsi od tych którzy żyją w małżeństwie chyba nie ,tylko trzeba się modlić o siły dla siebie by się w tobie wszystko uspokoiło.Oczywiście to Twój wybór jak zechcesz żyć i życzę Ci tego właściwego.

Anna K. pisze...

@ o. Krzysztof - bardzo dziękuję za te krzepiące słowa, bardzo mnie uspokoiły. Cieszę się, że księża tak myślą. Tak przecież powinno być, że przy ostatnim namaszczeniu nie patrzy się na to jak ten człowiek żył, tylko patrzy się czy żałuje za grzechy (te, które mu wyrzuca sumienie) i przygotowuje się go na ostatnią podróż.

@ Basiek - dziękuję za ciepły wpis. Jeśli chodzi o meritum, to moje dzieci są już dorosłe, z dowodami osobistymi, od dawna żyją swoim życiem (kto ma dzieci wchodzące w dorosłość, bardzo towarzyskie i mające wiele zainteresowań, ten wie jak to jest). Niedawno starsze dziecko (20 lat) wyprowadziło się, a młodszego (18 lat) więcej nie ma w domu, niż jest. Wiem, że na tę chwilę moim zadaniem rodzicielskim jest "pozwolić im odejść" i to właśnie robię (będąc serdeczna dla nich, ale godząc się na to, że jest to czas, kiedy "opuszczają gniazdo").

Żyję w pojedynkę już 8 lat i niestety (albo stety) tak już mam, tak jestem stworzona, że jest to życie w poczuciu straszliwego braku i straszliwego bycia "nie sobą". Jak dzieci były młodsze, było łatwiej, z biegiem lat jest coraz trudniej. Po prostu "ten typ tak ma" i nic na to nie poradzę, że serce bije mi żywiej jak patrzę na rodziny, pary, jak oglądam zdjęcia znajomych, którzy mają rodziny itp. No i to co w sercu, też mówi mi, że tak jestem stworzona, bo jest we mnie wielka tęsknota za związkiem.

Ktoś mógłby powiedzieć, że "jaki problem, idź sobie kogoś znajdź". No właśnie, nie wiem o co ze mną chodzi czy o to, że znalezienie kogoś jest synonimem "pożegnania z Eucharystią" czy może coś innego mnie blokuje (może te zranienia z małżeństwa gdzieś tkwią głęboko i jest strach przed otwarciem się na związek - pewnie tak, bo było dużo nadużyć). Tak czy inaczej, ostatnio modlę się już otwarcie do Boga o dobrego męża dla mnie. Zapisałam się też znów do psychologa, żeby porozmawiać o tych zranieniach, które mimo wcześniejszej terapii może nie do końca zostały wyleczone. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Co do mojej względnej "młodości", to jestem w wieku np. Justyny Steczkowskiej albo Kingi Rusin (żeby wymienić jakieś rozpoznawalne osoby). Myślę, że jak patrzycie na to, że są szczęśliwe z mężczyzną, to nie macie jakiegoś dysonansu i nie dziwicie się, że "w tym wieku, a one są z mężczyzną"? A przecież i starsze od nich kobiety mają prawo być szczęśliwe i znajdują kogoś na resztę życia i te przykłady też widać. Ja dbam o siebie i myślę, że (mimo dużo słabszych finansów niż mają te celebrytki) aż tak od nich nie odbiegam wyglądem.

Tak więc wierzę, że Jezus też na to patrzy w ten sposób. Widzi moje serce, predyspozycje, widzi, że nikogo nie skrzywdziłam i nie chcę skrzywdzić, że związać się chciałabym tylko z osobą wolną i wierzę, że rację mają ci księża z Fryburga prosząc za tymi, którym odmawia się Eucharystii.

Na tym już może zakończę. Niech to będzie po prostu moje świadectwo związane z tematem wpisu.

Pozdrawiam wszystkich!
PS. Książkę "Ludzie 8 dnia" już kończę i jest rewelacyjna. :)

Kasia Sz. pisze...

@Anna K. - To co mi się nie podoba w Twoich wpisach to pewien rodzaj egoizmu. Wiele osób cierpi na samotność i szuka partnera, a Ty piszesz elaboraty na każdym forum w formie pretensji jakby to ludzie z zewnątrz byli winni, że Ty z tego czy innego powodu nie masz partnera a do związku jesteś stworzona. Nie tylko Ty jesteś stworzona do związku i nie tylko Ty cierpisz na samotność.

Jeżeli masz problemy natury psychologicznej to po prostu idź do psychologa a nie zamęczaj ludzi w internecie.

Kasia Sz. pisze...

Jeszcze nie podoba mi się w Twoich wpisach taki brak skromności na temat swoich walorów. Można je podkreślać dyskretniej albo dowcipniej, ale nie aż tak - że tak powiem - explicite czyli dobitnie.

Miłego week-endu dla Ojca i Czytelników.

Ktoś pisze...

@Anna K. - nie mogłabyś żyć bez Eucharystii, tęsknisz za związkiem. Jeśli w tym momencie nie masz faceta i możesz korzystać z sakramentów, to po co martwisz się na zapas? Też myślę, że takie traktowanie osób jest nie fair, bo dlaczego mam być ukarana, jeśli nie zrobiłam nic złego... Ale... Co poradzisz? To też tak jak z duchownym, który się zakocha. Też nie robi nic "złego". Przecież kocha i kobietę i może swoje dziecko i Boga, co złego jest w miłości? Jednak uczciwiej jest jeśli wybierze tylko jedno. I też może mieć "pretensje" po co celibat, przecież ja kocham. I pewnie też cierpi rezygnując z czegoś. Fajnie byłoby mieć wszystko razem. Ale dopóki to się nie zmieni, sorry, trzeba wybierać.
A co do samotności to wpisów było już mnóstwo. Jest takie powiedzenie "nie płacz, że coś się skończyło, ale ciesz się, że ci się to przydarzyło". Miałaś męża, pewnie przez jakiś czas byłaś najszczęśliwsza na świecie, masz dzieci, będziesz kiedyś mieć wnuki, masz i będziesz mieć się z czego cieszyć, pomyśl, że są też osoby, które nigdy nie były tak kochane, nie były w związku, nie mają i nie mogą mieć dzieci... I wiesz, też tęsknią za uczuciem. Zamienisz się?

Anonimowy pisze...

Dołączam się do tych ostatnich głosów. Od wielu miesięcy odwiedzam najbliższą mi osobę walczącą o życie na oddziale neurochirurgii. Obserwuję jak niewyobrażalnie wiele ludzie potrafią wycierpieć heroicznie i z najwyższą godnością. Anno K - zachęcam Cię do dosrzeżenia jak szczęśliwą osobą jesteś.

Anna K. pisze...

@ Kasia Sz. - chyba nie zrozumiałaś moich wpisów (myślę, że odnosisz się również do wpisów z dominikanie.pl) - ja ZAWSZE piszę mając na uwadze miliony ludzi odsuniętych od Eucharystii i za nimi się wstawiam wskazując na wielkie zło występujące aktualnie w Kościele. A to, że piszę ilustrując to swoim przykładem, to dlatego, żeby pokazać problem od strony żywej osoby, a nie tylko teoretycznie (żeby nikt nie mówił, że krytykuję Kościół, tylko żeby czytający wiedzieli, że problem jest konkretny i prawdziwy).

Nie mam problemów natury psychologicznej - jeśli już, to takie jak każdy z nas. :)

Walorów nie podkreślam dla podkreślania, tylko piszę szczerze jak jest (nie wiem po co mam pisać dowcipnie, skoro piszę poważnie), aby pokazać pewną daremność argumentu "przecież można być samemu do końca życia, pogodzić się z tym, co za problem". Myślę, że pogodzić się np. z kalectwem (skoro i tak nie da się go zmienić) to jedno, a pogodzić się z samotnością do końca życia w przypadku osoby młodej i zdrowej, której nic nie brakuje ani z urody ani z potencjału do bycia w związku, to zupełnie inna rzecz. Pokazuję jak okrutne jest ze strony Kościoła to, że takimi ludźmi porzuconymi kompletnie się nie przejmuje i lekką ręką skazuje ich na samotność do końca życia pod groźbą utraty sakramentów. Jak to dobrze, że choć księża z Fryburga przejęli się tymi ludźmi.

Napisałam swój wpis, bo natrafiłam na ten krzepiący artykuł o księżach proszących papieża o łaskę dla rozwiedzionych i akurat pasował on do wpisu o. Krzysztofa. Wpis jest właśnie o tym, żeby mieć otuchę, że może być lepiej, że czas smutku, bycia we mgle czy w ciemności może kiedyś skończyć się, i że Bóg może odmienić czyjś los. Wpis przypomniał też piękna Ewangelię o dobrym Samarytaninie, o tym, że czasem drugi człowiek jest potrzebny, aby drugiego uleczyć.

