wtorek, 13 marca 2012

Ojciec Joachim o szczęściu

W niedzielę minęła druga rocznica śmierci ojca Joachima Badeniego. Wiele osób twierdzi, że doświadcza jego wstawiennictwa. Nawet ci, którzy nie poznali go osobiście.








W książce "Stąd do nieba" Artur Sporniak i Jan Strzałka pytają o. Joachima o szczęście:

Niech Ojciec wyobrazi sobie młodego człowieka, który pyta, jak być szczęśliwym, i nie mieszając mu w głowie istotowością niech Ojciec wskaże mu drogę do szczęścia. 


Powiedziałbym temu młodzieńcowi, że droga do szczęścia jest prosta: kiedyś pozna, a może nawet już to się stało, ładną dziewczynę, zakocha się w niej, i to ze wzajemnością, ale będzie musiał widzieć w niej nie tylko atrakcyjną kobietę, ale przede wszystkim człowieka niepowtarzalnego, a to wielka różnica. Miłość go odmieni i postawi przed nim ogromne wyzwania, choćby konieczność pielęgnowania w ukochanej jej człowieczeństwa.

A potem powiedziałbym, że uroda i młodość nie są wieczne, kiedyś więc jego ukochana zmieni się fizycznie, być może zmieni się także jej usposobienie, bo jak powiadają la donna e mobile. Kazałbym przyjrzeć się uważnie siedzącej obok niego ślicznej i pełnej uroku istocie, i powiedziałbym: to jest urok kobiecy, ale dojrzyj w niej także urok człowieczy, pokochaj w niej nie ten pierwszy, ale ten drugi. Jeśli zdobędziesz się na to, zyskasz ogromne szczęście.

Prostej drogi do szczęścia niż pokochać w partnerze czy partnerce człowieka nie widzę, bo jeśli nie odkryjemy w nim człowieka, czekają nas niechybne rozczarowania, które rozłożą małżeństwo.


Czy ja czuję się szczęśliwy? Nigdy się nad tym szczególnie nie zastanawiałem, ale po sześćdziesięciu czterech latach przeżytych w klasztorze nie wątpię, że życie zakonne dało mi i wciąż daje poczucie szczęścia.






63 komentarze:

nashim pisze...

wzruszyłam się...

Oczywisty pisze...

Ja też. To ideał patrzeć tak na kobietę... Chciałbym tak umieć.

nashim pisze...

a tak przy okazji tekstu o ojcu Badenim tylko wspomnę, że wyprosił mi świetną pracę, znacznie więcej niż to o co prosiłam. Nie ma to jak znajomości-arystokratyczne...

Anonimowy pisze...

http://sanaree.salon24.pl/398469,joachim-badeni-op-ojciec-zosima-naszych-czasow

o. Krzysztof pisze...

Świetny tekst powyżej "Anonimowego" polecam! Starzec Zosima naszych czasów...

Zuza pisze...

Ks. Pawlukiewicz w jednym ze swoich kazań powiedział do zebranych dziewczyn, żeby wchodząc w relację, w związek z mężczyzną, stawiały sprawę tak: niech mnie pokocha nudną! Niech mnie pokocha kiedy jestem chora, leżę z gorączką, jestem spocona. Niech mnie pokocha kiedy jestem niewyspana, zmęczona, mam podkrążone oczy....

Tak łatwo pokochać piękno. "You,re beautiful" śpiewa James Blunt. A pod tym pięknem kryje się zmęczony, czasem chory, spocony, niewyspany, a może niekiedy nudny człowiek. Bo każdy człowiek ma wady, ten piękny też. grunt to pokochać go nie za piękno, tylko mimo wad. Bo człowieka kocha się NIE ZA COŚ, tylko MIMO CZEGOŚ...

DR pisze...

Ojciec Joachim ujął mnie kiedyś stwierdzeniem, że spotkał Chrystusa pod prysznicem ( dla niedowiarków: na dominikanie.pl o.Tomasz Nowak zamieścił kiedyś fragment spotkania o.Badeniego z młodzieżą i tam to było),a ujął dlatego,że mnie się na przykład najlepiej rozmawia z Bogiem podczas prasowania,więc kiedy to usłyszałam, pomyślałam sobie, no widzisz Dorota, z Tobą jednak wszystko ok:)
a co do istoty kobiecej natury, to pewnie czytaliście "Kobieta, boska tajemnica"-czyli rozmowy z o.Joachimem o kobiecości, dla mnie bardzo piękny opis istoty sprawy
dobrego dnia:)

Anonimowy pisze...

czy sa jeszcze tacy faceci ktorzy kochaja nie za piekno zewnetrzne tylko duchowe?

Jolaśka pisze...

anonimowy z 10,03
z całą stanowczością stwierdzam że tacy faceci SĄ :-)
kobiety kochające w ten sposób też SĄ :-)
kwestia czasu by spotkać tę/tego właściwego, no chyba że przewidziano inną drogę życia......

