piątek, 12 kwietnia 2013

Nie wierzę w wychowanie przez rozmowę

Wiara w Kościele oparta jest na świadectwie, a nie na emocjach. Jeśli Bóg daje przeżycie to jest to Jego sprawa, ale daje je tylko wtedy, gdy żąda od człowieka rzeczy przerastających jego możliwości.







Co jakiś czas zdarza mi się usłyszeć: "Proszę koniecznie porozmawiać z moim synem, z bliską mi osobą, na pewno pod wpływem tej rozmowy zmieni swoje postępowanie". "Niech ksiądz jej koniecznie wytłumaczy, że robi źle!". Jeśli tylko jest otwartość na taką rozmowę z drugiej strony najczęściej się zgadzam. Wielokrotnie próbowałem, szukaliśmy wspólnie rozwiązania i rzeczywiście Duch Święty (tylko On, bo przecież nie ja) czasami wyciągał z tego jakieś dobro.

Przyznam się jednak do czegoś. Nie wierzę i nigdy nie wierzyłem w wychowanie przez rozmowę czy inny przekaz bezpośredni, wierzę w wychowanie przez przykład, przez świadectwo.

Podobnie jest z wiarą. Kryzys występuje bardzo często tam, gdzie ludzie budują swoją religijność na przeżyciu, a nie na świadkach. Jezus także chciał by Tomasz uwierzył w oparciu o świadków, a nie o emocje.

Tak bywa w grupach charyzmatycznych,  w grupach, w których istnieje mocniejsze zagrożenie budowania swojej wiary w oparciu wyłącznie o swoje przeżycie. Człowiek zbudował na tym doświadczeniu swoją wiarę i nagle Bóg mu to przeżycie odbiera. Wówczas wali się świat. Nie ma Boga, bo go nie widzę, bo go nie czuję. To problem stary jak Ewangelia, pisali już o nim Apostołowie. Starożytny tekst Didache (I wiek) wspomina, by być ostrożnym w takim podejściu.

Wiara w kościele oparta jest na świadectwie. Jeśli Bóg daje przeżycie to jest to Jego sprawa, ale daje je tylko wtedy, gdy żąda od człowieka rzeczy przerastających jego możliwości . Nigdy jednak nie daje przeżyć dla nich samych. Przeżycie religijne związane jest z tym, że Bóg żąda ode mnie pewnych zadań i ja muszę mieć tego pewność. I ta pewność jest połączona z przeżyciem.


21 komentarzy:

Kaś pisze...

Bardzo ważne jest świadectwo- to podstawa. Tylko nie ufam ustawce i pokazówce- chcę kształtować moje życie wg nauki Jezusa Chrystusa- zgodnie z Bożym nakazami- jest to ważne żeby pokazywać ludziom w rzeczywistości uśmiechem, dobrem, sobą, pracą, uczciwością istotę chrześcijaństwa- ale nie lubię 'manifestów przynależności' doprowadza to do masowego podejścia do grupy ludzi, do uproszczeń- jestem katolikiem- żyję jak katolik, nie chcę być ikoną, obrazkiem, tylko plakatem na świąteczny czas...

basiek pisze...

Zgadzam się że z tym że czasami ktoś traci wiarę z jakiegoś powodu, wydarzenia w życiu czy choroby obwiniając nie raz Pana Boga za to wszystko. Nie raz słyszę że powinniśmy wszyscy dawać jakieś świadectwo swojej wiary, owszem ale przyznam że mnie samej nie pociągają takie grupy w kościele mówię tu o trochę starszych osobach pomijając młodzież to jest dobre dla młodzieży mam takie nie jedne przykłady i znam bardzo młode osoby działające w jakichś duszpasterstwach to ich myślę trochę wychowuje kiedyś było trochę inaczej a teraz jest nawet ciekawie ale takie zgrupowania trochę starszych osób jakoś mnie nie pociągają, znam takie przypadki że są osoby w jakiejś grupie przy kościele i się właśnie bardzo tym chlubią i afiszują a w życiu to czasami nie są takimi ideałami są tacy trochę na pokaz i to mnie razi dlatego czasami wolę sobie normalnie chodzić do kościoła ile razy w tygodniu czy w niedzielę jak chcę czy wstępować i się pomodlić i to mi wystarcza.

Anonimowy pisze...

Jeśli Bóg daje przeżycie to jest to Jego sprawa, ale daje je tylko wtedy, gdy żąda od człowieka rzeczy przerastających jego możliwości

a gdy daje straszne przeżycie? takie, które przerasta możliwości?

wiem, że nic już nie wiem

basiek pisze...

