niedziela, 28 lipca 2013

Życie na kolorowych zdjęciach

Jak to możliwe, że "prawdziwe życie" toczy się zawsze na pierwszych stronach gazet i informacyjnych serwisów.










 
Poranne zakupy pieczywa na śniadanie dla braci. W kiosku z gazetami, na pierwszej stronie, zdjęcie popularnego telewizyjnego prezentera. "Nie chciał świadków. Wspomógł bezdomnego w potrzebie" - brzmi nagłówek. Podchodzę, czytając uważniej. Późnym wieczorem mężczyzna wracał swoim lśniącym nowością samochodem do domu, na pustych ulicach zobaczył potrzebującą osobę, błyskawicznie nacisnął hamulec i wyjął kilkanaście złotych jałmużny. Piękny gest.

Tylko doprawdy nie pojmuję skąd dowiedział się o tym "nasz" fotograf? A już wiem. Przypadkowo był w pobliżu. Rzeczywiście, zdjęcie jest niewyraźne, przecież było robione w ruchu i  z zaskoczenia.

Pewien kandydat na prezydenta, zmęczony po intensywnej kampanii wyborczej, relaksuje się na samotnej przejażdżce konnej po dzikich lasach. W pobliży żadnych ludzi, kamer, zamieszkałych domów. Ujęcia na fotografiach wykonane zostały z kilku różnych miejsc. Kolejny raz brawa dla fotografów. Niezwykłe wyczucie miejsca i czasu. Potrafią ukryć się niczym snajperzy jednostek specjalnych.

W klasztornej bibliotece znajduję książkę opisującą amerykańską kampanię wyborczą od strony "marketingu narracyjnego". Zanim Barack Obama wchodził do przypadkowego baru szybkiej obsługi po przypadkową kanapkę, jego pojawienie się poprzedziły tygodnie pracy. Nad wyborem miejsca i bohaterów, którzy akurat na tej zmianie będą serwować kanapkę prezydentowi. Nad doskonałością czystego kadru, wyeliminowaniem wszelkich elementów rozpraszających widzów. Nad samym przekazem. Wydarzenie zostało dokładnie przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Niewidoczni dla widzów operatorzy kamer i fotoreporterzy. Uśmiech. Odliczone drobne. Naturalna dla sympatycznego człowieka wybranego na urząd prezydenta wymiana zwyczajnych uprzejmości z obsługą.

Żadnego samochodu, ochroniarza, szofera wkładającego torbę z hamburgerami do bagażnika limuzyny. Żadnego studolarowego banknotu. Żadnych rozpychających się kamerzystów, krzyczących fotoreporterów. Czysty, jasny plan. Zero zażenowanych sprzedawców, po spektaklu nieskładnie tłumaczących się mediom. Dla podających hamburgery to całkiem naturalne - powtarzali dobrze wyuczoną kwestię - że ciężko pracujący prezydent musi czasami zjeść, jak każdy normalny człowiek. I fajnie, po prostu fajnie, że do nich wpadł. Są bardzo z tego dumni.

Cała prawda, żadnego fałszu, wszystko naturalne i spontaniczne.

Od dawna przecież wiadomo, że prawdziwe życie toczy się zawsze na pierwszych stronach gazet i serwisów informacyjnych.  Nie tutaj.

A ci, którzy w tym "do bólu szczerym i prawdziwym" świecie kolorowych zdjęć nie chcą uczestniczyć, muszą niewiele wiedzieć. Są ubożsi, ponieważ nie znają "prawdziwego świata", "takiego jakim jest".



Jeśli chcesz coś naprawdę wiedzieć, znajdź radość w tym, że ludzie o tobie nie wiedzą i mają cię za nic.
Tomasz Kempis, O naśladowaniu Chrystusa



48 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Cała prawda :) Pozdrawiam niedzielnie. K

DR pisze...

strasznie się cieszę, że jestem tylko zwykłym, anonimowym biologiem:)
dobrej niedzieli dla wszystkich:)

Solar pisze...

Uśmiechnąłem się czytając ten ironiczny, ale inteligentny i bardzo trafny wpis. Pracowałem przy kampaniach reklamowych i również nie wierzę w spontaniczne przypadki osób publicznych. W kreowanie wizerunku tak, ale w przypadki nie.

Anonimowy pisze...

