wtorek, 5 lutego 2013

Pomarańczowy Rzym cz. II

Czterdzieści minut temu minęła północ. Jesteśmy po kolacji, na której poczęstowano nas kanapkami z serem, salami oraz węgorzami w occie. Do tego herbata z cytryną oraz niemieckie pszeniczne piwo. I jeszcze gorący prysznic przed snem. A jeszcze przed kilkoma godzinami myśleliśmy, że nie wyrwiemy się z mroźnej benzynowej stacji.







Sześć godzin wcześniej

Niemcy są szczerzy i asertywni. Ma to nawet swój urok.
- Czy jedziesz w kierunku Monachium?
- Tak.
- Możemy jechać z tobą?
- Nie.
- Dobrej podróży.
- Dziękuję i nawzajem.

Szczerze, konkretnie, bez wymyślania, agresji, widocznej niechęci. Ci ludzie mogą nawet wzbudzać pewną  sympatię.

Jest przed dwudziestą. Stoimy na benzynowej stacji. Obok pojawia się dwóch Niemców, dziewczyna i chłopak, ubranych w charakterystyczne ludowe stroje. W rękach podręczny bagaż w postaci niewielkich tobołków. Przypominam sobie sytuację sprzed kilku miesięcy, kiedy w sierpniu łapiąc autostopa pod Wiedniem poznaliśmy z Maciejem mężczyznę z Niemiec o imieniu Markus. Ubrany był w podobnie charakterystyczny strój i bagaż. Tłumaczył, że w rejonie, z którego pochodzi istnieje tradycja, polegająca na podróżowaniu przez trzy lata i jeden dzień, bez pieniędzy, całkowicie zdając się na ludzi.
- Jaka tradycja? – zapytałem wówczas.
- Taka tradycja – padła spokojna odpowiedź.

Markus mnie zaintrygował, ale niestety nic więcej nie udało się wówczas dowiedzieć. Ta para ubrana jest podobnie. Na głowach czarne kapelusze, tobołki zamiast plecaków. Podróżują już od sześciu miesięcy, obecnie zmierzają do Francji. Bez pieniędzy, noclegów i jedzenia. Odwołują się na dodatek do tej samej idei, o której mówił Marks: "Najlepszą naukę człowiek otrzyma w podróży".

To wędrowni czeladnicy. Informacje znalazłem już w Polsce, dzięki pomocy dwóch Paulin (czasem możliwości facebooka mile zaskakują).


Żakiet i kamizelka ze sztruksu, spodnie dzwony z zakładką, koszula bez kołnierzyka, chustka na szyi i kapelusz, przeważnie z bardzo szerokim rondem – to podstawowe elementy uniformu ozdobionego licznymi znakami cechu. Każdy z czeladników wędrownych nosi swój dobytek w zawiniątku zwanym Charlotenburger lub pieszczotliwie „Charlie”, a podpiera się skręconym kijem.

Czeladnik, który udaje się na tzw. Walz musi mieć poniżej 30 lat, być kawalerem, mieć skończoną szkołę zawodową. Nie wolno mu mieć żadnych długów. Stara tradycja nakazywała czeladnikom wędrówkę przez trzy lata i jeden dzień. Skrócono ją do dwóch lat i jednego dnia, ale wielu z nich wędruje nawet ponad osiem lat, odwiedzając nawet Afrykę, Nową Zelandię czy Australię.

Czeladnikom wędrownym wolno w jednym miejscu pracować tylko trzy miesiące. W brulionie, który dostają zanim wyruszą w drogę, zobowiązani są zapisywać, jakie prace wykonywali, a także robić notatki, jeśli pracy nie dostali.

W czasie całego okresu wędrówki czeladnikom nie wolno zbliżać się do domu na odległość 50 km, chyba, że ktoś z rodziny ciężko zachoruje lub umrze. Wolno im natomiast kontaktować się z bliskimi listownie i telefonicznie. Kiedyś chodzili tylko piechotą. Dzisiaj jeżdżą autostopem lub koleją. Wędrowni czeladnicy nie mogą mieć przy sobie także komórki.


Poznana dziewczyna ma na imię Lidia i podróżuje już od roku, śpi po gospodarstwach, skłotach, benzynowych stacjach.  Daję im obrazek ikony przyjaźni tłumacząc symbolikę, jej chłopak robi zdjęcie.