Anonimowy pisze...

Jolaska podnioslas mnie na duchu....dzieki :-)))


sorry nie wiem czemu ta opcja addresowa nie dziala wiec jestem anonim z 10.03=co calkiem mi sie podoba

URL ends with an invalid top-level domain name

cicicada pisze...

kojarzę, że na którymś z Beczkowych openów też były przez o. Joachima poruszane tematy kobiet, miłości, związków itd. Nie pamiętam dokładnie który to open, ale jeśli ktoś ma ochotę to warto przegrzebać poniższego linka... jest tam również wiele innych dobrych nagrań:]
http://www.beczka.krakow.dominikanie.pl/index.php?section=audio

AlaM pisze...

Można w partnerze zobaczyć i pokochać człowieka. Co jednak zrobić z tęsknotą za urokiem kobiety / mężczyzny? Niezależnie od tego, czy chce się tego czy nie - można ulec ...

Zuza pisze...

W związku, narzeczeństwie, a potem w małżeństwie nie można wszystkiego odkrywać od razu. musi pozostać tajemnica, możliwość ciągłego odkrywania, żeby się sobą nie znudzić, żeby ta druga połówka była ciągle fascynująca, w pewien sposób nieprzewidywalna. Tajemnica zawsze przyciąga, bo jeśli coś tam jeszcze jest, czego nie wiem, to zostanę, żeby się dowiedzieć.

Więc jak mężczyzna pokocha taką chorą, trochę nudną, nieumalowaną, zmęczoną, to nagle zdrowa, bez gorączki, wypoczęta, mogę zatrzepotać podkreślonymi rzęsami i okazać się duszą towarzystwa.

Piękno fascynuje, przykuwa uwagę, jest nieodłącznym elementem pierwszego wrażenia, tym bardziej u mężczyzn, którzy są wzrokowcami. Ale jest też odczuciem subiektywnym. Nie ładne to, co ładne, ale co się komu podoba. A poza tym, to kto powiedział, że piękno fizyczne nie może iść w parze z pięknem duchowym? Chodzi tylko o to, ze to fizyczne szybciej może stracić na atrakcyjności. choć znam przypadki, gdzie to duchowe też okazało się tylko złudnym pozorem pierwszego spotkania... Nie ma na to reguły.

Zuza pisze...

Właśnie w radiu leci piosenka Grażyny Łobaszewskiej "Brzydcy":

"Gdzieś tu chyba zakpił los
Ona brzydka, brzydki on
A taka ładna miłość, aż nierealna wręcz
Tak jakby ich spowiła tęcza tęcz
I wszechobecna siła
Tknęła najczystszy ton
Tkliwy serca dzwon"

Brzydka ona, brzydki on, a taka ładna miłość :) To chyba właśnie o to chodzi, nie? O tę ładną miłość....

Jolaśka pisze...

AlaM
może wredność przeze mnie przemawia ale trudno wyłazi charakterek...
ulec owszem można, tylko tym człowiek różni się od zwierzaków że ma rozum, wolę, rozeznanie i nad uleganiem potrafi zapanować.
A tęsknota, póki nie robi się tym komuś krzywdy (np. temu z kim jesteśmy w związku) chyba nie jest szkodliwa :-)

Zuza pisze...

Ktoś ostatnio miał niedobór mojej obecności, to teraz będzie miał przesyt, ale mam nieodpartą potrzebę podzielenia się:)

Joanna Chmielewska, autorka kapitalnych kryminałów, popełniła kiedyś książkę o takim wdzięcznym tytule "Jak wytrzymać ze współczesną kobietą?" (spokojnie, "Jak wytrzymać ze współczesnym mężczyzną" wcale nie jest mniej obfita w treści:)). I w tym znakomitym dziele Chmielewska pisze:

"Zadziwiający jest jedne fakt (...). Najinteligentniejsi mężczyźni strasznie lecą na najgłupsze kobiety. A potem jakoś posępnieją, denerwują się i bardzo dziwią, że trudno im wytrzymać. Jak wiadomo, inteligencja głupocie nie przeszkadza...", po czym dodaje, że "Głupie kobiety nader często bywają piękne".

Ze względu na fakt, że mężczyźni są, bądź co bądź, bardziej wrażliwi na wizualne doznania, układa się to w całość. Ale kiedy pisałam wyżej, że mężczyźni powinni kochać nas nudne, zmęczone, niewyspane i pogrążone w przeziębieniu, a dopiero potem odkrywać nasze wdzięki, nie do końca to miałam na myśli...:)

PS. Nadal uważam, że piękno duchowe i zewnętrzne wrażenia estetyczne nie muszą się wykluczać:)

Anonimowy pisze...