Żyję tu i dziś i prawie nie czytam gazet, w internecie z wybranych miejsc dowiaduję się o ważniejszych wydarzeniach. Stopniowo i umyślnie się wycofałam z szumu informacyjnego. Zostaje TV, który lubią oglądać inni domownicy, ale tez na reklamy patrzę z duzym dystansem i próbuje go uczyć nasze dzieci dorastające. "VIP-y" wydają mi się mało interesujący, szczególnie gdy wiadomo, że ich obraz kreują inni. Chyba najbardziej zdrowym odruchem byłoby uciekanie od sławy a nie jej poszukiwanie za wszelka cenę. W Brazylii Franciszek powiedział, że w Kościele ubogim się należy traktowanie jakby byli VIPami. To dopiero wyzwanie. Żeby tylko i im nie tworzyli dziennikarze i fotoreporterzy drugiej rzeczywistości na potrzeby mediów i dobrego samopoczucia odbiorców.

Jola F pisze...

i ja też się bardzo cieszę, że wiem tak niewiele. ;) dobrej niedzieli!

Kasia Sz. pisze...

Czytam kolorowych gazet mniej niż kiedyś. Czytam sporadycznie. Już z dystansem patrzę na bohaterów tekstów. Na opisy karier, super życia. A propos braku sztuczności też kiedyś sobie zrobiłam wpis na taki temat pt. "Naturalność", choć nie dotyczący wizerunku znanych osób: http://kasiaszarek.wordpress.com/2013/07/01/naturalnosc/
Jest tak gorąco w Krakowie, że można paść. Pozdrawiam.

jb pisze...

"Dla mnie być świętym, to być sobą.
Stąd problem uświęcenia i zbawienia
jest w rzeczywistości problemem odnalezienia odpowiedzi
na pytanie kim jestem i jakie jest moje prawdziwe "ja".

Thomas Merton

Z pozdrowieniem (-:

Monika pisze...

Kiedyś nie wyobrażałam sobie dnia bez przejrzenia jakiejś gazety. Kupowałam dzienniki, często tygodniki. Dziś nie kupuję żadnych gazet. Może mniej wiem o tym, co się dzieje dookoła, ale też w głowie mam mniejszy śmietnik niż dawniej.

Tym co nie widzieli polecam film "Pogoda na jutro" (http://www.filmweb.pl/Pogoda.Na.Jutro#) - świetnie pokazuje jak od drugiej strony wygląda to, co widzimy w mediach i w czasie kampanii wyborczych.

aga pisze...

i ja podobnie jak Monika,czytałam mnóstwo kolorowych pisemek, gazety codzienne, nie wyobrażałam sobie dnia bez codziennych newsów, czy miesiąca bez ulubionych periodyków; i przyszedł dzień nawrócenia, 8 lat- w jednej chwili wyniosłam na makulaturę wszystkie zbierane roczniki Elle czy Twojego Stylu, trudno w to uwierzyć,ale od tego czasu nie kupiłam ani jednej gazety czy czasopisma, o tym, co się dzieje czytam w internecie, wybiórczo, w podróż zawsze zabieram książkę

poczułam się UWOLNIONA, i uważam,że to jedna z łask, których otrzymałam wtedy wiele

zapraszam do Gdańska na Jarmark Świętego Dominika, zaczął się w sobotę i będzie trwał 3 tygodnie

Stomatolog pisze...

Kluczem jest odgadnięcie tego, co jest naprawdę wartościowe i pozbycie się całej reszty.

Mati pisze...

@aga: gratuluję nawrócenia i wytrzymania ośmiu lat bez prasy drukowanej! Naprawdę wielkie rzeczy potrafi uczynić Pan! Może jeszcze uda ci się zamienić książki na ebuki i bilety do kina na filimiki na youtube?

Ja niestety od kilkunastu lat namiętnie czytam gazety przy śniadaniu. Lecę co jest pod ręką: gazety lokalne, Wyborczą, Politykę albo Twój Styl. A na dodatek prenumeruję miesięcznik W Drodze. Nie wiem, jak mam z tym żyć.

Klaudia Pawlak pisze...

what?. Mati! Ebuki są fatalne,czytać się z tego nie da, nic nie zastąpi zapachu nowej książki i tego szelestu wertowanych kartek ;) .
Zamiast filmów na youtube już lepiej odpalić coś z pendrive'a na dobrym telewizorze ;)

Na gazety szkoda hajsu, już lepiej kupić jakąś książkę :)

Mati pisze...

To miało być złośliwe... Ale może nie wyszło :)))

Solar pisze...

Mati, wyszło, wyszło :) Nie chodzi o brak czytania gazet, tylko o selekcję informacji, którą do siebie dopuszczamy. Także o to, by nie wierzyć bezkrytycznie w "spontaniczne" gesty osób publicznych.

Kasia Sz. pisze...