No właśnie jak pomóc takim osobom myślę że tylko to możemy zrobić aby ich wspierać swoją obecnością i dawać świadectwo bycia wierzącym w Boga tylko swoim życiem mimo czasami krytyki ze strony tej osoby takie krytyki w sensie słownym że co z tego masz że tak wierzysz, modlisz się, wierzysz w cuda bo ja nie,itp nawet czytanie jakichś religijnych stron wydaje się dla takich osób wątpiących czymś śmiesznym i czasem usłyszysz że ci odbija ale mi to nie przeszkadza i sobie nadal żyję jak żyję i jestem przy tej osobie choć czasami jest to trudne.

Marta pisze...

@anonimowy, dzisiaj mogą być one straszne, z perspektywy czasu zobaczysz, że były po coś...tylko trzeba wytrwać. Do not let evil get you down
Na rekolekcjach ojciec powiedział (wiem dlaczego mądry profesor rzuca często anegdotami, zapadają głęboko :))) No więc ojciec powiedział, że nawet jak wyszło Ci przysłowiowe "gxxx" z tego właśnie "gxxx" może być nawóz i tak jest.
Nie myśl, że akceptowanie rzeczywistości przychodzi mi łatwo,boksuje się z Panem Bogiem codziennie, ale staram się, po prostu żyć :)
http://www.youtube.com/watch?v=XUf4FEiimwg

Anonimowy pisze...

A ja wierzę w wychowanie przez rozmowę. I podczas rozmowy można dawać przykład czy świadectwo- jak kto woli. Słowo (zależnie od tego kto je wypowiada i w jaki sposób) może wpływać na zachowanie, może prowokować do zmiany. Słowo(Boże)ma moc stwórczą, może stwarzać cuda, dawać przeżycia. Słowo wypowiadane przez człowieka może zadawać rany...
Pozostałej części tekstu nie rozumiem.
A raczej może, rozumiem to trochę inaczej. Bóg niczego nie narzuca człowiekowi. Nie "żąda" od niego niczego. Bóg ma pragnienie dawania, obdarowywania, a nie oczekiwania czegoś od kogoś. Jak- przykładowo- taki sobie człowieczek zwyczajny, otworzy się trchę bardziej, stanie się zdolny przyjąć ofiarowywany mu Dar ( i wcale nie musi to się stać na jakimś tam seminarium odnowy, czy w kościele, ale może np. na ulicy, w pociągu, albo podczas pracy), naturalnie przez to, on wyjdzie zaraz do innych dzielić się Tym darem. Bóg który chce dawać mu sie udzielił, to on też będzie miał takie pragnienie. Dawać, a nie tylko brać. I przeżycia które mogą się pojawić podczas spotkania z Bogiem, przyjmowania Jego darów, też nie są chyba niczym nadzwyczajnym, i rzadkim. (jeśli rzeczywiście relacja jest autentyczna) Nawet do odczuć cielesnych, przykładowo- uzdrowienia.
Jeśli szczerze pisać, to ja mam trochę wstręt do takich grup bardzo charyzmatycznych, gdzie nie ma tej naturalności, intymności spotkania z Bogiem. A nawet, gdzie wręcz zmusza się innych do pewnych zachowań. Mój brat opowiadał mi kiedyś, że był na pewnym spotkaniu , zdaje się Oazowym. Podczas modlitwy moderator powiedział, " teraz modlimy się jak Bóg podpowiada" i wszyscy zaczęli modlić się "językami". Mój brat, gęby nie otworzył. stał tak i nic nie mówił. Po spotkaniu, otrzymał pytanie, czemu się nie modlił. Modliłem się. Odpowiedział. I później już, w znaczym stopniu ograniczył przychodzenie na te spotkania.
Mam takie przekonanie, że na takich spotkaniach może dojść do prawdziwego spotkania z Bogiem, autentycznej relacji. Ale nie poprzez zbiorowe nakręcanie się czy też wręcz histerię.
No i tyle. Za dużo napisane, ale niech pójdzie.

aga pisze...

ojcze mam pytanie odnośnie tego przeżywania:
zaśnięcie w Duchu Świętym- w jakim celu to przeżycie? bo czasami mam wrażenie, że dla samego przeżycia, często odnoszę wrażenie,że ludzie padają sami, bo chcą padać a później opowiadać

to samo dotyczy mowy językami- nie potrafię zrozumieć tego charyzmatu: po co, w jakim celu, przecież Boga można wielbić na wiele innych sposobów

o. Krzysztof pisze...

Charyzmat zawsze jest dany nie dla mnie samego, ale dla wspólnoty.

Zuza pisze...

Czasem dobrze, gdy słowo idzie w parze ze świadectwem, czasem dobrze, gdy słowo świadectwo poprzedza. Niekiedy nie da się tego oddzielić. Bo żeby ktoś zauważył czyn, czasem trzeba mu powiedzieć, w którym kierunku ma patrzeć...

Iris pisze...

Przyznam szczerze, że i ja nie wierzę... :) Wiele razy odkrywając eurekę dzieliłam się z bliskimi, ( więc było to nawet moje świadectwo ) najczęściej spływa to jak po kaczce... Liczy się tylko postawa, codzienne zachowanie i modlitwa - wszystko jest dane, wszystko jest łaską.