Teraz czekam na dobrego Samarytanina w moim życiu i wierzę, że Bóg mi go ześle. Myślę, że jest OK podzielić się tym świadectwem - a propos zaproponowanego na blogu tematu.

@ Anonimowy - ja jestem szczęśliwa pod innymi względami, codziennie dziękuję Bogu za zdrowie, za pracę i za inne dobre rzeczy. Co nie zmienia faktu, że jest mi smutno jak zostaję sama na wiele dni, widzę jak dzieci odchodzą z domu i mają swoje życie (taka kolej rzeczy, rozumiem), a tymczasem mój były mąż z moją następczynią czekają na poród ich pierwszego dziecka i są szczęśliwi i co ja poradzę, że też bym chciała przeżywać to, co przeżywają oni, jak cieszą się, że zaczyna się dla nich nowy rozdział, mają siebie, mają to malutkie dziecko, które się niedługo urodzi.

Wierzę, że mnie też spotka taki nowy rozdział, i że Bóg będzie temu sprzyjał, a Kościół kiedyś zmieni to okrutne prawo i będę mogła przyjmować Eucharystię na mszy z moim nowym mężem i naszym dzieckiem.

Pozdrawiam.

Anna K. pisze...

@ Ktoś - przykład z duchownym jest jednak inny niż mój przypadek. Osoba duchowna wybrała takie powołanie i je realizuje. Celibat jest jej wyborem. Moim nie jest i ja nie mam powołania do samotności i do celibatu! Nigdy nie ślubowałam czegoś takiego.

Poza tym, jak duchowny zakocha się, to może odejść ze stanu kapłańskiego, a potem normalnie przyjmować Eucharystię (po 5 letnim okresie "kary"), może wziąć ślub kościelny i mając żonę mieć jednocześnie wszystkie sakramenty do końca życia!!!

Niestety Kościół co innego przewiduje dla duchownych, a co innego dla świeckich. Osoba świecka z automatu nie może przyjmować sakramentów, a ksiądz rzucający kapłaństwo tylko 5 lat, a potem już może do woli.

Tak nie uczył Jezus, to wymyślili po prostu ludzie (biskupi).

A druga różnica między mną a duchownymi jest taka, że ich nie porzuca "druga strona przymierza" czyli Jezus. Oni sami odchodzą.

Ja chciałam dopełnić tego, co przysięgałam i dopełniłam, a po prostu mąż mnie porzucił, a nie ja jego.

Tak więc to jest skomplikowane, ale uważam, że wszystko rozwiązałby właśnie taki przepis: "Komunia św. dla wszystkich", niech w swoim sumieniu każdy przeprosi Boga za to co zrobił i dalej już żyje jak najlepiej potrafi, niech łączy się z Jezusem w Komunii św., bo życie trwa i na to życie każdy potrzebuje wzmocnienia, Eucharystii.

Może i czegoś takiego doczekamy kiedyś, że takie prawo właśnie będzie w Kościele.

Anna K. pisze...

Na tym już może zakończę ten temat. Rozumiem, że niektórzy są nim zdenerwowani, a inni czują się bezradni i faktycznie nie ma co odpisać, bo jest jak jest, teraz przepisy są jakie są w Kościele i cóż poradzić.

Wierzę po prostu, że Kościół też zmienia się, i że może doczekamy zmiany tego prawa. Ci niemieccy księża są tego jakąś jaskółką (choć wcześniej też były takie głosy pojedynczych kapłanów). Tym razem jednak jakoś zjednoczyli się, co jest, uważam, obiecujące.

Pozdrawiam!

asiaa pisze...

@Anno - może czas pogodzić się, że nie można mieć wszystkiego. To do Ciebie należy wybór Bóg, albo nowy facet.
Na prawdę męczą mnie Twoje wpisy. Nie wiem czego oczekujesz, przyzwolenia, poparcia? To nie to miejsce.

Kasia Sz. pisze...

Zrozumiałam Twoje wpisy. Dla mnie jesteś męcząca i egoistyczna i dość nachalna. Niespecjalnie mnie przekonuje, że walczysz dla innych ludzi abstrahując już od problemu Eucharystii.

Naprawdę ludzie mają problemy i stresy większego kalibru. I muszą borykać się sami. Mnie Twoja postać nie przekonuje ze względu na nachalność, namolność, brak wyczucia. Pozdrawiam.

Ktoś pisze...

@Anna K. - nie wiem jak jest z dyspensą u księży, podobno nie dostają jej "z automatu", ale są też tacy, którzy po prostu odchodzą nie starając się o nią.
Ty też składałaś śluby: "i że cię nie opuszczę o do śmierci", podobno to właśnie powoduje, że nawet jak jedna strona jest winna i odejdzie, to ze ślubu obydwojga nie zwalnia. Jak pisałam wiem, że to nie fair. Ale tak jest. I tyle. Trochę niebezpiecznie modlić się o męża ;) Może lepiej o szczęśliwe życie? A Bóg będzie wiedział co dla Ciebie najlepsze? A co jak zostaniesz wysłuchana i spotkasz super kandydata na męża? To co zrobisz? Wybierzesz jego czy Eucharystię? Przecież dalej Twój dylemat zostanie.
Ale wiesz co, tez kończę temat i na serio życzę Ci jak najlepszego rozwiązania Twoich problemów :)

wróbelka pisze...

@Anno K. - Mnie też nie przekonujesz, przyjmujesz swój punkt widzenia jako prawdę, a ona jest od niego daleka. Obudź się, bo idziesz donikąd.

Anna K. pisze...

@ Wszyscy - właśnie clou całego problemu to jest ten wybór, o którym któraś z piszących tu powyżej osób napisała: "To do Ciebie należy wybór Bóg, albo nowy facet."

Uważam, że tak nie wolno stawiać sprawy, a Kościół tak stawia. Moim zdaniem to jest sprzeczne z Ewangelią.

Co do mojej egoistyczności i nachalności itp., to na "Światłach Miasta" akurat bardzo mało pisałam o moim problemie (sprawdźcie sami. :) ). A jeśli nawet pisałabym dużo, to uważam, formuła tego bloga "Światła Miasta" jest właśnie taka, że miałabym tu prawo pisać nawet dużo. Podobnie jak Wy. :)))

Napisałam powyżej, że rozumiem, że nie chcecie, więc OK. A inicjatywa księży z Niemiec uważam, że jest warta odnotowania i praktycznie tylko o niej chciałam napisać pod tym wpisem o. Krzysztofa, bo wiąże się z tematem. To zrobiłam i temat już zostawiam, więc do mnie już nie piszcie.

Jeżeli chodzi o przysięgę małżeńską, to ja przysięgałam: "miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci". Wszystko z tego wykonałam, natomiast niestety nie mogę realizować tej części przysięgi, która mówi, że męża nie opuszczę aż do śmierci w dosłownym sensie, bo musiałabym wprowadzić się do ich domu i do ich łóżka, a na to mi przypuszczam nie pozwolą. Natomiast mogę realizować ją w przenośni i jak mąż będzie czegoś potrzebował, to może mnie wezwać i przyjadę, pomogę, w dobrej i złej woli itp. Zresztą pomagamy sobie w jakimś tam zakresie. Dlatego również jest to takie trudne, bo ciągle go widuję. Nie zamierzam go opuścić jako człowieka, ale nie mogę realizować tej części przysięgi, która nie zależy ode mnie. Po prostu wiem, że jak przyjadę z walizkami pod jego drzwi, to mnie wyrzuci albo wezwie policję. :(

Sakrament małżeństwa jest jedynym sakramentem, którego nie udziela ksiądz, ale udzielają go sobie wzajemnie małżonkowie. I niestety ja nie mogę wykonywać przysięgi gwałcąc wolę tej drugiej osoby. To jest logiczne. A nie można powiedzieć, że "przecież jestem mężatką", bo skoro tak, to dlaczego od 8 lat mąż jakoś do mnie nie wraca z pracy, nie zasypia koło mnie i nie budzi się koło mnie. Ludzie, którzy mówią, że osoba samotna jest nadal mężatką - są po prostu okrutni.