Ja nie zachęcałabym do nie czytania prasy w ogóle. Po prostu należy czytać wybiórczo. Czytałam dużo kolorowej prasy z niższych i wyższych półek. Teraz magazyny czytam dwa razy do roku, od czasu do czasu tygodnik społeczno - polityczny i kolorowych tygodnik. Czytam "W Drodze". "W Drodze" jest pięknie wydawane. Teksty bywają - moim zdaniem - różne. Te o kulturze są przyciężkie. Lubię jak jest temat przewodni.

Lokalne gazety mają swój urok. Kiedyś czytałam je pod kątem dupereli. Gdzieś wdrapał się kot, ktoś dostał mandat za coś zabawnego itp. Ot, taki kolory codziennego życia.

Monika pisze...

@ aga
Nie do końca tak jak ja, bo kolorowych gazetek nigdy nie czytałam. Żadnych takich Elle, czy Twój styl.
Natomiast tym co radzą czytać wybiórczo chciałabym zadać jedno pytanie: jak ocenić co warto czytać, a czego nie? Skąd pewność, że to co się wybierze jest coś warte, a przede wszystkim czy nie mija się z prawdą?
Od czasu jak pewna poważna gazeta opisała pewną sytuację, którą świetnie znałam z pierwszej ręki, a po tym co napisano trudno mi było w niektórych fragmentach poznać że to ta właśnie sytuacja, nie mam zaufania do dziennikarzy. Dzisiaj rzetelne dziennikarstwo nie istnieje. Dziennikarzem może być każdy.

Dodam tylko, że "W drodze" czytam (i prenumeruję) cały czas, ale to zupełnie inna sprawa niż zwykłe dzienniki, czy tygodniki. I zupełnie inny poziom, choć też zdarzają się artykuły, które już jak widzę nazwisko ich autora, to podnoszą mi ciśnienie.

Anonimowy pisze...

np. jakiego autora?

skyfall pisze...

o. Krzysztofa Pałysa :)

Mati pisze...

Tak, Pałys jest najgorszy. Ale jest jeszcze paru autorów, zwykle z OP za nazwiskiem. Zgroza.

Mati pisze...

Dobra, to teraz na serio: ja się świetnie miałam na urlopie NIE WIEDZĄC o katastrofie pod Santiago. Myślę, że bez takich informacji można doskonale żyć. Natomiast chcąc nie chcąc po zakończeniu szkoły wiedzę o świecie czerpie się głównie z mediów lub z książek pisanych przez nielicznych naukowców o lekkim piórze albo przez dziennikarzy właśnie. I żadne tam powieści ani żywoty świętych tego nie zastąpią.

Co mnie w mediach wkurza? To, że czytelnik (internauta) statystycznie jako masa nie szuka wartościowych rzeczy. Chce krwi i spermy, a najlepiej jednego i drugiego na raz. Wkurzają mnie newsy w stylu: „Tragiczny wypadek! Zobacz zdjęcia!”. "Mama Madzi zjadła chińskie żarcie". Nie wnosi to nic do mojej wiedzy o świecie. Ale patrząc po liczbie komentarzy ludzie tego chcą.

Tego wątku z obfotografowaną jałmużną nie kumam.

Klaudia Pawlak pisze...

Mati - rozumiem Twój ból, ta właśnie niska wartość przekazywanych informacji sprawia,że po prostu nie czytam gazet, ale chłam jest wszędzie, selekcja informacji jest ważna. ,serio nie czaję jak ludzie mogą oglądać i jarać się programami typu "dlaczego ja " ,jak to jest możliwe,że takie coś w ogóle leci w TV?.
nie rozumiem również dlaczego państwo nie inwestuje w to, aby przeciętny obywatel był mądry i posiadał wiedzę o otaczającym świecie?.

skyfall pisze...

Mati, od dłuższego czasu czytam Twoje inteligentne komentarze. Czy pracujesz może w mediach, jako dziennikarz?

skyfall pisze...

dodam jeszcze, że bardzo lubię czytać Twoje mądre komentarze :)

Mati pisze...

@Skyfall: pewnie tak ;). Dlatego uwielbiam jak obcy ludzie najeżdżają przy mnie na dziennikarzy. Jak mam dobry dzień to uprzejmie przytakuję. ;)) Natomiast zaręczam, że a) istnieją rzetelni dziennikarze b) media dają to, co ich zdaniem ludzie chcą kupić. To nie jest tak, że miliony Polaków czekają z zapartym tchem na transmisje z Metropolitan Opera, a telewizja im wali na złość The Voice of Poland.

Kasia Sz. pisze...

