wtorek, 12 czerwca 2012

Paradoks zmiany

Jeśli chcemy zmienić siebie lub kogoś drugiego, to może dlatego, że nie możemy znieść u siebie jakiegoś niedociągnięcia, wady, słabości moralnej?




Zmiana nie może być wymuszona, ona się pojawia. Zmiana prowadząca do wzrostu może zaistnieć tylko w wyniku zgody na siebie samego. Paradoksalnie, może ona ewentualnie nastąpić tylko wtedy, gdy się o niej zapomni.

Podobnie ze szczęściem, nie powinno być celem samym w sobie. Ono przydarza się przy okazji, i to najczęściej przy okazji tego, co robimy dla innych.

Jeśli chcemy zmienić siebie lub kogoś drugiego, to może dlatego, że nie możemy znieść u siebie jakiegoś niedociągnięcia, wady, słabości moralnej? Zabieramy się do usunięcia tego z podświadomą złością i źle ukrywaną brutalnością. Bez miłości.

Chcemy się zmieniać, abyśmy byli przyjęci, aby spełniać oczekiwania, abyśmy byli zgodni z idealnym obrazem samych siebie, jaki stworzyliśmy. Jesteśmy wobec siebie niecierpliwi i zmuszamy siebie do tego, by się zmienić.

Wtedy nigdy się nie zmienimy. Wzrost nie następuje w wyniku użycia przemocy.



Przez całe lata byłem neurotykiem. Typem zgorzkniałym, przygnębionym i egoistą. Wszyscy ciągle mi mówili, żebym się zmienił. I nie przestawali przypominać mi, jak bardzo byłem neurotykiem.

A ja się obrażałem, choć zgadzałem się z nimi. I chciałem się zmienić, ale nie potrafiłem, mimo wielu wysiłków.

Najgorsze było to, że mój przyjaciel nie przestawał wypominać mi neurotycznego stanu, w którym trwałem. I również podkreślał konieczność zmiany. Także z nim się zgadzałem i nie mogłem się na niego obrażać. Ale skutek był taki, że czułem się jakby bezsilny i jakby skrępowany.

Aż pewnego dnia przyjaciel powiedział mi: - Nie zmieniaj się. Bądź jaki jesteś. Tak naprawdę to nie ważne, czy się zmienisz, czy nie. Kocham cię jakim jesteś i nie mogę przestać cię kochać.

Te słowa zabrzmiały w moich uszach jak muzyka: „Nie zmieniaj się. Nie zmieniaj się. Nie zmieniaj się... Kocham cię...” Wtedy się uspokoiłem. I poczułem, że żyję.

I, co za cud, zmieniłem się!

Teraz wiem, że w rzeczywistości nie mogłem się zmienić aż do spotkania kogoś, kto by mnie kochał, bez względu na to, czy się zmienię, czy nie.

Czy ty tak mnie kochasz, Boże?

historia zaczerpnięta od indyjskiego jezuity Anthoniego de Mello




53 komentarze:

nikt pisze...

No tak, to już wiem dlaczego ciągle mi nie wychodzi. Tylko od samego "wiem" też nic się nie zmieni... To czekam na cud ;)

Anna K. pisze...

"Teraz wiem, że w rzeczywistości nie mogłem się zmienić aż do spotkania kogoś, kto by mnie kochał, bez względu na to, czy się zmienię, czy nie."

Tak, ja też czuję, że to jest właśnie sedno sprawy!

Na tę chwilę trudno jest mi zmienić siebie lub, umownie mówiąc, zmienić "coś w swoim życiu". Ja też czuję to, o czym jest napisane w powyższym wpisie, że doświadczał ten człowiek: bezsilność i jakby skrępowanie. Ja bym tu dodała jeszcze jakieś poczucie ciężaru.

Zazdroszczę tym, którzy spotkali kogoś, kto ich pokochał i chce z nimi dzielić życie. Widzę naocznie jak ludzie mają wtedy taką zwyczajną energię do życia, do podejmowania się nowych rzeczy itp.

Ja wiem, że Bóg kocha każdego z nas, niemniej z jakichś powodów potrzebny jest też czasem drugi człowiek, żeby zaszła w kimś zmiana albo żeby był tak prawdziwie sobą, a nie w jakimś zduszeniu (którego to zduszenia, na przykład, ja doświadczam od lat i nie potrafię zmienić).