"Brzydka ona brzydki on" ok, ale jakoś nie słychać "brzydka ona piękny on" ;) Zresztą już od dzieciństwa wtłacza się do głowy bajeczki, w których występuje piękna księżniczka. On może być np. zaczarowany w żabę, być garbaty, przerażający, ale ona zakochuje się w nim, bo on ma dobre serce, charakter itp. Jakoś w drugą stronę takiej bajki nie ma? I niestety to nie tylko bajki. Facet to facet. I nie ważne świecki czy duchowny, ładną kobietę na początku zawsze potraktuje inaczej niż tą... mniej ładną.

Paoop pisze...

Ooo.. to jednak kocha się za coś a nie mimo czegoś?;) No i jeszcze zwróciłbym uwagę na wzajemność, a nie desperację… Wszystko jest kwestią wyboru. Tak naprawdę szczęście jest zawsze inne, miłość jest zawsze inna. A jeśli coś jest piękne to też wcale nie dlatego, że my to kochamy. Celowo taki wstęp, aby napisać, że nie ryzykowałbym ustalania reguł i definiowania, bo ono ogranicza. Właśnie ja tak naprawdę to nie wiem o co chodzi…. Jedyną pewną rzeczą są wątpliwości:)

Zuza pisze...

@Paoop: Ostatni wpis był z lekko przymrużonym okiem, bo akurat coś mi pod powiekę wpadło. Zakochujemy się w kimś mądrym, błyskotliwym, z poczuciem humoru, taktownym, spokojnym, wyrozumiałym....etc. i tak możemy w nieskończoność. ZAKOCHUJEMY się, a nie KOCHAMY, bo zakochać się, a kochać to dwie różne rzeczy. Ale kochamy potem osobę pomimo, że chrapie, nie wstawia naczyń do zlewu, wkurza się o byle co, nie wrzuca brudnej koszuli do prania, nie lubi przeciągów, choć my uwielbiamy siedzieć przy otwartym oknie, nie smakuje mu zapiekanka wg przepisu mamusi, choć lepszej w życiu nie jedliśmy....

Ja wiem, że w takiej wirtualnej wymianie zdań jest trudno odnieść się do intencji, ale czasem trzeba, może nie - warto zajrzeć głębiej. dalej uważam, że nie za coś, tylko mimo czegoś kochamy. A zakochujemy się, owszem, w czymś, co nas urzeka, bawi, intryguje...

@Anonimowy z 12:00: A Shrek i Fiona? Na końcu pierwszej części, kiedy po pocałunku zostaje z niej zdjęty czar i okazuje się, że Fiona dalej jest ogrzycą, Fiona mówi wtedy: "Nie rozumiem, przecież miałam być piękna!". Na co Shrek odpowiada: "Przecież jesteś piękna"

Ale to bycie księżniczką w bajkach jest symbolem, tego też nie można brać tak dosłownie, to ma swój wymiar psychologiczny...

Paoop pisze...

@Zuza: Jak już w taki sposób mi odpisujesz to ja jeszcze dodam zauroczenie;) Skomentowałem wszystkie wpisy, nie tylko ostatni:) Moje pierwsze zdanie było także trochę z przymrużeniem oka.... Choć nadal uważam, że i za coś i mimo czegoś:) Ciągle zakochiwać się? Jak już to chyba ciągle w tym kimś kogo się kocha:)

AlaM pisze...

Jolaśka
Komentowałam tezę, że z czasem w swoim partnerze należy znaleźć i pokochać człowieka.
Jeśli ulegnie się takiemu podejściu w dalszym ciągu pozostaje tęsknota za zakochaniem. Tęsknota nie spożytkowana na męża / żonę może spowodować poczucie "beznadziei" albo ... ulokować się w innej osobie ;). A wtedy szkodzi ... co najmniej wg mnie.

Dor pisze...

hm..ja bym się bała powiedzieć, że kocha się "mimo"...Każde "ale" jest dla mnie ograniczaniem miłości(której nie będę próbować nawet definiować,to by było dopiero ograniczanie...)Więcej nie wiem,niż wiem,jak się dłużej zastanowię.A jak krócej to myślę, że każdy jest piękny,bo do Niego podobny;-)

Zuza pisze...

@Paoop: Jak zakochiwać się, to ciągle w tej samej osobie - kapitalne i elegancko wpisuje się w to odkrywanie w ukochanej osobie nowych tajemnic. Odkrywam coś, zaskakuje mnie i na nowo się w tym zakochuje - doświadczam euforii, ekscytacji, mocniej bije serce, rozszerzają się źrenice... Jak na pierwszej randce:) Super, podoba mi się taka teoria...;)

AlaM pisze...

Mam jeszcze pytanie - o jakiej perspektywie mówicie w ciągłym zakochiwaniu się w tej samej osobie? 5 lat, 10 lat ... czy nasi rodzice po 25 latach są w dalszym ciągu zakochani w sobie?

DR pisze...

@AlaM- a czemu nie ? można być zakochanym w swojej żonie czy mężu, do końca swoich dni.. Miłość nie ma wieku, ewoluuje, ale sedno nadal jest takie samo.

pozdrawiam:)

Zuza pisze...