Monika zadała do pytanie pytanie:

"Natomiast tym co radzą czytać wybiórczo chciałabym zadać jedno pytanie: jak ocenić co warto czytać, a czego nie? Skąd pewność, że to co się wybierze jest coś warte, a przede wszystkim czy nie mija się z prawdą?"

Po prostu biorę od czasu magazyn/tygodnik i czytam sobie. To jest moja wybiórczość. Nie zachwycam się nad środowiskiem dziennikarskim w ogóle ani na krakowskim. Bynajmniej nie z powodu, że serwują nam łatwe, sensacyjne treści. Jakiś taki mam uraz.

Monika pisze...

@Mati
Pudło. Akurat OP mi zupełnie nie przeszkadzają. Wręcz, jako dominikanka, życzyłabym sobie więcej artykułów pisanych przez tych z literkami OP po nazwisku :)
A ten, który mnie denerwuje, tez ma dwie literki, tylko całkiem różne od OP, a jego artykuły pojawiają się raz na czas.

Kasia Sz. pisze...

Pewnie chodzi o Wacława Oszajca SJ.

Mati pisze...

Hyhy na pewno ma SJ :)))). Mnie lekko denerwuje obecny felietonista tygodnika Do Rzeczy i pani Tessa w wersji pobożnej. Ale i tak namiętnie ich czytam.

W sprawie dociekania prawdy: jeśli się przeczyta lub usłyszy o tej samej sprawie w kilku różnych miejscach o różnych liniach programowych, to nie ma bata, gdzieś się ten środek ciężkości musi odnaleźć. Na tym (przynajmniej w teorii) polega tzw. wolność słowa i pluralizm mediów.

Pozdrawiam wszystkich i wymiksowuję się na razie. Czas oddać się urokom lata, życia w realu i czytania słowa drukowanego w książce ;)))

Monika pisze...

@Kasia - bingo ;-)

@Mati - mnie pani Tessa nie denerwuje, ale mam do niej słabość od czasu jak przeczytałam "Moją kuchnię pachnąca Bazylią", choć kolejna książka ("Dziennik toskański") nie przypadła mi do gustu.

aga pisze...

Mati - ta złośliwość i sarkazm są nie na miejscu, nie temu ma służyć ten blog, trochę więcej tolerancji dla wypowiedzi innych, myślących inaczej i doświadczających czegoś innego, resztę pozostawię bez komentarz

skyfall pisze...

ja tam lubię sarkazm Mati :)

Anna K. pisze...

Trochę nie na temat, a trochę na temat, bo o mediach. :)

Otóż, stali bywalcy bloga na pewno pamiętają, co pisałam o swoich nadziejach związanych z nowym papieżem.

Dziś dzięki mediom dowiedziałam się o bardzo dobrej wiadomości:

http://wiadomosci.onet.pl/swiat/radio-watykanskie-papiez-franciszek-rozwazy-kwestie-udzielania-komunii-rozwodnikom/1ecn5

Chciałam się tym podzielić zatem.

Anonimowy pisze...

Na deonie jest to inaczej opisane:
http://www.deon.pl/religia/serwis-papieski/aktualnosci-papieskie/art,674,co-franciszek-opowiedzial-dziennikarzom.html
Nie ma mowy o udzielaniu Komunii rozwiedzionym żyjącym w powtórnych związkach i nie powstrzymującym się od seksu. Papież mówi tam wprost, że "osoby, które zawarły nowe związki nie mogą przyjmować Komunii św."
Dopuszczenie cudzołożników do Komunii nie byłoby żadnym miłosierdziem, ale przyzwoleniem na to żeby zatracili swoje dusze, a także zaprzeczeniem tego czym jest Komunia Święta. Każdy grzech ciężki zrywa komunię z Bogiem, więc ktoś kto grzeszy, chce grzeszyć, nie żałuje że grzeszył i planuje kolejne grzechy nie może przyjąć Komunii. I nawet papież nie może tego zmienić.
Natomiast rozwodnicy w stanie wolnym, albo żyjący w białych małżeństwach mogą przyjmować Komunię. Nie ma tu niczego nowego.

Klaudia Pawlak pisze...

Popieram zdanie Anonimowego.
Przyrzekając miłość, wierność i uczciwość małżeńską należy być temu wiernym.

Nie znam małżeństwa, które jest chrześcijańskie i które się rozpada. Małżeństwa np. mojej matki czy babci rozpadły się z tego prostego powodu że nie było tam Chrystusa. Z jakiej racji rozwodnicy mieliby przyjmować Komunię jeśli cudzołożą?.

ArturK pisze...