Mam jednak nadzieję na tę przemianę, o której mowa we wpisie, na poczucie, że ktoś mnie poznał, wie jaka jestem i mnie po prostu akceptuje i kocha, właśnie taką. Może to się kiedyś ziści.

Pozdrawiam o. Krzysztofa i wszystkich!

PS. Dzięki piszącej tu czasem Alfamie czytam teraz "Ludzi 8 dnia" - bardzo fajna książka (dziękuję Alfamie i o. Krzysztofowi za nią)!

Groszkowa pisze...

A ja nie chcę się zmieniać! Bo mnie wkurza, jak ktoś mi mówi "masz być taka", "masz robić tak i tak bo tak wypada dziewczynie", "zachowuj się jak na Twój wiek przystało", "czemu nie możesz interesować się tym, czym normalne dziewczyny się interesują?". A jaka to jest normalna dziewczyna??? Taka, która interesuje się tylko modą, ugania się za chłopakami i generalnie tylko leży i pachnie? Ja wolę grać w piłkę, nienawidzę zakupów, nie interesuje mnie moda, lubię fizyczną pracę.
Moim marzeniem jest, żeby ludzie pokochali mnie taką jaka jestem a nie kochali swojego wyobrażenia o mnie. Bo ja wszystkim nie dogodzę, zawsze ktoś będzie miał jakieś ale.

nikt pisze...

@Groszkowa: ja też nienawidzę zakupów, nie interesuje się modą i strasznie lubię... samoloty :) Pocieszyłaś mnie :)
Ja np. chcę zmienić w sobie to, że wreszcie taką siebie zaakceptuję. I przestanę wreszcie, spoglądając na ludzi z "ułożonym" życiem, czuć się gorsza.

basiek pisze...

Tak jakoś smutno się zrobiło z rana nie można tak pesymistycznie podchodzić do życia przecież zdarza się że ludzie żyjąc nawet w pojedynkę też potrafią czerpać radość z życia, a czasami los potrafi nas zaskoczyć i kiedy się wydaje że już nic się nie zmieni w naszym życiu to wywraca je czasem do góry nogami. A odnośnie tych dobrych i tych złych to jasne ze czasami może mamy jakiś minimalny wpływ na to by kogoś zmienić ale nic na siłę bo to ta osoba musi sama zadecydować kim chce pozostać ale dla mnie ogólnie to nie ma znaczenia że lepiej będę traktowała tego kogoś dobrego a ten zły to już się nie liczy bo w swoim otoczeniu spotykam nawet i takie osoby które mają nie za ciekawe życiorysy ale zawsze mogę powiedzieć cześć czy dzień dobry i nawet się uśmiechnąć bo nie przekreślam ludzi tak łatwo.Pozdrawiam wszystkich z rana:)

Mgiełka pisze...

" Milczenie można stworzyć uciszając hałas albo już dłużej się weń nie wsłuchując" W. Stinissen

Przestać skupiać się na tym co chcielibyśmy zmienić. Zmiana jako produkt uboczny gdy się zapomni, że chce się zmienić. Brzmi ładnie, ale ...

Rozumie sarkazm Nikt. Też ciągle usiłuje coś zmienić i rozczarowuję się brakiem rezultatów.

Groszkowa pisze...

"Ja np. chcę zmienić w sobie to, że wreszcie taką siebie zaakceptuję. I przestanę wreszcie, spoglądając na ludzi z "ułożonym" życiem, czuć się gorsza."
@nikt: Trafiłaś w samo sedno! Przez to, że inni chcą mnie na siłę zmieniać, czuję się gorsza i nie akceptuję do końca siebie bo wiem, że często nie doścignę "ideałów".
Wierzę głęboko, że Pan Bóg kocha mnie taką jaka jestem i to daje mi siłę do działania :)

P.S. Pozdrawiam wszystkich z zachmurzonego Rzeszowa znad pracy magisterskiej :)

Ms Perfekcyjna :) pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=_-TQFwPP9dI

Ms Perfekcyjna :) pisze...

zasłyszane przed chwilą w kuchni pracowej
Siedzi dwóch Panów w filharmonii, atmosfera napięta, lekki odur unosi się w powietrzu i jeden z panów wypala do drugiego z oburzeniem:
- przepraszam, czy Pan się zes...ał?
- tak, a ma Pan jakiś problem...:)

Co prawda żart sytuacyjny, ale pomyślałam, że podzielę się...