***

Gdy czeka zbyt długo, to w końcu opadasz z sił, ale gdy uda się zatrzymać samochód, szybko na nowo wstępuje nadzieja. Cieszysz się wówczas z drobnych rzeczy, rozmowy, spotkania, z tego, że możesz przez moment ogrzać się w samochodzie.

Tomas pyta czy znamy osobiście Benedykta XVI i jest zdziwiony że jedziemy prawie 2000 km bez noclegów.
- To rodzaj pielgrzymki? – pyta.
- Tak.
- Rozumiem. Rzym jest tym dla katolika czym mekka dla muzułmanina.

Jedzie do Norymbergi, pyta o zakon, reakcję rodziców na naszą decyzję, zasady dotyczące odwiedzin w klasztorach. Wysadza nas na drodze prowadzącej do Insbrucku.

Dochodzi 21. Kolejna stacja jest mała i sprawia wrażenie opustoszonej.
- Salam alejkum! – krzyczy na nasz widok grupa młodzieży.

***

Radek, Ela są małżeństwem od 15 lat, mają córkę Weronikę. Niedawno przeprowadzili się do Monachium. Radek twierdzi, że ma do siebie żal, że opuścił się z wiarą ze względu na pracę.
- Jak dotrzecie do Rzymu pomódlcie się za nas.

Wracają z Holandii od przyjaciół. Polski kierowca wykłada swoją teorię na temat urody kobiet:

- W Holandii zamarzają im wody, faceci jeżdżą na łyżwach, więc są dobrze zbudowani, ale kobiety to lepiej nie mówić. Są brzydkie i mają końskie twarze. Najpiękniejsze są tylko Słowianki. Polki, Ukrainki, Chorwatki, do reszty nie mam zaufania.

Żona siedzi na siedzeniu obok i uśmiecha się.

Niespodziewanie proponują nam nocleg. Jest po dwudziestej drugiej. Krótka narada z Przemkiem. Może spotkanie nie jest przypadkowe?
- Zostańcie, poświęcicie nam niemieckie mieszkanie, a jutro was odwiozę – mówi Radek. – Zapiszcie sobie nasz adres, gdybyście byli w okolicy, albo wasi znajomi z pielgrzymki u nas będziecie mieć bazę.

(w drodze powrotnej z Rzymu z propozycji Radka skorzystały dwie osoby z naszej grupy „Pięknostopowiczów”)

***

Kładę się na wygodnym materacu, przykrywając śpiworem. Włączam telefon, przychodzą zaległe smsy.

Są zapewnienia o modlitwie, pytania o drogę. To bardzo miłe. Migają też dwie wiadomości od współbraci z klasztoru. Pierwsza od mojego Przeora:

I jak? Dajecie radę?

Drugi sms od Szymona:
Żyjecie? Gdzie jesteście? Napisz słowo. Modlę się za Was!

Odpisuję po kilka słów, dziękując za pamięć, po czym przychodzi odpowiedź:
Życzę Tobie i Przemkowi radości doskonałej. Czyli najgorszych ludzi po drodze, poszczucia psami, wyrzucenia ze stacji benzynowej, braku jedzenia i spóźnienia się do Rzymu. Wtedy pozostaje tylko Pan, a Wy będziecie mega szczęśliwymi ludźmi. W domu nasz spokojny świat się zachwiał, bo zmywarka się zepsuła. Brat, który ma dyżur w kuchni stawia więc krok w stronę radości doskonałej!

Czytam smsa na głos Przemkowi, śmiejemy się czytając wieści z klasztoru - z poczucia humoru i stylu, który jednak zawiera trafne treści. Właśnie "o radości doskonałej" rozmawiałem kilka dni wcześniej ze współbratem. Niektórzy święci twierdzili, że kiedy Bóg chce człowieka ukarać zsyła mu sukcesy.

Jedynym nabożeństwem powinna być Boża wola, prawdziwa bowiem radość to wolność w Bogu, nie w człowieku. Taki rodzaj wolności jest jednak wyjątkową łaską. Dlatego mnisi pustyni modlili się, aby ci co ich szanują, zaczęli ich potępiać, uznawać za szaleńców, wariatów. Pragnęli wolności tak doskonałej, kompletnie niezrozumiałej dla świata. Czekali na etap, kiedy będą nikim, aby tym samym móc usunąć się w cień i w ten sposób być jedynie dla Boga - dla nich odrzucenie było przejawem łaski. Prawdziwym mnichem jest ten, który poza Bogiem nie ma już czego szukać na tym świecie.