Nikogo nie chcę przecież przekonywać. Piszę (już teraz, bo na dominikanie.pl pisałam z autentyczną prośbą o naświetlenie problemu przez duchownych, teraz już nie) raczej dla odnotowania, że coś się zmienia w Kościele, że Duch Św. działa, i że - tak jak w dawnych czasach reformowano Kościół (np. pod wpływem św. Franciszka czy św. Katarzyny ze Sieny) - tak samo może i teraz, w naszych czasach, Kościół też zostanie zreformowany.

Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy dobrze mi życzą - rozwiązania problemów, szczęścia i w ogóle. Ja też Wam życzę wszystkiego dobrego!

A te wizje o nowym mężu snuję, bo wydaje mi się, że chyba aby coś się spełniło, to trzeba mieć jakąś nadzieję i sobie to wyobrazić, bo inaczej jak to ma się spełnić? Bycie w zawieszeniu też już mnie zmęczyło, tak jak Was moje wpisy. :)

A więc na tym kończę i pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

W charakterze trampoliny do innych myśli, jeśli wolno.
O tyle w temacie że dobrze jest otrząsnąć się z siebie i popatrzeć jakie cuda i jakie rany mogą zawierać się w krótkich życiorysach. Opowiedziane raczej tkliwie niż brutalnie. Powieść Ludmiły Ulickiej "Daniel Stein, tłumacz". Jest trochę taka jakby ktoś brał w dłonie i unosząc pokazywał coś niesłychanie delikatnego, czym jest człowieczeństwo, czułość, wiara, bycie lub nie Żydem albo wyznawcą judaizmu.

Pozdrawiam Wszystkich ciepło.

Sanare pisze...

Aniu K. - Kościół nie ma władzy zmieniać słów Jezusa o nierozerwalności małżeństwa. Nie wymyślili tego biskupi ani Watykan. "Reformy" więc się nie spodziewaj (reformuje się to, co zepsute - czy słowa Jezusa uległy "zepsuciu"?). Twoje przeciwstawianie: wiara i sumienie kontra Kościół uważam za wysoce niebezpieczne i po prostu smutne.

Komunia Św. nie jest do przyjmowania "bo ja tak chcę". Przecież "to nie ty przemienisz Mnie w siebie, tylko Ja przemienię ciebie w Siebie", czyli: zaufaj mojej nauce, nie kombinuj. Jeśli Komunia Św. przestaje być rozumiana jako pokarm dla tych, którzy chcą być w pełni zjednoczeni z Bogiem, staje się niczym zwyczajny, powszedni posiłek. Bóg mówi o tym, że czasami lepiej Eucharystii nie przyjmować, bo "kto spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije".

Porzucenie przez męża nie zwalnia z przysięgi małżeńskiej, choćbyś interpretowała te słowa na 100 różnych, wygodnych dla Ciebie sposobów. Pisma Św. nie wolno interpretować dowolnie, bez patrzenia na całość Biblii i Tradycji Kościoła (patrz twoja interpretacja przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, która mnie po prostu rozbroiła, niestety w wymiarze negatywnym). Wiara nie polega na tym, że stawiamy sobie nisko poprzeczkę żeby było nam wygodnie, że obniżamy ją kiedy będzie taka potrzeba. Może wkrótce całkowicie ją usuniemy? Przecież nie o to tu chodzi. "Albo żyjesz tak jak wierzysz, albo wierzysz tak jak żyjesz".

Bardzo Ci współczuję. Ale przestań patrzeć na swoją sytuację wyłącznie jak na problem. Zacznij patrzeć jak na dar, jak na wyzwanie. Pamiętaj też, że odpowiedź na trudne pytania nie przyjdzie od razu.

Pozdrawiam serdecznie! :)

Dor pisze...

Ojcze,że tak zapytam,może dzięki temu rozmowa przetoczy się na moment na inny tor,bo mam podobnie jak niektórzy powyżej..JAKA WYPRAWA W TYM ROKU???czy jest szansa na kolejną podróż autostopem?!!!

Anonimowy pisze...

@ o.Krzysztof
Niech Cię Ojcze świat przytuli. Ciepłem, światłem, kolorem liści i uśmiechami bliskich.

o. Krzysztof pisze...

będzie podróż, będzie :)

Sanare pisze...

ooo, to może będzie też nowa książka :D

nikt pisze...

I nowy konkurs ;)

Dor pisze...

wybornie!

o. Krzysztof pisze...

To ja lepię zamilknę...

O_N_A pisze...

Swojego przyjaciela Ojciec pochwalił, że napisał świetny tekst w "Liści". Ale, że Ojciec sam napisał fajny artykuł, to już Ojciec nie raczył wspomnieć ;)

Anonimowy pisze...

Nie, no to jest moja kwestia ...
Moja ci jest, najwłaśniejsza, bo na miejscu zwykle niestety.
A konkurs może by tak z rysunkamy? Narysuj Lwa.Albo narysuj co cię gryzie.Dwa w jednym. Terapia i szansa na sukces.
Bo taki - zgadnij dokąd Ojciec pojedzie to odpada, będziemy sobie pluli w brody jak poddamy dziką myśl, a Ojcu zdaje się nietrudno.

No, na prawo do kwestii to trzeba sobie zapracować.

Anonimowy pisze...

Ale tak naprawdę to chętniej podrzucę czekoladki żeby się Ojciec podtuczył, osiadł i nie oddalał.
Kumanów na miejscu jest pod dostatkiem. Nie ma co biegać, a koniec świata to któreś z nas tu ma co chwila. I wystarczy.

Anna K. pisze...

@ Sanare - żadne słowa Jezusa, które są zapisane w Ewangelii nie mówią o tym, że Jezus chce, aby odmawiać Eucharystii jakimkolwiek ludziom. Słowa "kto przyjmuje porzuconą..." nie mówią nic o Eucharystii, spowiedzi, ani o namaszczeniu chorych, a ponadto te słowa odnoszą się nie do "przyjmowania porzuconej" w dzisiejszym sensie, tylko do handlu ludźmi, który Żydzi uprawiali w czasach Jezusa pod płaszczykiem przestrzegania prawa Mojżeszowego: mianowicie jeden oddalał żonę, która mu się znudziła, zgodnie z prawem Mojżeszowym, a drugi ją "przyjmował" płacąc temu pierwszemu pieniądze i omijając tym samym procedurę poślubiania dziewicy, która to procedura trwała ponad rok i była skomplikowana i kosztowna, wymagała mianowicie prezentów, swatek, różnych zabiegów formalnych oraz - co najważniejsze - rocznej abstynencji, bo narzeczeni musieli rok mieszkać osobno. Jezus przypomina tu, że jak mąż poślubia żonę, to powinien z nią być, a nie sprzedawać jej, jak mu się znudziła i mówi, że ten kto za pieniądze wykupuje żonę od drugiego mężczyzny, niby "przyjmując porzuconą" - popełnia cudzołóstwo.

Kto nie wierzy, że taki był proceder, i że o tym właśnie mówił Jezus - niech zapyta dobrego biblistę. W tamtych czasach mąż mógł oddalić żonę pod byle pretekstem, na przykład, z takiego powodu, że "znalazł w niej coś odrażającego". Dawał jej list rozwodowy i cześć. A że kobiety wychodziły wtedy za mąż jako kilkunastoletnie dziewczyny, to taka żona, którą mąż się znudził mogła nadal być młoda i ładna. Oddalona żona nie miała szans na przeżycie, więc ten, co ją wykupił sobie (niby: wielce szlachetnie "przyjął porzuconą") zapewniał jej byt, więc kobieta była w szachu i w ogóle kobiety w tamtych realiach traktowane były jak przedmioty.

Faryzeusze wiedząc, że Jezus jest dobry, chcieli wystawić Go na próbę i właśnie specjalnie Go zapytali co sądzi o tym procederze. I Jezus powiedział sądzi o tym procederze, koniec kropka. Nie mówił nic o odmawianiu komukolwiek Eucharystii, ani o sytuacji takiej jak moja. Powiedział, że prawo o oddaleniu żony jest "z uwagi na zatwardziałość serc waszych", ale że to nie podoba się Bogu, bo Bóg stworzył inaczej ludzi, żeby byli razem.

Zgadzam się z Nim i Jezus, jakiego znam, ująłby się także i za mną i podobnymi do mnie ludźmi, bo co On może też poradzić na to, że ktoś ma wolną wolę i może drugą osobę porzucić. Jezus na pewno nie skazywałby nikogo na samotność tylko dlatego, że ktoś go nie chciał. To jest oczywiste i to aż krzyczy z Ewangelii.

To jeszcze chciałam dodać, przez wzgląd na osoby, które nie piszą, a czytają tego bloga i te wpisy. Nigdy za wiele wyjaśniania tego, jaki jest Jezus.