@Klaudia Pawlak

A ja znam. Małżeństwo gdzie żona była i jest nadal bardzo mocno wierzącą kobietą a mąż ją pozostawił i wyjechał z kraju. Związał się z inną kobietą. Ona się z nikim nie związała i sama wychowywała dwóch synów. Co jednak, jakby się związała ? Przecież jest to normalne, że mogłaby chcieć mieć pomoc i wsparcie w trudnej sztuce jaka jest rodzicielstwo. Ostatecznie to nie ze swej winy znalazła się w takim położeniu. Dlaczego ma rezygnować z bliskości drugiej osoby ?

Nie można generalizować, bo nigdy nie wiesz, co może się wydarzyć w Twoim życiu. Nie wszystko zależy od Ciebie.

Klaudia Pawlak pisze...

@ ArturK - ciekawe,czy ten mąż też był taki mocno wierzący i czy realnie każdego dnia pielęgnowali tą miłość.

Jak najbardziej rozumiem, że człowiek potrzebuje bliskości drugiej osoby, ale uważam, że jeśli się obiecuje komuś, że będzie z nim, i go nie opuści ,aż do śmierci, to choćby ta druga strona zawaliła, to obietnica cały czas jest przecież aktualna , prawda?. Zawsze się wzruszam gdy czytam, że gdy człowiek zostawi gdzieś psa,lub gdy człowiek umrze, to pies często jest wierny swojemu panu [przypadki gdy pies chodzi na grób właściciela, lub gdy w nowym domu nie jest w stanie jeść z tęsknoty]
Jasne, nie wiem,co się wydarzy w moim życiu,ale po to buduję swój charakter,osobowość, uczę się wierności prostym codziennym gestom by kiedy przyjdzie powiedzieć "aż do śmierci" to by móc być wiernym.


genialnie temat wierności opisuje o.Szustak w tym video - http://www.youtube.com/watch?v=A6N_4dsteRI

Monika pisze...

@ArturK
Bóg też nam złożył obietnicę i nigdy jej nie złamał pomimo tego, że my (ludzie) odwróciliśmy się od Niego i grzeszymy ile wlezie. My mamy upodabniać się do Boga, dążyć do doskonałości, a to się przejawia m.in. w tym, że nasze słowo ma być tak-tak, nie-nie. Jak się składa przysięgę małżeńską, to się mówi "nie opuszczę cię aż do śmierci", a nie "nie opuszczę cię, no chyba że ty mnie zostawisz".
Tak, ja wiem że to nie jest łatwe, ale chrześcijaństwo w ogóle nie jest proste. To nie jest religia dla mięczaków. Albo staram się żyć jak Bóg przykazał, a jeśli zdarzy się upadek, to wstaję (lub przynajmniej bardzo się staram powstać), albo szukam innego miejsca dla siebie. Nic z tego co przykazał Bóg nie zostało nam dane na złość (żeby nam utrudnić życie, albo się nad nami poznęcać). On na serio wie co jest dla nas najlepsze.

Anna K. pisze...

Artur K. - popieram Cię z całego serca. :)

Ja też jestem przykładem takiej kobiety, jak piszesz i całkowicie zgadzam się z Tobą.

Tym, co mówią o przysiędze zwracam uwagę na mały szczegół: osoby wchodzące w związek małżeński NIE przysięgają celibatu, więc trwanie w celibacie po porzuceniu przez męża wcale nie jest dotrzymywaniem żadnej przysięgi.

Dotrzymywaniem przysięgi byłoby wprowadzenie się do domu i do łóżka byłego męża i życie z nim i z jego kochanką razem, ale chyba też nie do końca, bo życia w trójkącie też się nie przysięgało.

Jeżeli chodzi o mnie, to ja nie mam zamiaru nigdy byłego męża porzucić w sensie życiowym. Zawzse z końca świata chcę mu przyjść z pomocą, podobnie jak on mnie. Pomagamy sobie wzajemnie, choć ma nową rodzinę i nowe dziecko z moją następczynią.

Tak jedynie mogę realizować przysięgę, że go nie opuszczę w potrzebie, bo innych aspektów nie mogę realizować, co oczywiste.

Będąc w celibacie absolutnie nie wypełniam przysięgi małżeńskiej, bo przysięga ta zakładała BYCIE RAZEM, a nie życie w pojedynkę.