@AlaM: ks. Pawlukiewicz opowiadał kiedyś taką historię, że chodził do szpitala i tam jeden mężczyzna poprosił go o spowiedź. Kiedy wszedł do sali, przy łóżku siedziała żona pacjenta, którego miał spowiadać. Jak zobaczyła księdza, podniosła się, pożegnała z mężem i wyszła. pacjent poprosił jeszcze o chwilkę, bo powiedział, że jak żona wychodzi, to on jej jeszcze z okna macha, jak ona idzie przez parking. Po czym dalej ks. Pawlukiewicz opowiada, że ten mąż tak stoi w tym oknie i macha, to i ks. Pawlukiewicz się do tego pożegnania przyłączył...:) I nagle ten mężczyzna, ciągle patrząc na parking za odchodząca żoną, mówi: "Proszę księdza, co za babka. 30 lat małżeństwa i jeszcze jej nie rozgryzłem...".

Nieraz widzę pary staruszków w parku albo w autobusie, jak spacerują trzymając się za ręce, albo jak ona z troską poprawia mu szalik... Takiego zakochania wielu młodych mogłoby im pozazdrościć...

AlaM pisze...

Ja przewrotnie powiem - tak, zgadza się, też widziałam takie pary. Ale mnie spotyka tu i teraz stado wątpliwości. Coś co działało przez 5, 10 czy 15 lat wcale nie musi w 16-tym roku! Dobrze się pisze hipotetycznie, ale proste to na pewno nie jest - skoro tylu ludzi zmienia swoich wybranych wcześniej "na zawsze".
Ja mówię, że mimo dobrych założeń i chęci, zakochanie po raz siódmy w tej samej osobie może nie wyjść, a pomysł, że w mężu / żonie zobaczę człowieka ... no cóż. O nie mam jeszcze 70 lat - nie mówi to do mnie.

Jolaśka pisze...

AlaM
po 20 latach wciąż działa zakochiwanie się w tej samej osobie:-) I chęć bycia mimo wszystko, w zdrowiu i chorobie w bogactwie i biedzie, byle razem :-)
Życzę Ci takiej miłości.

AlaM pisze...

Ja sobie też ... :)
Dzięki wielkie.

Gosia pisze...

Potwierdzam słowa Jolaśki - po 22 latach małżeństwa. Co nie znaczy, ze jest łatwo :).
Mam wrażenie, że ludzie dziś nie lubią pokonywać wspólnie trudności, ale przy pierwszym poważniejszym problemie - uciekają. Nie przypuszczają, że za zakrętem jest jeszcze piękniejszy pejzaż niż jakikolwiek przedtem.

DR pisze...

@ AlaM- po 21 też działa:) a moja babcia zażyczyła sobie być pochowana z listami, które dostawała od dziadka przez cały okres małżeństwa,to była miłośc jak z brazylijskiej telenoweli, tyle,że prawdziwa:) Trwałe i piękne miłości są obok nas, nie są fikcją literacką, mogę Cię o tym zapewnić:))
wszystkiego dobrego:)

AlaM pisze...

Jeśli ocenia się coś z perspektywy lat - fajnie opisuje się "a pamiętasz, wtedy ... ale daliśmy radę". Na zakręcie nie jest wcale tak fajnie ...
Nasza religia daje jasne zasady i porządny fundament - całe szczęście, bo człowiek ze swoimi pomysłami na osłabianie sumienia nie dał by rady. Kiedyś pisałam na forum w gronie ludzi, którzy nazywają się ateistami. Zaryzykowałam tezę, że my chrześcijanie mamy łatwiej - wystarczy "tylko" być wiernym zasadom. Ale nie trzeba tych zasad samemu odkrywać.

Baś pisze...

Notka o tym, oczym przez pół dnia myślę- rewelacja!
Niby wiem, że nie kocha się za coś, nie kocha się bo, że trzeba pokochać CZŁOWIEKA w drugiej osobie, ale przecież kocham konkretną osobę x, a nie Kowalskiego spod budki z piwem lub prezesa Iksińskiego. Co sprawia, że kocham akurat tę osobę, skoro nie kocham za coś?

nul(ka) pisze...

Ja tak na marginesie tych co to brzydka ona brzydki on, że może ważniejsze od tego za co i w kim, jest - czym?
Potrenować serce żeby się umiało naprawdę rozciągnąć na to co widzi i sięgnąć po to co przyczajone w głębi?
Tak tylko, kijek w szprychy.
Jeszcze się przejmować że inni są piękniejsi. Czasu szkoda na oczywistości. Jakby w duchu coś ładnego było to na wierzch przesiąknie, a jak nie ma? To jest kłopot sam w sobie za duży żeby się jeszcze urodą przejmować :)
Serdeczności. Pięknym brzydkim ,zakochanym i zahukanym .

Zuza pisze...