Ewangelia w najmocniejszej wersji.

"Jeśli ktoś miałby mi naprawdę wyświadczyć przysługę zbawczą, powinien mnie porzucić jak bezwartościową istotę". Brzmi to wszystko raniąco, nieludzko, wywołuje bunt. Każda człowiek chce być przecież na różny sposób adorowany, obawia się bycia niepotrzebnym, wyśmianym. A tu? Każą się o to modlić? Pociągająca wizja, nie ma co... Ale też na swój sposób fascynująca.

Idea posłuszeństwa jest zasadniczo ta sama: wyzwolić się z potrzeby potwierdzania własnego ego, być wyzwolonym z pragnienia dominowania nad innymi, wyrzec się samolubnych żądań... W takiej postawie tkwi przekonanie, że jeśli człowiek wyrzeknie się swojej własnej woli, będzie prowadzony bezpośrednio przez Boga i Bóg będzie poruszał nim we wszystkim.

Nie mogłem przypuszczać, że już za niespełna dobę przyjdzie nam tego wszystkiego doświadczyć.

***

O siódmej rano czeka przygotowane śniadanie. Radek opowiada o swoim doświadczeniu łapania autostopu.
- Jak widzicie jestem dużym facetem, więc gdy łapaliśmy stopa siedziałem na plecaku. Gdy zatrzymywał się samochód wstawałem i podchodziłem do kierowcy, reakcja była niemal zawsze ta sama. Ludzie odjeżdżali wystraszeni.

- Brakuje mu tutaj dobrych znajomych – zwierza się. – Na szczęście nie jestem tu sam. Żona i córka są dla mnie wszystkim. Gdy podejmowaliśmy decyzję o przyjeździe do Monachium wspólnie stwierdziliśmy, że albo jedziemy wszyscy razem, albo nikt. Innej opcji nie było.

Po śniadaniu Radek wyciąga krzyżyk i zapala świeczkę obok świątecznego stroika.

- Nie spodziewałem się że będę miał tutaj kolędę – mówi z uśmiechem.

Przemek zakłada stułę i błogosławi mieszkanie wodą święconą. Na drogę otrzymujemy zapakowane kanapki z szynką i owoce.

***

Pewien szwedzki psychiatra opowiadał historię kobiety, którą dręczyły poważne wątpliwości religijne. Pewnego razu poprosiła Boga, aby dał jej znak, że istnieje niech sprawi, kiedy ona wyjdzie wieczorem przed dom, by ujrzała spadającą gwiazdę. Wyszła więc przed dom – i zobaczyła nie jedną gwiazdę, ale całe roje meteorów. Była bardzo szczęśliwa i dziękowała Bogu. Następnego dnia jednak spojrzała na to inaczej: nie ma w tym niczego aż tak dziwnego. Ziemia znalazła się po prostu w strefie meteorów. Przeszła więc od religijnego sposobu przeżywania do zwyczajnego, świeckiego.

Religijnego sposobu przeżywania świata na nowo próbuję się uczyć, we wszystkim obecny jest On. W tego rodzaju podróży odkrywam też coś jeszcze. Łatwo jest być wdzięcznym za takie noce jak dzisiejsza, ale marznąć przez kilkanaście godzin gdzieś obok dystrybutorów z benzyną to już wejście na inny poziom. Błogosławieństwo nieprzyjaciół nie dotyczy wyłącznie ludzi, ale także sposobu przyjmowania nieprzyjaznych doświadczeń.

Dominikański mistyk z nad Renu bezlitośnie przecina postawy roszczeniowe: „Jeśli coś wystarcza Bogu, bądź z tego zadowolony również i Ty”. Żadnych: „Dlaczego?”. Życie należy brać jakie jest. Bóg bowiem nie chce dla nas dobrze, ale chce najlepiej. Dlatego to co przychodzi nie zawsze wydaje się dobre.

Lądujemy na kolejnej benzynowej stacji, przed nami rysuje się widok na Alpy. Czujemy się wyspani, wypoczęci i nakarmieni. Po cichu liczymy, że może jeszcze tego wieczoru uda nam się zobaczyć Rzym.

Bóg jednak postanowił  poprowadzić zupełnie inaczej.