Jezus stanąłby w mojej obronie, więc ja teraz staję w Jego obronie i mówię, że to nie Jezus wymyślił takie okrutne prawo, ale ludzie.

Jeżeli ktoś jest przekonany, że to Jezus wymyślił takie okrutne prawo, to niech napisze jak to w sobie godzi, że Jezus jest jednocześnie taki, jak w Ewangelii, dobry, a jednocześnie okrutny i wymyślający takie prawo.

Próbując napisać o tym na pewno ten ktoś zauważy, że to jest na maksa niespójne, i że nie da się pogodzić Jezusa z Ewangelii z Jezusem-formalistą. Nikomu to się nie udało, bo to jest po prostu niemożliwe. Dlatego biskupi wolą na ten temat milczeć i nie wyjaśniać ludziom jak oni to w sobie godzą.

Jeśli chodzi o mnie, to samotność jako dar, owszem, ale dar przejściowy. Jestem przekonana, że nikt nie jest stworzony do samotności i ja nie jestem tu wyjątkiem.

Czytając "Ludzi 8 dnia" (skończyłam, bardzo fajnie się czytało) też miałam taką refleksję, że ta wyprawa ojców była w dwie osoby, i że można ją podsumować: "Razem łatwiej". Tak samo jest w życiu. Drugi człowiek w drodze jest potrzebny. Jezus by nie skazywał nikogo na samotność, jestem tego pewna.

Na tym już naprawdę EOT.

Pozdrawiam wszystkich.

Sanare pisze...

@Anno K. - z przykrością stwierdzam, że to co piszesz jest oszustwem intelektualnym. Interpretujesz Biblię po swojemu, dla własnej wygody, cytujesz jedynie te cytaty, które chcesz znać. Piszesz: "Powiedział, że prawo o oddaleniu żony jest "z uwagi na zatwardziałość serc waszych", ale że to nie podoba się Bogu, bo Bóg stworzył inaczej ludzi, żeby byli razem". Otóż Chrystus mówi wyraźnie w tym miejscu o mężu i żonie, nie tak po prostu o ludziach, którzy jeśli się kochają, mogą być razem. O tym, jak wspólnota pierwotna interpretowała nierozerwalność małżeństwa można też przeczytać w listach św. Pawła i dziełach tzw. ojców apostolskich, np. "Pasterz" Hermasa. Warto zerknąć: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/szukajacym_drogi/rozwod.html.

Piszesz też: "żadne słowa Jezusa, które są zapisane w Ewangelii nie mówią o tym, że Jezus chce, aby odmawiać Eucharystii jakimkolwiek ludziom". Otóż Jezus nie mówi też w Ewangelii o tym, czy kobiety mogą sobie robić warkocze, ani nie podaje instrukcji jak należy oddychać - że się tak wyrażę. Jezus nie odmawia Eucharystii, wręcz przeciwnie - powierza się w nasze ręce, jest całkowicie bezbronny. Stawia jednak warunki: "kto niegodnie spożywa...", nie wymienia tu kiedy spożywanie jest niegodne, bo nie chodziło mu o wymienienie wszystkich grzechów, skoro można je wyprowadzić z całokształtu Jego nauki.

Stajesz w obronie Jezusa - przed kim, przed JEGO Kościołem, Jego winnicą? Nieustannie przeciwstawiasz Jezusa Kościołowi. Powtarzam: odstąp od tego, bo w końcu zapędzisz się w kozi róg. Najpierw "wygładzenie" przesłania Jezusa w tym punkcie, wkrótce w następnym. Nawet nie zauważysz kiedy się zawikłasz. Stan Kościoła w Szwajcarii czy Austrii jest nam wszystkim chyba doskonale znany. Wielu duchownych myśli, że gdy upodobni się Kościół do świata i jego zasad, to świątynie się zapełnią. Niestety, popełniają ten sam błąd co liberalizujący protestanci od lat 60. aż po dziś dzień. Okazuje się, że obniżanie poprzeczki, traktowanie wiary jak supermarketu w którym wybieramy tylko to co wygodne i nam pasuje, prowadzi do jeszcze większego kryzysu - bo człowiek zaczyna zauważać, że Kościół nie oferuje mu niczego innego od świata, żadnego sacrum. Więc po co chodzić do kościoła, skoro to samo jest w świecie? O tym, jak podejrzana jest inicjatywa tych księży, świadczy kłamstwo ws. ostatniego namaszczenia - być może celowe, by zmanipulować ludźmi. A być może to już dodatek autorów artykułu, który niestety pochodzi z niezbyt przychylnej katolicyzmowi witryny gazeta.pl.

Mój subiektywizm moim dogmatem - dla mnie to niepojęte. Przepraszam wszystkich za to, że może ten wpis brzmi tak ostro, ale nie mogę milczeć.

Anna K. pisze...

@ Sanare - tak, Jezus powołał się na Księgę Rodzaju. Jeżeli mówił o "kobiecie i mężczyźnie" w znaczeniu "mąż i żona", to ja nie mam z tym problemu i napisałam, że zgadzam się z Nim.

Ja też uważam bowiem, że mąż nie powinien oddalać żony, tylko być z nią do końca życia i być dla niej dobry. Zgadzam się z tym całym sercem. Jednakże, zarówno Jezus, jak i ja wiem, że nie zawsze tak jest, i że ktoś może drugą osobę odrzucić.

Wówczas Jezus tej osoby nie odrzuca i nie skazuje jej na samotność szantażując utratą Eucharystii. Żadnych takich słów Jezusa w Ewangelii nie znajdziesz.

O tym, że ktoś "niegodnie przyjmuje" Eucharystię nie wiem gdzie jest napisane i czy to słowa Jezusa. Jakby co, proszę o namiary u którego Ewangelisty, w którym rozdziale itp. Jezus, jakiego znam z Ewangelii, miałby na myśli niegodne przyjmowanie Eucharystii, jeżeli ktoś by Eucharystię znieważał lub ogólnie kogoś krzywdził i nie żałował. Tymczasem ktoś, kto by mnie pokochał i przyjął - mnie, porzuconą nie w ramach handlu ludźmi, tylko tak jak jest - nie krzywdziłby nikogo i byłby godny przyjmować Eucharystię, tak jak i ja, porzucona.

Co do ostatniego paragrafu Twojego wpisu (Jezus versus Kościół) powiem tak: te przepisy, o których piszę ustanowili ludzie, nie Jezus. To jest po prostu faktem. A jeżeli uważasz, że Jezus, to - tak jak napisałam wyżej - spróbuj (nawet dla siebie) pogodzić Jezusa z Ewangelii z tym formalistą, który niewinnych ludzi skazywałby na utratę sakramentów lub samotność. Akurat w tym wypadku, nie ma - uważam - traktowania wiary jak supermarketu, tylko gołym okiem widać, że jest tu wielka sprzeczność pomiędzy Jezusem z Ewangelii, a prawem ustanowionym przez ludzi (do tego dla ex-księży łagodniejszym, dla świeckich ostrym).

Co do ostatniego namaszczenia to nie jest to kłamstwo, tylko zarówno artykuł, jak i o. Krzysztof miał na myśli (tak zrozumiałam) to, że żaden ksiądz w wypadku umierającej osoby nie będzie patrzył na prawo kanoniczne, tylko zrobi wbrew prawu kanonicznemu i udzieli jej ostatniego namaszczenia, bo tak nakazuje mu sumienie. Przywróciło mi to wiarę w księży, że też są ludźmi, a nie formalistami do granic po prostu bezduszności.

Oczywiście każdy może pozostać przy swoim zdaniu, jednakże chcę raz jeszcze podkreślić, że tu nie chodzi o to, żeby liberalizować reguły, według których działa Kościół tak, żeby były wygodniejsze itp., ale chodzi o to, aby położyć kres po prostu krzywdzeniu milionów ludzi w imię przepisu, który nie jest zgodny z Ewangelią, bo przepis ten jest zaprzeczeniem miłosierdzia i dostrzegania człowieka itp., które są sednem nauczania Jezusa.

Anonimowy pisze...

Jestem osobą samotną (choć nie czuje się samotna)nie wyszłam za mąż nie z wyboru ale tak po prostu nie raz bywa w życiu ale wcale nie czuje się" skazana" jak by to był jakiś wyrok od Pana Boga jest jak jest życie jest piękne i się toczy do przodu dziękuje tylko Bogu że jestem zdrowa i w swoim życiu spotykam tyle ciekawych i wartościowych ludzi.

Kasia Sz. pisze...