@Baś: To jeszcze raz. Ja to widzę tak:
Zakochujemy się w kimś ZA jego mądrość, błyskotliwość, poczucie humoru, takt, spokój, wyrozumiałość....etc. i tak możemy w nieskończoność. ZAKOCHUJEMY się, a nie KOCHAMY, bo zakochać się, a kochać to dwie różne rzeczy.

Ale kochamy potem osobę POMIMO tego, że chrapie, nie wstawia naczyń do zlewu, wkurza się o byle co, nie wrzuca brudnej koszuli do prania, nie lubi przeciągów, choć my uwielbiamy siedzieć przy otwartym oknie, nie smakuje mu zapiekanka wg przepisu mamusi, choć lepszej w życiu nie jedliśmy....etc. i tak możemy w nieskończoność.

Chodzi mi bardziej o to, że czas zakochania sprawia, że patrzymy na tę drugą osobę przez różowe okulary i widzimy tylko jej zalety, nie widząc wad. Natomiast w momencie, gdy przychodzi prawdziwe, dojrzałe kochanie (jako kolejny miłości, po zakochaniu), to zaczynamy mocniej widzieć wady. Zalety wcześniej dostrzeżone też równie wyraźnie. Ale kochamy POMIMO tych wad, które wcześniej w tych różowych okularach zwykle nam się rozmazują....

Baś pisze...

@Zuza: Dziękuję,może troszkę lepiej zrozumiałam.
I tak całe życie musimy uczyć się kochać, więc może kiedyś pojmę to bardziej:)

skowronek... pisze...

http://dominikanie.pl/blogi/krzysztof_palys_op_opowiesci_z_betonowego_lasu/

cicicada pisze...

dzieki Skowronku:D

Zuza pisze...

I znowu się liski w norkach pochowały...:) Tak jakoś cicho tu bez Was....

Spokojna... pisze...

@Zuza: ja też należę do tych, którzy się pochowali, ale cóż żyjemy w takim świecie, kiedy mamy bardzo dużo "aktywności", zobowiązań, ale już jestem:-)

Spokojna... pisze...

Chciałabym jeszcze skomentować betonowy wpis . To prawda, że sposób w jaki żyją Siostry Misjonarki jest niezwykły, ale czasem tak sobie myślę, czy korzystanie z wynalazków mających służyć człowiekowi złamało by "sens" tego co robią Siostry? To pięknę, żę chcą się utożsamiać z tymi, którzy mają niewiele, ale może dzięki chociażby pralce można by takim odobom jeszcze bardziej pomóc, lub po prostu porozmawiać,

nashim pisze...

@Spokojna
też się nie raz nad tym zastanawiałam... rozumiem jeszcze, że w krajach w których pralka jest jakimś strasznym luksusem one jej nie używają; ale w Europie nie jestem pewna, czy rezygnacja z takiej pralki albo z artykułów higienicznych (nie będę wymieniała) nie jest jakimś (dziwnym) ekskluzywizmem...

nashim pisze...

Jeszcze mi się przypomniała jedna historia z afryki- siostry prowadziły bardzo duży dom dziecka, oczywiście dużo dzieci było z HIV, pralki ani lodówki nie miały mimo, że znalazł się ktoś kto im to chciał kupić. W każdym razie im się to kłóciło z regułą (a właściwie z tym, że matka Teresa nie miała), więc jak miały coś co wymagało lodówki zostawiały w lodówce parafialnej.
Oczywiście siostry robią świetną robotę i też czuję do nich wielką sympatię, ale...

nul(ka) pisze...

Argumentem za tym żeby mieć jest - bo tak byłoby łatwiej. Widocznie wolą żeby było tak jak powinno być żeby było dobrze, a nie łatwo.
Pralka nie wystarczy, potrzebny jeszcze prąd, woda i proszek.
Jeżeli coś kosztuje, to jest drogie. Niezależnie od tego ile - w pewnym momencie może się stać za drogie.
Jeżeli już się zacznie mieć to co nie jest absolutnie konieczne to kiedy przestać?
Tyle moja teoria. A z praktyki: Posiadane rzeczy oprócz tego że pomagają zajmują miejsce w głowie.

nashim pisze...

@nul(ka)
a masz pralkę w domu? używasz papieru toaletowego?
zajmuje Ci to miejsce w głowie?

Spokojna... pisze...

A co Autor myśli o tym?

nul(ka) pisze...

Nashim.
Powiedziałam, jeśli idzie o Siostry o to tak sobie wyobrażam powody dla których żyją jak żyją. Nijak się to ma do mnie , bo ja się na takie życie nie zdecydowałam.

A jeśli idzie o to co myślę o rzeczach posiadanych w ogóle to powtarzam jak wyżej. To co mam a co nie jest konieczne, w jakiś sposób mi przeszkadza.
Dla mnie pralka nie jest luksusem ,jest koniecznością. Dla mnie, teraz, w mojej konkretnej życiowej sytuacji. Kiedy nie mogłam prać w pralce najbardziej przeszkadzało mi nie to, że trzeba prać w rękach tylko to że pranie nie schło. Taki klimat. albo klimatyzacja.

nul(ka) pisze...

wentylacja nie klimatyzacja, ale to już i tak wszystko jedno.

nashim pisze...