W moim małżeństwie był cały czas Jezus obecny i miłość do Niego pielęgnowana, a jednak rozpadło się. Miłość między małżonkami też była pielęgnowana, bo i tak miedzy mną i mężem na jakimś poziomie (ludzkim) ta miłość ocalała mimo rozwodu, ale jest to miłość w innym wymiarze, więc i tak nie ma najmniejszych szans na zejście się, a na pewno nie za cenę porzucenia drugiej rodziny i tego małego niewinnego dziecka, co się w niej urodziło. Zresztą mój były mąż NIE CHCE żadnego powrotu, bo już ma swoje życie.

Bliskość z drugim człowiekiem jest ważna, na przykład dla mnie i jest ona związana z moim powołaniem życiowym. O tym powołaniu mówią piękne książki katolickie z "teologii ciała" i tam jest wyraźnie napisane jak to kobieta potrzebuje mężczyzny i "iścia" z nim przez życie itp. Ja nie jestem ufoludkiem, tylko kobietą i - teraz najważniejsze - jestem pewna, że Jezus doskonale rozumie takie osoby jak ja i Jezus nie odbierałby im Eucharystii.

Eucharystię odbiera niewinnym ludziom nie Jezus, a źli ludzie.

Dobrze, że teraz jest szansa, że coś się zmieni.

Uzupełniłam temat i nie będę dyskutować, nawet jak ktoś do mnie tu napisze, bo obiecałam ojcu Krzysztofowi, że nie będę prowadzić takich dyskusji.

Chciałam jedynie tu poprzeć Artura K. i powiedzieć wszystkim osobom, które tak łatwo szafują wyroki, że niestety w życiu nie jest tak jak myślą.

Pozdrawiam Artura K. i ojca Krzysztofa.

Klaudia Pawlak pisze...

Ale jak można sobie tak zostawić rodzinę i stworzyć drugą?.
Biblia wyraźnie mówi - co Bóg złączył, człowiek ma nie rozdzielać. Każdy przechodzi kryzysy w życiu, gdyby każdy mając kryzys poddawał się to na prawdę byłoby kiepsko. Czy Jezus mówiąc o nierozerwalności małżeństwa nie był w swoim bóstwie świadomy jak trudno jest być małżonkom razem aż do śmierci?.

Pani Aniu , polecam Pani film "ognioodporny" , na chomiku jest, niesamowicie pokazuje ,że miłość da się ocalić.

Monika pisze...

@Klaudia
Z Anną K. nie ma co dyskutować. Ona OD LAT (odkąd pojawiły się możliwości komentowania na dominikańskich stronach) pisze jedno i to samo. Każdą dyskusję potrafi w końcu sprowadzić do tego samego tematu i zawsze wie lepiej od Boga co On powiedział i co miał na myśli. Albo może wydaje jej się, że jak milion razy powtórzy, że 2+2=6 to w końcu tak zacznie być.
Cóż można powiedzieć? Niech sobie dalej wierzy w to co pisze i czeka na zmiany, jeśli jej to sprawia przyjemność .......... powodzenia życzę.

Anna K. pisze...

Klaudio, może i miłość da sie ocalić - tak, żeby mąż, któremu żona znudziła się, mimo tego, że ona naprawdę jest w porządku, stara się dla niego i kocha go i modli się o pokonanie kryzysu, CHCIAŁ z nią być i z nią był.

W prawdziwym życiu jednak bywa tak, że w niektórych przypadkach da się ocalić (czyli mąż ZECHCE być z żoną, bo do tego to się sprowadza), a w innych nie (bo NIE ZECHCE), a w innych nie da się ocalić.

Nie ma się na to wpływu czy druga osoba zechce i czy przezwycięży coś tam w sobie czy nie. Taka jest prawda. Mamy wpływ tylko na siebie.

Ja wiem o sobie, że byłam dobrą żoną, nigdy męża nie zdradziłam i zawsze miałam dobrą wolę i chęć naprawiania związku i pracy nad sobą i wybaczałam wszystko z nadzieją, że będzie lepiej, modliłam się itp.

Nasz związek rozpadł się, co dało się stwierdzić po latach, głównie przez mechanizmy, które oboje odziedziczyliśmy (bez naszej winy) z rodzin pierwotnych, które były rodzinami bardzo problemowymi. Nie mieliśmy świadomości tego, jak strasznie jesteśmy tym obciążeni i choć staraliśmy się przeciwdziałać, to jednak w związku dochodziło do rzeczy bardzo złych, cierpiały na tym dzieci, nie chcę za dużo opowiadać. A więc, choć Bóg był obecny u nas każdego dnia, to jednak ta cała dynamika "wygrała" i niestety rodziny już nie ma.