@Anna K. - to załóż sobie swój blog i tam wyjaśniaj jaki jest - według Ciebie - Jezus, a nie panosz się na blogu o. Krzysztofa.

Stomatolog pisze...

HEJ! Po co tak ostro? Jednym z atutów tego bloga są dyskusje na poziomie i możliwość wymiany myśli bez wzajemnego obrażania.

Sanare pisze...

Proszę bardzo:
"Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie" (Mt 7,6)
"Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije." (św. Paweł, 1 Kor 11, 29)
Dodam, że Objawienie w Piśmie Św. jest całością, cała Biblia jest natchniona przez Ducha Św.

Twój największy problem polega na tym, że interpretujesz nieprzystępowanie do Komunii jako samotność, co jest bzdurą.

"zarówno Jezus, jak i ja wiem"
"przepisy, o których piszę ustanowili ludzie, nie Jezus. To jest po prostu faktem."
"Akurat w tym wypadku, nie ma - uważam -..."
"Jezus, jakiego znam z Ewangelii, miałby na myśli niegodne przyjmowanie Eucharystii, jeżeli ktoś by Eucharystię znieważał lub ogólnie kogoś krzywdził i nie żałował."
Po co Pismo Święte, po co nauka Ojców i Doktorów Kościoła, po co trwanie w nauce apostolskiej od 2 tys. lat - jest przecież Anna K., która wszystko wam wyjaśni i zinterpretuje. Jeśli będziesz chciała w Biblii udowodnić, że czarne jest białe, to bez trudu to zrobisz, bo zła wola i szukanie argumentów pod z góry założoną tezę (bez nastawienia się na słuchanie Słowa Bożego) zawsze skutkuje.

Powtarzam raz jeszcze: nierozerwalność małżeństwa ustanowił Jezus, nie ludzie. Jeśli ludzie, to wskaż mi dekret konkretnego soboru lub nauczania papieskiego, który wprowadza tą innowacyjną regułę. Kościół nie jest organizacją, która sobie ustala zasady z nudów, tylko wspólnotą w której żyje Duch Św., która w sprawach zasadniczych zbłądzić nie może. A ta nauka trwa od 2 tys. lat. Odrzucenie przez jedną ze stron nie zwalania z wierności!!

Jezus to nie tylko Bóg bliski i współczujący. To także ogień, to dynamit, to ten, który beszta swoich uczniów, mówi do Piotra "idź precz szatanie", wywraca stoły w świątyni, bije kupców rzemieniami i właśnie mówi: "nie dawajcie psom tego co święte". Bardzo konkretny, męski facet, który kocha każdego człowieka, ale nie w wymiarze melancholijnej obecności, ale opieki stawiającej też wymagania, przypominający: "Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie." (Mt 7, 21). Dla mnie nie ma w Nim żadnego formalizmu, i żadnego formalizmu nie widzę w nauce Kościoła. Widzę raczej trwanie w woli Bożej, którą ty uważasz za bagaż nie do uniesienia, za coś nieludzkiego.

"Co do ostatniego namaszczenia to nie jest to kłamstwo, tylko zarówno artykuł, jak i o. Krzysztof miał na myśli (tak zrozumiałam) to, że żaden ksiądz w wypadku umierającej osoby nie będzie patrzył na prawo kanoniczne, tylko zrobi wbrew prawu kanonicznemu i udzieli jej ostatniego namaszczenia, bo tak nakazuje mu sumienie." - jest to kłamstwo. Proszę o wskazanie przepisu prawa kanonicznego.

"chodzi o to, aby położyć kres po prostu krzywdzeniu milionów ludzi w imię przepisu, który nie jest zgodny z Ewangelią, bo przepis ten jest zaprzeczeniem miłosierdzia i dostrzegania człowieka itp., które są sednem nauczania Jezusa." - jak wyżej. Triumf subiektywizmu, wizja miłosierdzia w stylu "ciepłe kluchy". Proponuję dopuścić do Eucharystii także buddystów, aborcjonistów albo czynnych homoseksualistów, przecież mają prawo - jak wszyscy to wszyscy. A gdyby coś było nie tak - Pan Bóg wybaczy, przecież to Jego zawód.

Niezmiennie pozdrawiam ciepło.

Kasia Sz. pisze...

@stomatolog - ta internautka pisze od dwóch lat jedno w kółko i to samo. I robi to namolnie, a jej osobistych dywagacji na temat życia prywatnego nie odbieram jako uogólnienia, ale takiego nachalnego i momentami już niesmacznego wprowadzania w swoje intymne sprawy i odczucia. Myślę, że można mieć już trochę wyczucia, samokrytycyzmu lub zwyczajnie klasy.

Anonimowy pisze...

@ Anna K.
Sanare wyłożył to pięknie i czytelnie.Dodam tylko prośbę o przeczytanie 2 rozdziału 2 Listu św. Piotra.
Rozumiem że za rozwiązanie które przyniosłoby ulgę uciemiężonym "okrutną mentalnością kościoła" uznajesz np. uznanie rozerwalności małżeństwa. Gratulacje. Do coraz powszechniejszego wspólnego życia przed ślubem i praktykowanej antykoncepcji wystarczy jeszcze dodać to i jesteśmy na prostej drodze do szczęścia. Ale przecież grunt to spełnienie prawda? Masz dom, prace którą lubisz, dorosłe dzieci, prawo do Eucharystii. Brakuje mężczyzny.
Nie przyszło ci do głowy,że każdemu z nas zawsze czegoś brakuje, bo coś odebrano, bo z czegoś trzeba zrezygnować? I że w jednym masz rację, to o co warto walczyć to właśnie prawo do Eucharystii. Walczyć z własną głupotą, z własnymi pragnieniami, słabościami a nie z Kościołem.

Komunia to jedność z Kościołem. Z Kościołem pełnym ludzi których potrzeby najwyraźniej traktujesz jako mniej istotne od własnych, mniej bolesne. Kapłan który porzucił kapłaństwo - betka. Kaleka? cóż trzeba tylko zaakceptować to co nieodwracalne, żaden problem. Zakonnik któremu nagle myśl o ojcostwie biologicznym wypala serce? No przecież sam zdecydował, pikuś. tylko wytrwać.

Nie mieć w domu nikogo do kogo można by się odezwać? Naczelne nieszczęście dorosłej kobiety.
(Mam dokładnie tyle samo lat co Ty, mogłabym się podpisać takim samym nickiem i może dlatego dodatkowo coś mi się skręca w środku kiedy czytam co napisałaś. Jestem sama tzn. bez mężczyzny, bo bynajmniej nie oznacza to komfortu życia w samotności. Oznacza natomiast owszem brak kogoś na kogo można liczyć że obroni, że dla niego moje sprawy będą ważniejsze niż innych, brak kochanka. Brak dzieci. Brak własnego domu. Brak kogoś najbliższego komu można by ufać, kochać i szanować). Cenię sobie moje prawo do Eucharystii. Daj Boże żebym go nigdy głupio nie straciła.

Jezus, którego jak mówisz znasz, powtarzał, że kto swojego krzyża nie chce, nie jest Go godzien.
Anka,obudź się.

TomWaits pisze...

Przed laty zamierzałem odejść od żony, miałem już serdecznie dosyć wszystkiego. Jej zdrada, później moja. Wydawało się, że nie ma lepszego wyjścia niż związać się z kobietą, która mnie szanowała, podziwiała, nie oskarżała, dawała poczucie spełnienia. I wówczas usłyszałem od mądrej osoby: "Zdecyduj, wybierasz Boga czy grzech?". Byłem wściekły, miałem poczucie niezrozumienia. Wytrwałem próbując na nowo sklejać to wszystko, choć było cholernie ciężko.

Nie obrażam się na Kościół i dziś uważam, że była to dobra decyzja. Cierpienie jest często konsekwencją naszych wyborów, nie Bożych Przykazań.

Tej wytrwałości Ci Aniu życzę. Niezależnie od tego jak wybierzesz, Bóg nie przestanie Cię kochać. On nie jest uwiązany sakramentami. Próba jednak zaklinania rzeczywistości (ma być po mojemu - świat musi się dostosować) to prosta droga do frustracji i jeszcze większego cierpienia. Modlę się by ci Bóg błogosławił.

Mati pisze...

@ Kasza Sz.: a mnie Anna K. nie przszkadza, raczej pociesza, że nie tylko ja się wyzewnętrzniam i wypisuję bzdury w internecie :) A co do krzywdzenia ludzi, to jednak kładąc na jednej szali pozbawianie ludzi opłatka (niezależnie od tego jak wielkie znaczenie mu się przypisuje) a na drugiej ryk milionów dzieci których rodzice się rozstają to jednak krzywdy wyrządzane przez Kościół są w tym kontekście mizerne.Inna rzecz że na Ostatniej Wieczerzy też nie wszyscy byli tacy cacy. Więc też nie skąd właściwie wziął się ten przepis o godnie/niegodnie? Pozdrawiam wszystkich świętojańsko. :)

Kasia Sz. pisze...