@nul(ka)
gorzej jeśli musisz zrobić pranie po stu dzieciach... to wtedy albo te dzieci będą chodziły brudne (w afryce papmersów brak), albo bierzesz pralkę, no chyba że w imię jakiejś idei wolisz żeby dzieci chodziły brudne...albo żeby jadły nadpsute jedzenie...

nashim pisze...

@nul(ka)
ja się tylko zastanawiam, czy to co kalkutanki robią jest rozsądne, czy nie ma jakiegoś przerostu formy nad treścią.

Zuza pisze...

A ja pralki nie mam. I nie dlatego, że postanowiłam żyć według zakonnych reguł, tylko w mojej "ogromnej" łazience po prostu się nie zmieści (ustalmy, jest tam tyle kosmetyków, że na pralkę miejsca brakło:)).

A tak poważnie, to w związku z powyższym wiem, ile czasu zajmuje pranie ręczne. Wynalazki gospodarstwa domowego, owszem, mają nam ułatwić życie, ale często dzięki temu, że coś się robi za nas, możemy zając się innymi sprawami. Więc wbrew pozorom, może z tego wyniknąć jakieś dobro, a nie tylko grzech lenistwa.
Wstawiamy pranie i się pierze samo, a my w tym czasie możemy gotować, odkurzać, pisać, czytać albo pomóc komuś, kto akurat tej pomocy potrzebuje. Niezależnie natomiast czy pralka jest czy jej nie ma, woda i proszek też być muszą, na sucho się nie upierze...

Pralka czy zmywarka, akurat Siostrom Kalkutankom, zajmującym się osobami biednymi, bezdomnymi, bardzo ułatwiłyby życie, oszczędzając przede wszystkim ich czas, jakże cenny w pomocy najbardziej potrzebującym.

Więc przyznaję słuszność i podpisuję się pod @nahsim i @Spokojną

Zuza pisze...

Wątek lodówki też jest ciekawy. Kupić lodówkę jako luksus czy jako niezbędny element wyposażenia? Moja znajoma, bardzo wierząca kobitka, po formacji oazowej, powiedziała mi kiedyś, że jeśli ma w lodówce mięsny produkt i wie, że on leżąc jeszcze dzień, może się zepsuć, to woli go zjeść w piątek niż wyrzucić, bo według niej większym przewinieniem jest wyrzucać jedzenie.

Z wyżej przeczytanej historii sióstr z Afryki wynika, że i tak musiały skorzystać z lodówki, tyle, że parafialnej. W przeciwnym razie zgromadzone jedzenie po prostu by się zepsuło. Ja wiem, że kiedyś ludzie obchodzili bez AGD, ale skoro jest, to czemu z tego nie skorzystać? Czemu nie potraktować postępu jako rozwoju dobra? Czy zawsze musimy nowinki traktować jako zło i kaprys współczesnego człowieka?

Ojciec pisał kiedyś o sztucznie wykreowanych potrzebach. Myślę, że pralka, lodówka czy zmywarka taki potrzebami nie są. One są koniecznością i naprawdę niezbędnym elementem naszego życia.

Równie dobrze możemy zadać pytanie: po co nowoczesne kliniki, skuteczniejsze leki, innowacyjny sprzęt medyczny? Wszyscy chórem odpowiedzą: bo ratują życie, bo je podtrzymują, bo czynią życie chorego człowieka lepszym, bardziej komfortowym. Wiele sprzętów domowego codziennego użytku pełni dokładnie taką rolę w życiu człowieka zdrowego, co medykamenty wszelkiej maści w życiu człowieka chorego.

DR pisze...

Kochani, a może zamiast analizując sprawę pralki, skoncentrujemy się na tym jak wiele dobrego robi ten zakon dla biednych? i chyba wszyscy zgodzimy się z tym,że są to absolutnie niesamowite kobiety, które w wielu miejscach na ziemi są ostatnim bastionem normalności i dobroci?
pozdrawiam

Mati pisze...

A jeszcze jest aspekt ekologii, bo z pralką zużywa się mniej wody i energii w przeliczeniu na kilogram prania (chyba że siostry piorą w zimnej wodzie). Z tego samego względu wypadałoby mieć w domu zmywarkę do naczyń...

@nashim. Też się zastanawiam, czy ten mit, jakoby siostry nie używały podpasek jest prawdziwy czy wyssany z palca. Tylko nie wiem, czy można wysłać Autora z tak delikatną misją wywiadowczą...

Z trzeciej strony siostry mają ekstra stroje i od jakiegoś czasu strasznie kręci mnie myśl, co by się tam wprosić na kilka dni i napisać reportaż...

Kasia Sz. pisze...