***

Gdzieś kilkanaście kilometrów pod Wiedniem, sierpień 2012. Poniżej z prawej strony Beniamin, austriacki protestant. Widząc nasze białe habity podszedł mówiąc: "Dla mnie Jezus także jest Panem". Ponad rok temu czytając Biblię doszedł do momentu, w którym Jezus mówi, aby nie troszczyć się o jutro, gdyż Bóg bardziej troszczy się o człowieka, niż o wróble.
- Pomyślałem wówczas, że to piękne, ale pokaż mi Jezu, że to naprawdę działa - wspominał Beniamin.
- I  działa?
- Przez cztery miesiące żyłem mając jedynie 7 euro i nigdy niczego mi nie brakowało. Po tym czasie powiedziałem "Wystarczy Boże". Teraz jeżdżę po Austrii i opowiadam o tym doświadczeniu ludziom.

Poczęstował nas chlebem z rodzynkami i kawałkiem drzewa, który po włożeniu do ust zaspokaja pragnienie.


Markus, wędrowny czeladnik spotkany w sierpniu. Pracuje przy stalowych konstrukcjach, odwiedził już Szkocję, Anglię,  nawet Afrykę. Zmierza w kierunku Niemiec, charakteryzuje go to, że niczemu się nigdy nie dziwi. - Markus czy posiadasz kurtkę deszczową? - Nie. - A jeśli będzie padał deszcz? - Schronię się na benzynową stację.


----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Teraz już jestem pewien. Przeszacowałem. Za tydzień zaczynają się moje pierwsze rekolekcje, następnie jeszcze cztery serie. Wspólna misja z trzema braćmi w drodze, potem lekarze, którzy – o zgrozo – po raz trzeci rozeznali, że potrzebuję ścisłej obserwacji i ponownie do siebie zaprosili, potem dwa razy studenci i zakończenie z o. Joachimem Badenim w Domu Rekolekcyjnym w Korbielowie.

Wielki Post w tym roku nadejdzie zbyt szybko. Planowanie kalendarza, spowiedzi, klasztorne zajęcia, gotowanie obiadów, a pomiędzy tym przygotowanie konferencji, wykładów, umówione spotkania, odpisywanie na maile, zobowiązania wobec ludzi i Pana Boga. Ze wszystkim należy zdążyć, a ja mam ograniczone "moce przerobowe". W takich momentach pojawiają się we mnie te same symptomy - alergia do komputera.

Opisu podróży nie dokończę więc w taki sposób jak początkowo planowałem. Wpadłem jednak na inny pomysł, szybszy w realizacji, a może i nawet blogowo atrakcyjniejszy. Bądźcie cierpliwi.


MOŻESZ TAKŻE PRZECZYTAĆ:


46 komentarzy:

isia pisze...

ojej, jak dobrze, dzięki za ciąg dalszy; ale muszę wrócić do I części,żeby sobie przypomnieć; ojcze, czy znów będzie podróżnicza książka?

Basim pisze...

Bardzo, bardzo lubię "pisaninę" ojca :)

isia pisze...

zdrowia i dużo siły ojcu życzę
dobrze,że jesteś

Via pisze...

Niesamowita historia!! :) :) :)

Swoją drogą - czemu Ty się Ojcze dzisiaj tak tej św.Agnieszki złapałeś? :p

o. Krzysztof pisze...

@Via: gratuluję czujności liturgicznej :) Mam nadzieję, że św. Agata mi wybaczy.

@Isia: to byłoby pójście na łatwiznę, wydeptanymi ścieżkami.

Via pisze...

Wybaczy, wybaczy... :)
Zwłaszcza za to co powiedział Ojciec na kazaniu, to nie może nie wybaczyć :)

zingela pisze...

Och, w końcu kolejna część! :D Też lubię te Ojca wpisy i życzę powodzenia w rozlicznych obowiązkach. :)

Mati pisze...

Ojcze, nie martw się, co to takiego 40 dni roboty. A gdyby tak było na odwrót? "Uff, na szczęście już za kilka dni jest Wielki Post. To jedyny czas w roku, gdy mogę trochę odpocząć" - powiedział mi niedawno pewien wodzirej. :)))

Klaudia Pawlak pisze...

Cóż za talent literacki...:)

Spokojnie,Bóg Ojcu nieustannie błogosławi.
Obiecuję modlitwę.


p.s
a pamięta Ojciec o kulinarnym konkursie,który miał w planach? fajnie jakby coś z tego wyszło ,ale oczywiście nie teraz,po Wielkanocy ;).

o. Krzysztof pisze...