Gosia pisze...

A Pan Jezus to wychowywał przez rozmowę...:)))

Anonimowy pisze...

Kościół piszemy z dużej litery.

Iris pisze...

Przez głoszenie Królestwa

Anonimowy pisze...

kościół- jako budynek, piszemy z małej.

Aguś pisze...

Czy ktoś mógłby wytłumaczyć mi o jakie przeżycie chodzi? Bo o ile rozumiem mniej więcej o co chodzi ze świadectwem (bo chodzi po prostu o zwykły przykład?) to nie rozumiem dlaczego wiara zbudowana na przeżyciu jest nie do końca... O jakie przeżycie chodzi? Może komuś udałoby się wytłumaczyć mi takie banalne pytanie.

Anonimowy pisze...

Słowa uczą , przykłady pociągają. Osoby autentycznie idące za Jezusem w odróżnieniu od faryzeuszy zwykle pociągają doń całym sobą i tym co mówią i tym co robią. Przeżycie emocjonalne moze doprowadzic do pierwszego spotkania z Jezusem np tak rozumiem sens znakow, cudow Jezusa, ale tez apostołów. To pierwsze spotkanie pełne emocji dla młodego człowieka może być punktem startu by pójść za Jezusem i to coś dobrego. A to, ze na uniesieniach, przeżyciach nie należy osądzaćjakosci życia duchowego ani na nich nie budować domu , bo runie -piaskowy fundament - to wydaje się oczywiste. A propos darów Ducha św., te nadzwyczajne sanajmniej ważne , a już dar języków ostatni, bo najmniej buduje wspólnotę. Co nie znaczy, żeby wylewać dziecko z kąpielą - bo charyzmatykow bardzo OK znam wielu i opierają swe życie duchowe na faktach historii własnej jako języka , którym mówi do nich Bóg , a nie na ulotnych uniesieniach.

Anonimowy pisze...

Właśnie papież Franciszek jakby się dołączył słowami homilii w Bazylice św Pawła w Rzymie do wpisów blogu O. Krzysztofa . M.in zacytowal św Franciszka, który mówił do braci: " Gloscie zawsze Dobra Nowinę, gdy będzie okazja rownież słowami" Z Rzymu pozdrowienia dla wszystkich.

aga pisze...

do Anny K.
fragment tekstu autora tego bloga z miesięcznika " W Drodze" (archiwum)

"w hymnie Matki Bożej Magnificat nie ma ani jednej prośby, żadnego lamentu nad niesprawiedliwym losem w rodzaju: „Nie podołam”, „Dlaczego ja?”, „Miałam przecież inny pomysł na życie” – jedynie wdzięczność i zaufanie, że On wie najlepiej. Maryja była kobietą bez grzechu pierworodnego, czyli bez pretensjonalnego: „Musi być po mojemu, Bóg ma się dostosować”. Ona nawet z tego, co człowiekowi ciąży najbardziej, czyli z samotności czy rutyny, uczyniła swoją drogę do świętości. Bez narzekania, bez postawy cierpiętniczej."

całość można przeczytać
http://www.miesiecznik.wdrodze.pl/index.php?mod=archiwumtekst&id=14812#.UWreCEpNGA8

aga pisze...

pomyłka, miało być pod innym tekstem,przepraszam

Magdalena. pisze...

krótko, zwięźle i na temat. i jeszcze prawda.
to ja od siebie pozdrawiam ;)
i jeszcze przypomniał mi się Lewis: "W religii, tak jak na wojnie czy we wszystkim innym, pocieszenie jest tym, czego nie znajdziesz, jeśli będziesz go szukał. Jeśli będziesz szukać prawdy, na koniec znajdziesz być może pocieszenie. Jeśli będziesz szukać pocieszenia, nie znajdziesz ani pocieszenia, ani prawdy, a tylko ckliwe bzdury i życzeniowe myślenie na wstępie oraz rozpacz na koniec". /w: "Chrześcijaństwo po prostu"/

Magdalena. pisze...

Choć tak sobie jeszcze myślę, że rozmawianie też jest potrzebne. Tyle, że martwe, jeżeli gadanie nie jest poparte świadectwem, przykładem, działaniem. Ale rozmawianie nie jest bez sensu - to mogę powiedzieć jako ten, z którym rozmawiano i od którego sporo treści odbijało się, jak od ściany. One później wracają i stają się zrozumiałe i ważne. Ale prawdą jest, że samo gadanie dla gadania jest puste. Ale mówić też trzeba - nigdy nie wiesz, co do kogo trafi i kiedy się w nim odezwie. Czasem człowiek potrzebuje usłyszeć czegoś najprostszego i zdawałoby się błahego, ale to go ratuje. ;)

Prześlij komentarz