Zgadzam się z Zuzą i innymi, że pralka jako rzecz praktyczna jest czymś dobrym. I rezygnacja świadoma z niej nie musi oznaczać heroizmu. Tak samo lodówka. Są potrzebne i praktyczne.

W sposób naturalny i swobodny zachowuję posty w piątek, ale nie wyrzucam skwarków z pierogów ruskich, tylko je zjadam, jeśli mam jakąś porcję mięsa w piątek, która z tego lub innego powodu ląduje u mnie na talerzu także ją zjadam. Lub jeśli ktoś poczęstuje mnie czymś mięsnym w piątek, a jestem jego gościem także zjadam, by nie robić komuś przykrości.

Natomiast duży dyskomfort czułabym jedząc mięso w Wielki Piątek bądź organizując balangi. Także odmówiłabym mięsa w Wielki Piątek nawet przez kogoś częstowana.

Jeśli zachowuję przykładowo wielkopostne postanowienie niejedzenia słodyczy a byłabym przez kogoś poczęstowana ciastem zjadałbym,by nie robić przykrości, a nazajutrz wróciłabym do swojego postanowienia. Nie trzymam się niczego restrykcyjnie, by pokazać samemu sobie, że jestem silna/dzielna/pobożna itp.

Posty żywieniowe to nie jest taka infantylna sprawa jak próbują przedstawiać to niektórzy duchowni i teolodzy. Kontrastując tego typu post z pojęciem miłości. Że niby ten kto zachowuje różnego rodzaju post, czasem w konkretnej intencji, to pobożny pacan o złym sercu. Uważam, sprawy ciała idą w inną stroną, zahaczając o ducha, a sprawy emocji to odrębna dziedzina. Można je łączyć, ale mogą to być odrębne pola działania. Pisząc tak ogólnie. Post bywa wyrzeczeniem i trudem, ale nie musi być od razu ascezą, choć ta także czasem się przydaje.

Pamiętam jak kiedyś zapomniałam w Adwencie klikać na plotkarskie portale. Rany, jaka to była ulga.

Zuza pisze...

@DR: oczywiscie nikt niezamierza wżaden sposób dyskutować z dobrocią jaką siostry kaltutanki czynią bliźnim, bo o rzeczach oczywistych się nie dyskutuje.

Chodzi o to, że Ojciec (tak zresztą jak Siostry, skoro dokonały takiego, a nie innego wyboru) w braku praktycznych sprzętów, które przede wszsytkim ich posługę by wspomogły, a nie komplikowały, widzi jakąś wspaniałość, a ja niestety nie...podobniejak nashim i spokojna. Tu absolutnie nikt nie neguje pracy Sióstr, poprzez afirmację niezbedności pralki.

Myslę po prostu, że czasami nie korzystając z osiągnięć techniki, które mogą być wykorzystane w szerzeniu dobra (zalety pralki, lodowki, zmywarki już zostały opisane, możemy wymienić w tym jeszcze samochód, telefon, komputer i Internet - nie zapominajmy, że mamy XXI wiek), tak naprawdę niekoniecznie jestesmy bliżej Boga i bardziej szczerze i zwiekszym oddaniem wypełniamy Jego wolę, bo podejrzewam, że to mniej wiecej kryje się pod słowami siostry o silnych, zdrowych rękach. Wykorzystywać zdobycze techniki, to wykorzystywać dary Pana Boga. Po to obdarza ludzi rozumem, inteligencją, wiedzą, błyskotliwością, by mogli się rozwijać, doskonalić.

Spokojna... pisze...

@ Zuza: dzięki za ostatni wpis, miałam podobny uczynić;-) Myślę, że teraz jesteśmy zrozumiałe bardziej;-)

DR pisze...

@Zuza- dzięki za Twój komentarz, jak zwykle pełen wdzięku:) chodzi mi tylko o to, że czasem skupiając się na drobiazgach,analizując to czy ktoś czegoś używa czy też nie, gubimy tak naprawdę pełen obraz sytuacji. Na temat pralki nie będę , pozwól dyskutować, bo jest rzeczą oczywistą, że z niej korzystam, ale jednocześnie mogę zrozumieć wybór innych, jeśli tego nie robią:) Tak samo jak mogę zrozumieć, że inni mogą mieć odmienne zdanie od mojego:) To by było na tyle z moje strony w tej kwestii.
Miłego wieczoru:)

Zuza pisze...

@Spokojna: Polecam się do usług:)
@DR: to ja dziękuję, za to "jak zwykle pełen wdzięku" :). Miło....

Jasne, że szanuję wybór Sióstr, czapki z głów za sam wybór zakonnego życia. Tylko gdyby postawiono zadanie wprowadzenia reformacji u Kalkutanek, to razem z nashim i Spokojną....spokojnie byśmy tego dokonały :) Są po prostu argumenty za, ktore warto wziąć pod rozwagę.