@Mati - ja nie podzielam Twojego zdania, ale Cię bardzo lubię:). Nadal twierdzę, że można mieć trochę wyobraźni i taktu w formułowaniu swoich oczekiwań.

Ale nie będę mieć już z tym problemu, bo się z forami żegnam. Nareszcie. Są wakacje i życie za oknem.

Kasia Sz. pisze...

Aha - za słowo "panoszenie" przepraszam czytelników, bo było rzeczywiście nieeleganckie i nie na poziomie dobrej dyskusji. Natomiast inną treść podtrzymuję.

Życzę Wszystkim miłych wakacji.

wróbelka pisze...

@Sanare - Dzięki!!! Wielki szacun!

Anna K. pisze...

@ Wszyscy:

1. Sanare nie zrozumiał (nie wiem czy udaje czy naprawdę nie rozumie) istoty tego, co napisałam.

Wierzę, że za to o. Krzysztof tę istotę sprawy rozumie, a także inni czytający, a niekoniecznie decydujący się tu pisać i narażać na ataki.

Parę kwestii:
a) Sanare pisze do mnie: "Twój największy problem polega na tym, że interpretujesz nieprzystępowanie do Komunii jako samotność, co jest bzdurą." - otóż ja pisałam O CZYMŚ KOMPLETNIE PRZECIWNYM.

Pisałam o tym, że Kościół proponuje właśnie albo komunię św. w pakiecie z samotnością albo możliwość bycia z kimś ukochanym, ale wtedy nieprzystępowanie do komunii. Czyli - nieprzystępowanie do komunii połączone jest z byciem w związku, a przystępowanie do komunii połączone z samotnością.

2. Cytaty, które podał Sanare wcale nie mówią o tym, że JEZUS (nie św. Paweł) chce odmawiać Eucharystii osobom w moim położeniu.

3. Nierozerwalność małżeństwa jest super sprawą, choć to nie Jezus ją wymyślił, jak twierdzi Sanare (w sensie: Jezus, chodzący po ziemi w Palestynie, o którym mowa w Ewangelii, bo nigdzie w Ewangelii nie ma o tym mowy, żeby Jezus ustanowił nierozerwalność małżeństwa). Jezus powołał się na to, jak Bóg stworzył mężczyznę i kobietę i wyraził przekonanie (które z Jezusem podzielam!), że tak POWINNO być, że małżonkowie są razem i jedno drugie szanuje itp. aż do śmierci. Niestety, nie zawsze tak jest, bo każdy ma wolną wolę, może więc drugą osobę zdradzać, poniżać, porzucić itp. Jezus to rozumie i kwestia poruszona przez księży z Fryburga dotyczy właśnie tego przypadku, w którym ktoś drugą osobę porzuci i pytanie co dalej: czy niewinna osoba ma być skazana już na samotność ALBO na pozbawienie sakramentów.

3. To skazanie albo na samotność albo na pozbawienie sakramentów ustanowili ponad wszelką wątpliwość biskupi, papieże itp. Duch św. działa, dlatego wierzę, że tak jak w przypadku innych dziwnych przepisów (np. przepisu o zakazie współżycia małżeńskiego w niedzielę i święta, w Adwencie i Wielkim Poście), także i ten przepis o zakazie sakramentów dla rozwiedzionych w nowych związkach zostanie zniesiony.

3. Jest różnica pomiędzy kimś kto popełnia grzech, krzywdzi (np. jak wspomniał Sanare, dokonuje aborcji) a kimś, kto nie krzywdzi i jest niewinny, a pozbawia się go sakramentów.

4. Jeżeli o mnie chodzi, to wierzę, że w przyszłości Kościół, pod natchnieniem Ducha św. zrealizuje postulat ks. Szpaka (o którym wspominał o. Krzysztof): "Komunia św. dla wszystkich" - a więc także dla homoseksualistów, którzy nikogo nie krzywdzą, ludzi, którzy dokonali aborcji i żałują, a także dla rozwiedzionych i powtórnie pokochanych przez drugą osobę. Moim zdaniem, Jezus bardzo wyraźnie pokazał swoim życiem i tym co mówił wielokrotnie (w Ewangelii), że Eucharystia jest dla wszystkich, a zwłaszcza dla tych, którzy "się źle mają", którzy cierpią, którzy mają poplątane życiorysy, ale żałują za jakiekolwiek krzywdy wyrządzone, a teraz nikogo nie krzywdzą, czasu nie cofną, a życie trwa.

5. Jezus wyrzucał ze świątyni handlarzy, bo robili krzywdę, znieważali Boga. Jezus nie ma nic do tych, którzy nikogo nie krzywdzą, na przykład gdybym ja z kimś się związała, to bym nikogo nie krzywdziła i Jezus to wie. To wszystko czuje wiele osób w swoim sumieniu. Kto nie czuje, trudno, może kiedyś poczuje, może nie. Nie mam zamiaru nikogo tu nawracać, żeby poczuł.

6. Prawo kanoniczne - nie jestem ekspertem, Sanare może sobie poszukać co ono mówi o ostatnim namaszczeniu. Wierzę, że księża z Fryburga wiedzą co mówią, bo mają to prawo znać, aby wykonywać swoją posługę. Ja znam się na swojej dziedzinie. Jeżeli księża z Fryburga nie mają racji co do zakazu ostatniego namaszczenia w prawie kanonicznym, to może ktoś duchowny czytający bloga to sprostuje. CDN.

Anna K. pisze...

CD. @ Tom Waits - dziękuję serdecznie za dobre słowo, Tobie też niech Bóg błogosławi. Twój przypadek jest zupełnie inny. Ja nigdy nie zdradziłam męża. Nie stoję też przed wyborem grzechu lub nie-grzechu, bo nie mam zamiaru grzeszyć, tzn. robić komukolwiek krzywdy. Gdybym kogoś pokochała, a on mnie - to nie byłby to grzech, mimo iż Kościół nazywa to grzechem. Nadejdzie czas, że nie będzie nazywał tego grzechem, wierzę w to.

Cieszę się, że wybrałeś bycie z żoną (dosłowne, nie wirtualne) zamiast porzucać ją. Byłoby mi miło, gdyby mój mąż tak samo postąpił (choć go nie zdradziłam i byłam dobrą żoną), ale niestety porzucił mnie. Tak więc Twój przykład jest bardziej dla mojego męża niż dla mnie.

Co do "reżyserowania", ja nie reżyseruję niczego, natomiast po prostu po latach dojrzałam do tego, że mogę Boga poprosić o to, aby zesłał mi dobrego człowieka na dalsze życie. Mam prawo mieć taką nadzieję i mam prawo o to Go po prostu prosić (Jezus zachęcał do tego, aby prosić Boga o to, czego pragniemy, jeżeli nie niesie to niczyjej krzywdy). A więc ja tylko proszę i mam nadzieję na wysłuchanie, a niczego Bogu nie narzucam.

Nie "szukam faceta", po prostu żyję i wierzę, że kiedyś Bóg mi ześle tego dobrego człowieka i pobłogosławi nam. Tym się dzielę.

Na co dzień mam dużo dowodów opieki Bożej, miłosierdzia, pomocy i błogosławieństwa - od Boga i świętych. Widzę, że ten czas samotności jest też po coś (może również i po to, abym wstawiała się za ludźmi pozbawionymi sakramentów?), ale wierzę też, że jest on przejściowy, i że kiedyś będę znów miała rodzinę, a Kościół może zniesie to okrutne prawo, o którym mowa.

@ Kasia Sz. - chyba raczej to mnie powinnaś przeprosić, a nie "piszących" za ten jad, którym do mnie ziejesz (nie wiem dlaczego), no ale cóż sama dałaś świadectwo swojego poziomu. Widzę, że po raz kolejny oznajmiasz, że nie będziesz pisać na blogach. No cóż, jak znam życie, pewnie dalej będziesz pisać i mi dowalać, ale trudno, o Tobie to tylko świadczy.

Pozdrawiam wszystkich, którzy okazali mi szacunek i dobre uczucia.

Anna K. pisze...