Czy miłość da się ocalić - w moim przypadku potwierdzam, że tak, tyle że w wymiarze takim ludzkim, rodzicielskim, w wymiarze szacunku do siebie i współpracy jako ludzie, których na zawsze będą łączyły dzieci i jakieś tam wspólne wspomnienia. W wymiarze takim, że jest się razem, fizycznie, psychicznie i w codzienności i po prostu dzieli się życie - niestety nie.

Fakty są takie, że jestem sama, i że nie mam powołania ani do samotności ani do życia konsekrowanego ani też nie mogłabym być lesbijką. Mam natomiast powołanie do związku. Jestem normalną kobietą, taką jak te, o których Kościół (i komentatorzy katoliccy) piszą z taką aprobatą, jak to fajnie kobiecie być z mężczyzną i jak to kobieta realuzuje wtedy swoje powołanie. To jest też o mnie, tyle że komentatorzy (nawet i tu, na blogu) uważają, że jestem chyba jakąś inną kategorią człowieka, nie kobietą. :(

Uważam po prostu za niesprawiedliwe, że za realizowanie powołania komuś kompletnie niewinnemu i kochającemu Boga i żyjącemu modlitwą i sakramentami, hierarchowie Kościoła odbierają sakramenty.

To jest do zmiany i cieszę się, że papież Franciszek to dostrzega.

Dziękuję za jakąś chęć dobra dla mnie, która (wydaje mi się) przebija z polecenia mi filmu.

Nie wiem jednak czy czuję się na siłach oglądać historię o tym jak do kogoś mąż wrócił. Do mnie nie wrócił i nic już tego nie zmieni, żaden film.

Żaden film nie zmieni też tego, że jak ktoś mnie pokocha z wzajemnością i tym razem nie odrzuci, jak mąż, to wtedy zostanę okrzyknięta osobą żyjącą w grzechu i nie będę miała prawa do sakramentów.

Chyba, że coś się zmieni. Zawsze jest nadzieja.

Pisałam wcześniej o tym, bo nie jest mi obojętny ten stan niesprawiedliwości w Kościele. Wiele osób czyta moje wpisy i nie komentuje ich, może nawet osoby duchowne. Wierzę, że ten mój głos ma jakiś wpływ na rzeczywistość. Być może, takim "efektem motyla" jest to, że głosy ludzi takich jak ja dotarły do papieża, i że może on teraz tę niesprawiedliwość zniesie i przywróci godność Jezusowi, który w Ewangelii właśnie ujmował się za osobami niewinnymi i cierpiącymi, a jeżeli kogoś nie lubił, to tylko ludzi nadmiernie i fałszywie pobożnych, wpatrzonych w paragrafy, a nie widzących człowieka. CDN.

Anna K. pisze...

CD.

Myślałam kiedyś jakiego porównania użyć dla ludzi, którzy tak lekką ręką szafują wyroki, że np. powinnam być sama do końca życia, bo to takie oczywiste, skoro "przysięgałam".

Najlepszym obrazem jest obraz ogródka: ja ślubowałam, że będę uprawiać ogródek, dbać o niego, podleać itp. I to robiłam, dopóki nie spadła bomba i nie unicestwiła go. Widzę teraz lej po bombie, bo ogródka nie ma. I osoby, takie jak wielu tu piszących mówią mi: skoro przysięgałaś dbać o ogródek, to teraz masz siedzieć nad lejem po bombie i patrzeć na niego. Nie wolno Ci już do końca życia założyć ogródka na innym spłachetku terenu i cieszyć się, że rosną Ci kwiaty, warzywa, że przylatują tam ptaki i motyle. Nie wolno Ci robić użytku ze swojego talentu ogrodniczego i miłości do roślin. Nam wolno, my mamy ogródki. Czasem napiszemy coś na blogu, jak to ciężko z ogródkiem, jak trzeba podlewać, w upale pielić chwasty. I wiemy, że Ty byś chętnie pieliła i podlewała i znosiła te trudy, bo masz do tego powołanie i cieszyłoby Cię to, że są efekty, że coś rosnie, że fajnie mieć ogródek. No, ale cóż, Ty ślubowałaś pielęgnować ogródek, a teraz masz lej po bombie, to skoro ślubowałaś, to siedź i patrz na ten lej - dołącz do grupy ludzi, którym też spadła bomba i siedzą i patrzą w ten swój lej i wspierają się. Nie możesz zaznać radości. Jesteś już przegrana na zawsze. Chyba, że pójdziesz do sądu i sąd uzna, że nie miałaś nigdy ogródka (co jest nieprawdą, bo miałam). A jak założysz ogródek, to nie wolno Ci będzie przeżywać komunii z Jezusem, będzie to tak, jakbyś odrzuciła Jezusa.