A konkurs, koniecznie. Tym bardziej, że ktoś z czytelników zgłosił się kilka tygodni temu z nagrodą :)

Gosia pisze...

Jakie piękne pisanie... Podziwiam tę pasję podróżowania autostopem!! Uświadamiam sobie, że nie daję Panu Bogu żadnych szans: wszystko muszę mieć zabukowane, zapłacone, zaklepane. Do tego ze dwie karty kredytowe... Beznadzieja.

Anonimowy pisze...

:D mega banan na twarzy, dzięki za wpis, a takie przerwy są bardzo pożyteczne... Ojciec nie musi dotykać komputera, a my mamy niespodziankę jak wreszcie się pojawi :)

szpieg z krainy deszczowców pisze...

Cieszą mnie Ojca wpisy
Wyłupuję sobie czasem jakiś kawałek, i chowam go sobie w myślach.
(będzie jak znalazł, kiedy pojawi się więcej prezentów prowadzących do radości doskonałej) :) Fakt, to może brzmieć trochę nienormalnie. Ale jak ktoś doświadczył takiego momentu, przykładowo- przejścia z płaczu bezsilności do śmiechu, to prawdopodobnie zahaczył o radość doskonałą.
Doświadczenie podróży autostopem mam niewielkie(kilka razy podczas wakacji, głównie w Polsce)ale dało się już doświadczyć trudności, i Bożej opieki. Bardziej pociąga mnie jednak podróżowanie piechotą (choć mam też takie doświadczenie, że kiedy próbujesz właśnie spokojnie iść drogą, i nie masz zamiaru nikogo zatrzymywać, właśnie wtedy najwięcej osób zatrzymuje się proponując podwózkę)
Powodzenia w rekolekcjach(jeśli z o. Badenim, to jest możliwość spatkania z radością) i żeby zmywarka sie zepsuła(na czas Ojca dyżuru w kuchni ;)


martolivka pisze...

"krok w stronę radości doskonałej" w kontekście zmywarki, chyba sobie wydrukuję i dołączę do złotych myśli, które są już na lodówce :), jak coś się ze...psuje :)na froncie. Bo "kiedy Pan Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno, popatrz spadają z obłoków małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia"

basiek pisze...

Czytało się jak zwykle świetnie i z pewnym zainteresowaniem, nawet moja zwyczajna kawa lepiej smakuje jak się tu czasem wstąpi i co nieco przeczyta:) Ale tych zajęć to Ojciec trochę ma- plan napięty ale siły życzę i pozdrawiam :)

TomWaits pisze...

Nikt nikogo nie obraża, nie hejtuje, nie wyzywa, aż chce się zaglądać, czytać komentarze i uczestniczyć w dyskusji:) Z tymi internautami jednak nie jest tak źle jak można by sądzić. Radości niedoskonałej życzę, ta doskonała jest jedynie łaską ;)

fizyk pisze...

"potem lekarze, którzy – o zgrozo – po raz trzeci rozeznali, że potrzebuję ścisłej obserwacji"
Mam nadzieje, ze to nie sa lekarze psychiatrzy?

Jola F pisze...

Dzięki za wpis! ;-) ;-)
Jak widać, ten szybko zbliżający się Wielki Post... to dopiero będzie świetna okazją do odkrywania radości doskonałej! ;-) Dużo sił życzę!. O. Joachim na pewno będzie wspierał.

;-)

z+

Anonimowy pisze...

śnił mi się dziś ten blog /zupełnie nie pamiętam o co chodziło/ :D ale wchodze, patrze a tu nowy wpis :)

Jolaśka pisze...

fizyk,
a może właśnie psychiatrzy :-)
nie mogli się doczekać na wizytę IM POTRZEBNĄ w zwykłej długiej kolejce obowiązków i wymyślili fortel by ściągnąć Ojca :-)

basiek pisze...

A tam zaraz psychiatrów się dopatrujecie przecież grypy różne panują a Ojciec w cieplutkiej izdebce sobie nie siedzi tylko wciąż krąży po świecie a zarazków w koło całe multum:)...

o. Krzysztof pisze...

@fizyk: z psychiatrą mam regularny i systematyczny kontakt na miejscu w Łodzi, więc chyba już wystarczy :) Choć kto wie, podobno nie ma ludzi zdrowych, tylko nieprzebadani. Rekolekcje dla lekarzy? Specjalizacje są przeróżne, ale psychiatrycznej chyba nie ma... A szkoda. Pozdrawiam popołudniowo

fizyk pisze...