PS. Jeszcze co do meritum, chciałabym podkreślić, że ja (oraz inni ludzie wstępujący w sakramentalny związek małżeński) ślubowałam, że będę z mężem aż do śmierci w DOSŁOWNYM sensie. Ślubowałam mianowicie, że będę (= że chcę, mam taką wolę, intencje, bo nie ślubowałam tego przecież jako wróżka, która wie jak BĘDZIE, bo nie jestem wróżką) dzieliła z nim życie bardzo dosłownie: czyli będę z nim żyła na co dzień, dbała o to, żeby trwała wieź fizyczna, duchowa i ekonomiczna. I z tego się wywiązałam, a to, że od jakiegoś czasu nie mogę spełniać tej przysięgi, to dlatego, że w dosłownym sensie zabrakło tej osoby, z którą miałam mieć tenże wspólny stół i łoże.

Niczego nie ślubowałam wirtualnie, tylko dosłownie.

Po prostu tak się stało, że tej przysięgi nie mogę realizować.

To jest trochę tak, jakby ktoś przysięgał, że będzie codziennie do końca życia grał na skrzypcach i chętnie by to wykonywał, ale pewnego dnia jego skrzypce zostały mu zabrane i teraz mu wmawia, że on ma codziennie nadal wypełniać tę przysięgę, choć nie miał w ręku skrzypiec od prawie dekady. Mało tego! Ktoś mu wmawia, że on MIMO TEGO, że nie miał skrzypiec w ręku od dekady, to nadal WYPEŁNIA tę przysięgę, bo przecież sobie żyje i nie gra na skrzypcach, więc jaki problem? Przecież skoro przysięgał, to znaczy, że wypełnia. Co z tego, że nie wypełnia? Ależ wypełnia!

To jest mniej więcej tok rozumowania ludzi, którzy wpierają mi, że ja nadal wypełniam przysięgę małżeńską, będąc sama, i że tak ma być nadal i jaki problem? Uważam, że (Kościół, biskupi) wpierają mi coś takiego, aby samemu nie mieć problemu z tym, że ktoś w ogóle mówi o tej niekonsekwencji, że odważa się powiedzieć, że "Król jest nagi". Lepiej udawać, że wszytko jest w porządku.

Ja nie ślubowałam celibatu, więc nie można też powoływać się, żebym była sama "bo ślubowałam".

Ja ślubowałam coś bardzo konkretnego i dosłownego. Byłam wtedy przytomna i wiem co ślubowałam.

Piszę "ja", ale dotyczy to również innych ludzi, którzy są w tej samej sytuacji.

Jak komuś życie w samotności spodobało się (może: do czasu zresztą, a za parę lat powie co innego), to fajnie, jego wybór. Każdy jednak jest inny i uważam, że co do zasady, nie powinno się ludziom porzuconym stawiać wyboru: "Bóg albo związek", bo to jest po pierwsze nieuczciwe, a po drugie to nie Bóg taki wybór stawia.

Mam nadzieję, że już nikt nie będzie mnie wywoływał do tablicy, a nawet jeśli, pozwólcie, że nie odpowiem, żeby nie ciągnąć tego tematu w kółko. Czas pokaże co zrobi Kościół w tej sprawie.
Pozdrawiam.

Kasia Sz. pisze...

@Anna K. - za słowa "panoszę" przepraszam Ciebie. Każde inne słowo w stosunku do Twojej osoby podtrzymuję. Proszę się nie martwić o mój poziom.Pozdrawiam.

Anna K. pisze...

@ Kasia Sz. - przyjmuję przeprosiny za to jedno słowo, szkoda, że nie przeprosiłaś mnie za pozostałe złośliwości, ale to już sobie w swoim sumieniu rozstrzygaj czy jesteś w porządku i czy fajnie jest tak kogoś epitetować.

Co do Twojego poziomu, to jeszcze tego by brakowało, żebym się nim miała zamartwiać. Sama sobie wystawiłaś świadectwo i tyle.

Kasia Sz. pisze...

@Anna K. - niestety za pozostałe słowa nie przeproszę, bo je podtrzymuję. Moje sumienie jest w porządku. Mnie Pani zachowanie nie podobało się. Ja użyłam określeń, a inna internautka bez nicku napisała dlaczego coś było nietaktowne i bez wyczucia.

Anna K. pisze...

@ Kasia Sz. - dla jasności: ja się od Ciebie przeprosin nie domagam, nie chcesz to nie przepraszaj. Każdy ma swoje sumienie. Za jedno słowo przeprosiłaś, pozostałe złośliwe teksty zostały. Taki jest stan faktyczny. Rób sobie z tym co chcesz.

Ja uważam, że moje zachowanie było jak najbardziej w porządku i nikomu w niczym nie uchybiłam. Wszystko jest tu na piśmie, każdy może sobie zobaczyć czy coś złego komukolwiek tu napisałam.

Jeżeli dzielę się osobistymi sprawami, uważam, że to jest też OK. Założyciel bloga też pisze w osobistym tonie, taki ten blog ma właśnie charakter i nie ma nigdzie regulaminu, że nie wolno nic osobistego pisać. Jak komuś nie podoba się, że piszę w osobisty sposób - rzecz gustu, nie musi czytać, ale to nie znaczy, że ja cokolwiek robię złego.

Twoje złośliwe teksty jednakże były nie o moim "zachowaniu", tylko o mnie, jako o osobie (taki był wydźwięk, po prostu kasowałaś mnie przed innymi "ta internautka od dwóch lat..." - poczytaj je sobie raz jeszcze).

To, że jakaś anonimowa osoba też nie lubi mojego stylu pisania, to jest to również jej problem.

Ja napisałam o pewnym konkretnym wydarzeniu z życia Kościoła z ostatnich dni, uzupełniłam to swoim świadectwem i tyle. Nikogo nie wyzywałam i nic złego nikomu nie zrobiłam i nie przejawiałam żadnego "złego zachowania".

To niech każdy z czytających sam oceni.
EOT.

Sanare pisze...

@Anno K.:
ad 1. Miałem na myśli gł. samotność rozumianą jako brak pełnej łączności z Bogiem.

ad 2. Jak wyżej - już tłumaczyłem, że Jezusowi nie chodziło o wymienienie słownie wszystkich grzechów, które czynią niegodnymi. Przeciwstawianie Jezusa św. Pawłowi, listów apostolskich Ewangelii, nieuznawanie natchnienia całości Pisma Św. jest sprzeczne z ortodoksją katolicką i właściwe dla skrajnie liberalnych wspólnot protestanckich.

ad 3. Brak możliwości wypełniania przysięgi w sposób czynny nie zwalnia z niej. "(...) nigdzie w Ewangelii nie ma o tym mowy, żeby Jezus ustanowił nierozerwalność małżeństwa" - a słowa "co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela"?. W Ewangelii nie ma też wielu innych konkretnych definicji, co nie oznacza, że takowe nie istnieją i nie funkcjonują.

ad 3 (ponownie). "To skazanie albo na samotność albo na pozbawienie sakramentów ustanowili ponad wszelką wątpliwość biskupi, papieże itp." - ponad wszelką wątpliwość nie. Nierozerwalność małżeństwa i przekonanie o tym, że nie zawsze należy przystępować do Eucharystii jest nauką Chrystusa, nauką apostolską, nauką od 2 tys. lat. Przytoczone przez Ciebie przepisy o zakazie współżycia małżeńskiego w określone dni dotyczą zwyczajowych spraw dyscyplinarnych związanych z kultem, miały na celu w określonych okresach historii Kościoła pogłębić rozumienie istoty sakramentów. Zostały ustalone przez Kościół, który posiada udzieloną przez Jezusa władzę, żeby je nałożyć, podtrzymać, odwołać oraz wznowić.

ad 3 (ponownie). Z tego wynika, że krzywda równa się grzech. Tymczasem grzech to nie tylko krzywda wyrządzana bliźniemu, także krzywda wyrządzana Bogu i nam, naszej relacji, naszemu życiu duchowemu. Katolik ma być więcej niż dobry. Ma być święty, czyli blisko Boga, wypełniający to co Bóg chce, aby było wypełniane. Tymczasem jak wiadomo to co przekazuje Bóg w Objawieniu często znacząco różni się od powszechnie rozumianej "neutralnej" dobroci, polegającej głównie na niekrzywdzeniu, byciu "w porządku". To coś więcej. Stąd tak wielu ludzi spoza Kościoła pyszni się, że wypełnia WIĘKSZOŚĆ przepisów Dekalogu bardziej niż nawet niektórzy katolicy. Tymczasem chrześcijanin ma być więcej niż dobry. Ma być święty. Ma wypełniać Dekalog, błogosławieństwa ewangeliczne, całą naukę Jezusa. Być blisko Boga, a nie być tylko "dobry, niekrzywdzący".

ad 4. Jeśli ktoś żałuje za grzechy, wkracza na dobrą drogę, postanawia zerwać z grzechem, dostanie rozgrzeszenie, może przystępować do Komunii. To znaczy: homoseksualista, który decyduje się na walkę o czystość cielesną i duchową; kobieta, która dokonała aborcji, żałuje tego i postanawia nie popełnić jej nigdy więcej; rozwodnik, który przestaje współżyć z konkubentem.