W moim ulubionym filmie NEGOCJATOR (przy 50 projekcji przestałam liczyc) jeden z bohaterów, grany przez Kevina Spacey, mówi, że zawsze chce wiedzieć wszystko na dany temat, by na końcu móc samodzielnie wyciągnąć wnioski. To też warte rozwagi - znać wszystkie możliwe strony, by wiedzieć, z czego się wybiera. Dlatego dyskusja o pralkach na blogu u dominikanina pod wpisem o szczęściu wg. o.Badeniego. No nie powiem, niezły miksik nam wyszedł :)

Trzymajcie się ciepło, pozdrawiam tym razem z Lublina:)

A jakby Wam się tematy do gadeczki skończyły, to w Cztrech Jabłkach może coś się znajdzie:)

zalogowany gdzie indziej pisze...

Lodówki, zmywarki, komórki i samochodu można nie mieć. Nawet w XXI wieku. Spokojnie. Telewizora, ekspresu do kawy, spieniacza do mleka na baterie, przenośnego telefonu, mikrofalówki tym bardziej. Tak piszę bo nie mam i obwieszczam to światu przez Internet.
Ale komputera też można nie mieć, jeszcze nie wymarli wszyscy mieszkający samotnie w wieku >60 którzy nie mają i żyją. Jak oni to robią? Dlaczego? I kto by tak chciał?
Gdybym nie obwieścił tego co wyżej świat by był uboższy, a może ja bym był bogatszy?
Może.Dyskutować nie będę. Chociaż wolę o pralkach, niż tak bardzo się różnić na temat ojca B., a raczej na temat jego ujęcia niektórych tematów.

Taxi pisze...

Kim jest ojciec B?

Zuza pisze...

Wydaje mi się, że ojciec B., to o.Badeni, ale może się mylę, tym bardziej, że nie do końca rozumiem wpis @zalogowanego gdzie indziej, że woli "o pralkach niż tak bardzo się różnić na temat ojca B.,a raczej na temat jego ujęcia niektórych tematów". Bo jak przeglądam komentarze pod wpisem, to raczej większość była zgodna z poglądem o.Joachima na temat zakochiwania się w człowieku, a nie w jego pięknie.
No chyba, że chodziło o różnicę dotyczącą samego komentującego, który nie chciał się podzielić swoim zdaniem, więc wolał o pralce. Szkoda, bo inny punkt widzenia zawsze daje pole do dyskusji i może odmienić perspektywę.
Myślę, że nawet jeśli się nie zgadzamy na danym obszarze rozważań, to zawsze coś zostaje i każdy wyciąga coś dla siebie od tej drugiej strony.

A swoją drogą, pewnie, że można żyć bez tych wszystkich sprzętów. Tylko wydaje mi się, że kwestia posiadania dotyczy rozróżnienia czy ich obecność w domu jest moim wyborem związanym z potrzebą, kaprysem, pragnieniem czy koniecznością. Lodówka w moim domu jest koniecznością, by nie psuło się jedzenie, telewizor kupiłam dla kaprysu, laptop jest potrzebą związaną z pracą i częstymi wyjazdami. Z tego samego powodu mam komórkę. W sferze pragnień jest samochód, który pozwoliłby na większą niezależność i oszczędność czasu. Ale w sferze pragnień pozostanie jeszcze długo, zanim zaparkuje pod moim blokiem. Według mnie - jest różnica.

W przypadku Sióstr uznałyśmy (bo podobnie Spokojna czy nashim), że niektóre sprzęty, w związku z wykonywaną prze nie pracą, leżą w sferze konieczności czy potrzeby, i dokonanie wyboru w tym obszarze byłoby po prostu bardziej praktyczne, żeby nie powiedzieć, rozsądne.

PS. Kawał duszpastersko-dydaktycznej roboty Ojciec robi tym blogiem:)

Serdeczności

nul(ka) pisze...

Z nory tylko na chwilę wyrzucam myśl bo mnie gryzie i spadam. Wracając do pierwotnego tematu- o zakochaniu, że mówicie jakoś tak jakby człowiek miał się uczyć kochać wtedy kiedy kogoś spotka. Tego swojego wymarzonego, wymarzoną.
A mi się wydaje, że to już deczko za późno.
Że to wszystko co potrzebne. Czyli np. szacunek do innych i do siebie, znajomość własnych poglądów/zasad/wiary i umiejętność ich obrony, umiejętność odróżniania dupereli od rzeczy istotnych że od tego trzeba zacząć. Bo jak się wychowa człowieka w sobie to wtedy się będzie umiało dostrzec go w innych. A jak i w sobie nie to jakim cudem w kimś obok? Jak się nauczy kochać siebie,mądrze i naprawdę to i z miłością do drugiej istoty pójdzie łatwiej. A tak iść z nadzieją, oczy wypatrując, że tam hen spotkam i będzie pięknie, to sobie można iść, przejść po kimś nie zauważyć i pójść dalej. Jak w skeczu Mumio.
I tyle.Kitką i dobranoc. wieczór czy poranek.

Prześlij komentarz