Przepraszam za zlosliwy komentarz. To zeby nie utonal ojciec w morzu zachwytow. Zastanawiam sie nad sensem takiego sposobu ewangelizacji. Moze w Polsce sie sprawdzi, ale w Europie Zachodniej... hm... grozi wlaczenie w poczet dziwakow, o czym swiadcza powyzsze zdjecia. Szczegolnie to gdzie stoi ojciec obok tego goscia w kapeluszu.
Pozdrawiam rowniez i zycze powrotu do zdrowia.

aurin pisze...

:) bardzo uśmiechniety wpis, chyba mi wystarczy na kilka dni.Chleb z rodzynkami przypomniał mi o plackach z rodzynkami, które piekła Rut. Dobrze ze ojciec ma alergie od kompa, znaczy ze innych zajęć dużo i czas wypełniony po brzegi, ale o odpoczynku tez warto pamietać:) +

aurin pisze...

a wedrownymi czeladnikami jestem zachwycona /w przeciwienstwie do fizyka, którego przeczytałam przed chwila i zdziwiłam się ze uwaza to za dziwactwo.

TomWaits pisze...

Fizyk: ludzie z Waltz to przecież nie jest ewangelizacja, lecz sposób zbierania zawodowego i życiowego doświadczenia.

Ewelina pisze...

Ja dziękuję na wstępie za modlitwę i zapewniam o swojej na ten jak widzę bardzo pracowity czas Wielkiego Postu .
Świetna ta pisanina ojca naprawdę ,aż chcę się wyruszyć autostopem i zawierzyć Bogu .
Pozdrawiam

fizyk pisze...

@Ewelina
"Świetna ta pisanina ojca naprawdę ,aż chcę się wyruszyć autostopem i zawierzyć Bogu."

A co bedzie jesli na takich autostopowych rekolekcjach cos sie komus stanie? Chlopak dostanie w leb, a dziewczyne odwioza do jakiegos "domu uciech". Roznych ludzi sie po drodze spotyka. Juz widze te tytuly prasowe w brukowcach calego swiata: "Gwalt na rekolekcjach". Magdlalena Sroda wraz z prof. Mikolejka beda komentowac. Ojciec Krzysztof znajduje autostopowych nasladowcow, pytanie o konsekwencje.

o. Krzysztof pisze...

Osoby są dorosłe i dobrowolnie zgłaszają się na tego typu rekolekcje, większość z nich na co dzień podróżuje w ten sposób, tu jednak robią to mając poczucie wspólnoty, przeżywając to doświadczenie z Bogiem. Na dodatek organizatorami są osoby świeckie, a nie księża (!) rekolekcje to także ich pomysł. Dla mnie to ogromny plus, gdyż pokazali, że życie kościoła nie musi kręcić się wokół księdza i samemu można wykazać się inicjatywą. Mi, choć jestem zakonnikiem, pewnie brakłoby odwagi.

Ryzyko wpisane jest w całe nasze życie. Swoją drogą pamiętam pewną osobę, która przyjechała na rekolekcje w sierpniu. Wzrok wpatrzony w ziemię, niepewna siebie, zalękniona, pełna obaw do świata i ludzi. Po tygodniu była nie do poznania. Po raz pierwszy doświadczyła, że świat nie musi być wrogiem, a ludzie przeciwko nam. Przeciwnie, jest w nim wiele życzliwości i dobra. Dla tej osoby to był moment przekroczenia siebie i uwierzenia we własne siły. Byłem zdumiony.

To oczywiście nie propozycja dla każdego, a od siebie mogę jeszcze dodać, że częściej zniechęcam nikogo nie namawiając, są przecież dziesiątki innych rekolekcji. Kto ma zrozumieć, zrozumie. Zresztą, najlepsze kryteria sensowności tego wszystkiego podaje Ewangelia - owoce. Wystarczy popytać o doświadczenie tych ludzi (ponad setka!) i samemu wyrobić sobie osąd. Zasyłam dobre myśli wszystkim fizykom i umysłom ścisłym :)

o. Krzysztof pisze...