Tak wygląda właśnie rozumowanie, które słyszę na mój temat (i na temat innych osób w mojej sytuacji).

Modlę się więc o zmiany w Kościele.

Mój własny los i decyzje są niezależne od tego co wymyśli papież, ale wolę, żeby była przywrócona sprawiedliwość i duch Ewangelii w Kościele, który jest też i moim domem.

To tyle ode mnie. Niestety coś dopisałam, ale wierzę, że już nie muszę. Przykład z ogródkiem powinien Wam pomóc zrozumieć sprawy. EOT.

ArturK pisze...

Tez Cie pozdrawiam. Wszystkiego dobrego Anno!

Anonimowy pisze...

dla Anny K. : www.fronda.pl/a/terlikowski-malzenstwo-rozwod-i-eucharystia,29801.html, z pozdrowieniami i ... na prawdę to nie w naszej mocy sprawic , byś miała czego chcesz:-)

Anonimowy pisze...

do Anny:
cytuję ojca Krzysztofa

"Pycha jest brakiem zgody na przyjęcie niepowodzenia.

Dzisiaj człowiek modli się z pretensjami do Boga: „Daj mi to, daj mi tamto”. Człowiek biblijny modlił się jednak inaczej: „Niech się spełni Twoja wola Panie, bo wierzę, że Ty widzisz więcej, dalej. To co nawet ze mną nie jest najważniejsze, Ty Boże chcesz dla mnie szczęścia. To wystarczy”.

Gdy umieramy dla kogoś poprzez upokorzenia lub odrzucenie mamy dwie możliwości. Skupić się na tym bólu, rozżalając się nad nieszczęsnym losem. Taka postawa jednak zniszczy i nie ma z niej nic dobrego. Gdy jednak człowiek postara się wyjść poza swój ból i powierzy go Chrystusowi, wówczas On będzie działał w nim cuda."

daje do myślenia

Klaudia Pawlak pisze...

Pani Aniu - ale ja nie głoszę swoich wymysłów tylko to co Jezus mówił.Jezus wyraźnie powiedział, - co Bóg złączy człowiek ma nie rozdzielać.Jak sobie myślę o miłości,to myślę,że największym jej wyrazem jest to,że nawet jeśli druga osoba odejdzie,to moje ciało i dusza cały czas należy do tej osoby,bo jest się oddanym jej w całości,aż do śmierci. To tak jak z prezentem,to,że z kimś się pokłócę to nie znaczy,że zabieram jej prezent dany kiedyśtam i szukam kogoś innego kto przyjmie mój prezent.

Poza tym mamy dawać świadectwo, młody człowiek bardzo mocno potrzebuje widzieć wokół siebie, że da się kochać jedną jedyną osobę całe życie, kiedy widzi, że jego bliscy się rozchodzą i tworzą sobie nowe ogródki to ogromnie się boi,że jemu samego nie uda się stworzyć ogródka, bo skoro widzi,że z innych ogródków są ruiny..to jak wierzyć,że samemu da się radę?..

Klaudia

Anonimowy pisze...

Anno w pojedynkę też da się żyć jak ślubowałaś mężowi przed Bogiem to żyj tak jak Bóg przykazał wiem że można tak żyć trzeba tylko tego bardzo pragnąć i modlić się o łaskę by umieć tak żyć przecież nie jedna kobieta żyje nawet w pojedynkę bez faceta i potrafi i nie chodzi ze skwaszoną miną tylko żyje pełnią życia a Ty masz jeszcze ten plus że masz dzieci. Proś Boga o łaskę byś się wyciszyła i pogodziła się ze swoją sytuacją. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

1 strona gazety- 1 lawka w synagodze - jakos mi sie tak skojarzylo, wszyscy mamy problem z tym zeby nie szukac swego w tej wierze, cieplego miejsca w ktorym mozemy zablysnac pochwalic sie uniesieniami Bozymi, coz....jakos tak postrzegam ze czlowiek dojrzewa kiedy wiecej slucha innych bo sam o swoim zyciu z Bogiem nie potrzebuje sie dzielic, chyba ze sytuacja tego wymaga, moze tak nieskromnie powiem ze tak mam, ze meczy mnie walkowane rozmowy o Bogu, kiedy brak w nich ciszy, spokoju, kiedy wiecej jest szukania ego i chwalenia sie,kiedys tak bylo ze robilam tak samo, gadalam mowilam, juz czulam sie w 10 stopiniu nawrocenia, dzis przyznaje nic nie wiem, a to co wiem niech zpstanie w sercu
po przerwie
rekolekcjinistka z Edin

Prześlij komentarz