Jeszcze nawiązując do wpisu @Mati'ego: apostołowie mogli przystąpić do Komunii na Ostatniej Wieczerzy, bo Jezus umył im nogi :) ci zaś zrozumieli, że jedynie on może ich oczyścić, i te nogi dali sobie umyć. Mówimy przed Komunią: "Panie, niej jestem godzien, ale powiedz tylko słowo..." - tak naprawdę nikt z nas nie jest godzien, każdy z nas jest kruchy, każdy z nas ma w sobie coś z tego "ziółka", nikt nie jest bez winy, bez pychy, egoizmu, popełniania nieodpowiednich czynów. A jednak, On nas podnosi. Tylko On może nas podnieść. Trzeba jednak powiedzieć "tak", współpracować z Nim, stwierdzić: tak, zawaliłem, chcę się zmienić. Nie zaś: nie krzywdziłem, mam prawo! W końcu nastała demokracja! Inni przyjmują, to czemu ja nie?!

Sanare pisze...

Jezus owszem mówi: "przyjdźcie do Mnie wszyscy", ale po to, by umocnić, przemienić, wprowadzić na dobrą drogę. Uzdrowić. Nie zaś pochwalić i powiedzieć: masz moje Ciało, nic się nie stało, nie zmieniaj się, trwaj w swym duchowym lenistwie. Anno K., rozmywasz niebezpiecznie pojęcie grzechu.

Dodam, że niegdyś podczas Eucharystii ludzie obłożeni pokutą oraz katechumeni wychodzili po Słowie Bożym, bo byli wyłączeni z uczestnictwa w Liturgii Eucharystycznej. Do dziś w Kościołach Prawosławnych przetrwało zawołanie: "Drzwi, drzwi!" (wezwanie do zamknięcia drzwi - na ołtarzu będzie się bowiem dział cud, do którego wezwani są Ci, którzy postanowili się oczyścić).

Do poczytania: http://mateusz.pl/mt/eucharystia/js-augustyn.htm

ad 5. Handlarze robili komuś krzywdę? Idąc tokiem Twojego myślenia, przecież nikogo w świątyni nie pobili, nie powiedzieli komuś brzydkiego słowa. A jednak stwierdzasz krzywdę - czyli znieważanie Boga jednak jest krzywdą? Nie uważasz więc, że gdy człowiek grzeszy to również wyrządza krzywdę Bogu, zadaje mu ból? Skoro On nas pragnie, to przecież nasza niewierność wyrządza mu cierpienie.

ad 6. Ja nie muszę sobie poszukać. Ty musisz, bo chcesz się powołać na te słowa. Czekam na cytat. Czekam również na cytat biskupa/papieża wprowadzający w sposób innowacyjny nierozerwalność małżeńską.

Obawiam się jednak, że to wszystko do Ciebie nie trafi. Ty już wiesz swoje, i od wyolbrzymionego ego, od subiektywizmu który posunął się do negacji sensu wielu przepisów Ewangelii i Kościoła (a może Kościół w ogóle już niepotrzebny? i listy Pawłowe też trzeba usunąć z Nowego Testamentu, bo nie pasują do Twojej wizji?). Przy omawianiu tak ważnych spraw potrzebna jest pokora, umiejętność słuchanie Słowa Bożego, znajomość faktów i historii, patrzenie dalekowzroczne, wychodzenie spoza "ja" własnej sytuacji. Musisz przestać mówić wyłącznie o swojej nędzy. Mówię to wszystko zapewniając o nieustającej sympatii i szacunku wobec Ciebie, nawet jeśli wyrażam się wyraziście i jednoznacznie.

Spór ten również mnie nuży i naprawdę wolałbym również go nie kontynuować. Ale skoro wczorajszy patron za przypominanie o godności małżeństwa oddał życie, nie jest znowu dla mnie czymś wielkim przypominanie o podobnych sprawach na tym blogu, jeśli będę do tego przymuszony - "nastawaj w porę i nie w porę" :))

Pozdrawiam wszystkich! :)

Anonimowy pisze...

Anonimowy Pomysłodawca konkursu rysunkowego: dlaczego albo? Jak dwa w jednym to bym narysował lwa, który gryzie.
Anna K.: a jak kobieta chce w KK być kapłanem, bo całym swoim jestestwem czuje, że takie jest jej powołanie i za nic jej nie przekonuje argument "Nasz Pan był mężczyną", i inne argumenty też? Czy to nie jest okrutne? Czy urodziła się kobietą, bo taki był jej wybór? Albo jak biskup katolicki chce mieć żonę i wie, że byłby b.db. mężem i ojcem, w dodatku chce tylko jedną, nie trzy jak kiedyś bywało, to czy to nie jest okrutne, że nie może? Jasne, może - przestać być biskupem.
Święta Teresa z Lisieux nie mogła przyjmować Komunii chyba przez 40 dni, bo takie były wtedy rygory, potem umarła. Czy to był jej wybór? Czy to nie byto okrutne?
Piszesz o przyjmowaniu Eucharystii na mszy z nowym mężem i waszym dzieckiem - masz już nowego męża i macie dziecko co najmniej siedmio-, ośmioletnie?
A w ogóle to wiesz, są kobiety, które nie mają mężów, chociaż cały czas czują powołanie do małżeństwa. I po prostu nie chcą być same. I nie są brzydkie, złe ani głupie, tylko siedzą na tym koszu i siedzą, czując, że to nie ich wybór.
I są też małżeństwa, które nie mają dzieci. Mogłyby mieć, z probówki. Ale nie mogą, Kościół zabrania, więc nie mogą jakby podwójnie. Czy to nie jest okrutne?
I czy to jest ich wybór? Czasem, wyobraź sobie, tak, bo czasem mówią: Kościół na to nie pozwala (może na razie, kto wie), podporządkowujemy temu nasze pragnienie rodzicielstwa. Albo: decydujemy się na dziecko, występujemy z Kościoła.
Może to się zmieni, kiedyś. Jeśli, zostanie uzasadnione teologicznie. Ale na razie jest jak jest. Chromy wyskoczy jak jeleń, ale póki co kuleje.
Tak, czas pokaże. Ujrzymy twarzą w twarz.

Anonimowy pisze...

Kategoria bloga: katolicki hardcore dla niepogubionych i zawsze pozapinanych na wszystkie guziczki. To by dopiero było wyzwanie. Jak ktoś ma namiar, niech się podzieli please.

Anonimowy pisze...

@Kasia Sz. - pamiętasz, jak na dominikanie.pl najechano kiedyś na Biedronkę? Że za długo pisze, że nie tak i niech sobie swój blog założy. I Biedronka zniknęła. Dobrze, że tu można pisać nawet dużo i o sobie, a w dodatku komentarze pojawiają się na bieżąco, więc wymiana myśli jest nią rzeczywiście. A Ojciec K.P.OP czyta i czuwa, jak trzeba zagada, jak trzeba upomni - to i bana pewnie by strzelił, gdyby uważał, że się należy.

Anonimowy pisze...

Proponuje rozejm bo O.Krzysztof straci wenę i cierpliwość i już więcej nic nie napisze a szkoda by było.Pozdrawiam wszystkich

basiek pisze...

Nie tak dawno czytając jeden z wpisów O.Krzysztofa napisałam że tacy wszyscy wspaniali jesteście świetnie piszecie komentarze nawet na wesoło i na pewno tak jest nadal szkoda tego psuć bo emocje każdy ma a Ojcu może się rzeczywiście zrobić przykro. Pozdrowienia dla wszystkich i trochę uśmiechu w tą deszczową już noc prawie chyba:)

TomWaits pisze...

Uważam, ze dyskusja na tym blogu jest na poziomie. Wcale nie musimy przecież we wszystkim się zgadzać, czasem lepiej twórczo się różnić :) Pozdrawiam wszystkich!

Anonimowy pisze...

Apropo autostopu:
http://www.bosko.pl/wiara/Rekolekcje-autostopowe-Piekne-stopy.html

Wiedzieliście o tym?
Czy tylko ja jestem taka niedoinformowana?

Prześlij komentarz