Co do owoców? Tylko kilka przykładów z brzegu: 3 osoby w zakonie (kilka jeszcze rozeznaje) + dwie pary narzeczonych (ślub jednej już za kilka miesięcy :). Dodatkowo wspólnota ludzi, która się zwyczajnie lubi (!), nie chce być biernymi katolikami i jest także wsparciem dla wielu księży na parafiach. Ogromna ilość świadectw w audycjach radiowych, gazetach i wielu miastach Polski. Ci ludzie tworząc taką inicjatywę, stworzyli także przestrzeń, w której mogą dzielić się swoimi pasjami, a także doświadczeniami na temat wiary i Pana Boga.

Jak wspominałem, pozostała setka mogłaby opowiedzieć o sobie :) Najlepiej zerknąć na profil FB "Piękne Stopy" lub internetową stronę.

fizyk pisze...

"Ogromna ilość świadectw w audycjach radiowych, gazetach i wielu miastach Polski"
Dlatego moze sie niektorym wydawac, ze takie rekolekcje sa mniej niebezpieczne niz "zwykle" jezdzenie na stopa. Nie znalazl sie ojciec nigdy w nibezpiecznej sytuacji? Powiedzmy, ze jest pewne prawdopodobienstwo nieszczescia. Im wiecej uczestnikow, tym wieksza szansa, ze na kogos trafi. Jak bedzie wtedy wygladal bilans: 5 osob w zakonie, 5 malzensstw, jedna zgwalcona dziewczyna.
Pozdrawiam wszystkich marzycieli i idealistow, przepraszam za swoja lyzke dziegciu.

basiek pisze...

Niejednokrotnie czytałam opowiadania tych osób na FB "Piękne stopy" to niesamowite i ciekawe przeżycia. Pokazują nam jak działał Pan Bóg w ich drodze. To co później opowiadają ich własne odczucia są ciekawym świadectwem w odkrywaniu Pana Boga w naszym życiu. Myślę że takie świadectwa są nam potrzebne a także może w jakiś sposób dotrą może do tych osób które są trochę dalej od Boga. Zresztą każdy z nas może dawać nawet swoje małe świadectwo. Pozdrawiam

o. Krzysztof pisze...

fizyk: w podróżowaniu jest też zdrowy rozsądek i pewne zasady o których każdy autostopowicz powinien wiedzieć. To rozsądni ludzie, nie naiwni, ani idealiści, realizmu również mają sporo. Myślę, że ryzyko wpisane jest w nasze życie, to jednak nie brawura. Również pozdrawiam

basiek pisze...

Jak by tak każdy się wszystkiego bał i każdą napotkaną osobę traktował jak potencjalne zło to by z domu nigdzie nie wyszedł nigdzie nie wyjechał. Myślę że trzeba oczywiście rozsądnie myśleć ale i trzeba głęboko ufać panu Bogu i prosić Go o opiekę. Kiedy w naszym mieście prawie 2 lata grasował gwałciciel zapanowała istna panika i jak słyszałam co niektórzy wieczorami szczególnie panie bały się wychodzić same. A jak wracasz piechotą z pracy zimą a mieszkasz na obrzeżach miasta to co masz zrobić albo jakaś inna sytuacja że wracasz późnym wieczorem to samo ale ja w tej sytuacji brałam różaniec do ręki i jakoś dało się cało wrócić do domu.

Makler pisze...

to jest kwestia tego czy podróżowanie autostopem jest bezpieczne

cień pisze...

Z tego co mi wiadomo, w 'Pięknych stopach' nigdy nie podróżuje się samemu, zawsze w parach i jeśli to możliwe mieszanych - zawsze to bezpieczniej, nie sądzę, żeby ktoś wpadł na pomysł rozsyłania dziewczyn samych na stopa.

fizyk pisze...

@cien. Kilka cytatow ze strony: Rekolekcje autostopowe "Piekne stopy" na facebooku:
"Kochani, gorąco proszę was o modlitwę, mam zamiar udać się z Holandii do Brukseli, trasa z pozoru niedługa, ale jadę prawdopodobnie sama i jestem żółtodziobem w stopowaniu "
albo to:
"Stopem śladami Matki Teresy? Ktoś chętny?... Agata szuka chętnej osoby (najlepiej mężczyzny) do podróży autostopowej do Kalkuty"
albo to:
"Siedemnastoletni amator poszukuje doświadczonego autostopowicza na podróż autostopem po krajach alpejskich "
Zdrowego rozsadku to mi tu brakuje

o. Krzysztof pisze...

fizyku: cytujesz ludzi z "forum autostopowego" pięknych stóp - nie ma to nic wspólnego z organizowanymi rekolekcjami. domyślam się, że szukają do swoich podróży osób wierzących, czy jest to coś złego?

Błogosławieństwa
+

ps. stopem do Kalkuty? hm...

Ewelina pisze...

To ja się włączę ,bo to moja chęć autostopowania tą dyskusję zaczęła . Chcę dodać ,że życie w ciągłym lęku przed wyzwaniami i uciekanie przed ludźmi jest przytłaczające w pewnym okresie życie ,czego sama doświadczyłam .
A jeżeli takie autostopowanie ma takie owoce ,to chyba warto .Choć jak ojciec napisał są rekolekcje ,mniej ekstremalne ,ale czemu w życiu mamy się tylko bać ?

Anonimowy pisze...

@Ewelina Lęk, wyzwania i ludzie są wszędzie,życie też. Nie wystarczy tylko jechać albo dać się wozić. Czasem najlepsza jazda zaczyna się jak wysiadasz z samochodu. Matka Teresa nawet windy nie dała zamontować, bo to był zbytek. Jechać do Kalkuty - a jedźcie sobie. Tylko spróbujcie tam zostać.

Anonimowy pisze...

@Basiek, 13:01. Sorki, ale dla mnie to nie piękne świadectwo zawierzenia ale przykład strasznej lekkomyślności. Jakoś Ci się udało. Ciekawe, dlaczego nie udało się tylu innym, wrócić z wojny na przykład. Nie odmawiali różańca?

Ewelina pisze...

Anonimowy
Tak wszędzie są ludzie i wyzwania i wiem ale czasem takie warunki i całkowite zawierzenie Opatrzności może wiele nauczyć ,wiem ,że to powinniśmy zawsze robić ,ale różnie z tym u mnie bywa .Do Kalkuty nie wybieram się jak na razie ,ale może do Francji na TZ w tym roku ,jeżeli znajdę ludzi z którymi mogłabym jechać autostopem

maliszu pisze...

Każdy z nas podróżujących autostopem zdaje sobie sprawę, że jest to pewne ryzyko- nikt nie mówi, że coś się nie może wydarzyć, a zło w równej mierze możemy odnaleźć w życiu na ulicy, jak i podróżując autostopem, ale w tej formie podróżowania jest coś szczególnego, człowiek zatrzymujący się autem ma często chęć poznania drugiego człowieka i wychodzą z tego niesamowite rozmowy, ludzi którzy w pociągu nie otworzyliby się do takiego stopnia, bo to miejsce jest bardziej obce... nigdy nie poznałabym tylu pięknych ludzi, nie porozmawiałabym tak głęboko o wierze- bo autostop daje takie możliwości... a oprócz tego można poznać inną kulturę, często zjeść tradycyjne domowe obiadki w rodzinnej atmosferze- żadne biuro podróży tego nie oferuje... ale żeby nie było tak kolorowo to szczerze powiedziawszy miałam złą przygodę, poznałam czym jest niebezpieczeństwo autostopu, ale czy apostołowie idąc do ludzi nie mieli ciężkich sytuacji, jednak każda najmniejsza owieczka, którą można było przybliżyć do Boga była warta ryzyka i ja jako wolny człowiek mogę je podjąć z całym swoim rozsądkiem
ps. nie brałam udziału w poprzednich rekolekcjach autostopowych, ale mam chęć w tym roku "zaryzykować" :D

Nocny Marek pisze...

Nie dziwię Ci się, @Maliszu. Ani trochę. Ale zdarzyło mi się otwierać i być świadkiem czyjegoś otwarcia się nie tylko w pociągu, ale nawet w tramwaju. Z biurami podróży nie jeżdżę, chociaż czasem to najtańszy sposób podróżowania. Autostopem też nie. Jak Was poznać w trasie? Po pięknych stopach?

maliszu pisze...

...po uśmiechu ^_^

eva pisze...

autostopem czy nie, zgadzam się z Maliszu, decyzje jako wolny człowiek podejmuję z całym swoim rozsądkiem...ważne to: bliskość Boga i drugiego człowieka. Apropos Ojcze K.zdrowie to dar...dar od Boga i lekarz też człowiek:)a przecież nigdzie tak nie "doznasz"drugiego człowieka jak przez spotkanie z nim...w drodze czy w gabinecie...więc nie "o, zgrozo!" tylko może " o radości nieskończona!" np :). A artykuł? o tak duży banan na ustach!

Prześlij komentarz