Anonimowy pisze...

Tylko leży i pachnie. Bingo! Zasadniczo nie mam nic przeciwko, ale bardziej mnie ciągnie ku tym, które jeszcze coś. O leżeniu (na kanapie, z pilotem, czyli w wersji męskiej) chyba najpiękniej mówi x. prałat P.P. To znaczy krótko, celnie i konkretnie. Jeszcze a propos samolotów, też dla ludzi. Ale strasznie dużo huku robią, żrą paliwo i mój pies się boi. Groszkowa, a taki na przykład szybowiec, what you on it?

Żaneta pisze...

Też to przeżyłam... Chciałam się zmienić mając świadomość jakie są we mnie braki, defekty. Strasznie nie lubiłam samej siebie i przez to chciałam by bliska mi osoba też się zmieniła. To prawda, że siłą nic się nie wskóra. Tylko cierpliwość, wiara, nadzieja i miłość mogą to sprawić i w moim przypadku dzięki temu zmiana się dokonała. Dokonała się także przez bolesne doświadczenia za które miałam do Boga żal, a teraz jestem mu dozgonnie wdzięczna : ) Dziękuję za tę notatkę, bo ona potwierdziła moje ostatnie podsumowania samej siebie.

Groszkowa pisze...

@Anonimowy - szybowce są spoko:)
Ale ja nie mówiłam, że lubię samoloty;) To @nikt je uwielbia więc to raczej pytanie do niej.
Ja mam lęk wysokości nawet jak stoję na balkonie bez barierki więc wzbić się na wysokość iluś tam metrów czy kilometrów to nie dla mnie. Zawał murowany. ;p

Anonimowy pisze...

@Groszkowa, przyjdzie mi się zmienić, nie ma rady. Zaczynam od już i o barierce czytam jeszcze raz. @Nikt, o szybowce nie pytam. Tylko resztką jeszcze dawnego i nie zmienionego mnie zauważam, że nikogo trudno pytać. Chociaż właściwie "pytam nikogo", żaden problem. I wcale nie znaczy "nie pytam nikogo". Ale "pytam nikt"? Ech, anonimowi to mają dobrze.

Zuza pisze...

Zmiana czasami jest konieczna. W nas samych i w innych. Kiedy jesteśmy świadomi swoich ułomności, słabości, wad, które utrudniają lub wręcz szkodzą innym - to musimy się zmienić. Inaczej możemy stracić kogoś, kto z nami jest. Może nas kochać mimo wszystko, ale trudno mu będzie z nami wytrzymać. Kochając nas, może odejść, bo to, jacy jesteśmy, sprawia mu przykrość i ból. A człowiek w pierwszej kolejności odpowiedzialny jest za siebie i jeżeli czuje, że coś go niszczy, zabija, to ma prawo z tym walczyć, chroniąc siebie samego. Dlatego zmiana siebie jest czasem jedynym wyjściem. Jedynym wyjściem także jest walka o to, by ktoś, z kim jesteśmy się zmienił. W przeciwnym razie zniszczy siebie i nas. A przecież nie o to w tym chodzi.

Przykład? Oczywiście - zmiana na siłę,m z przemocą nie ma szans, ale zmiana w sytuacji przemocy - to jedyne wyjście na ratowanie ludzkiego życia. Żona alkoholika też może powiedzieć: kocham cię, mimo wszystko, takiego jakim jesteś, nie zmieniaj się! I wiele żon tak mówi! Do czego to doprowadza? Na pewno nie do zmiany na lepsze. Nie znam alkoholika, który zmieniłby się pod wpływem takich słów swojej żony. Zwykle przyzwolenie i bezgraniczna miłość wyrażona w ten sposób pogłębiają ten problem. Tylko zacięta walka żony o zmianę, kategoryczne STOP, bunt i brak pomocy, przychylności i pobłażania mogą coś zmienić. To tylko jeden przykład, a można mnożyć.

Bycie neurotykiem też nie ułatwia życia osobom, z którymi się przebywa, pracuje, mieszka. Najwidoczniej de Mello doszedł do takiego poziomu rozwoju osobowego, że paradoksalnie, akceptacja jego wad, doprowadziła do zmiany. Na uwagę zasługuje fakt, że ich konieczności był od dawna świadomy! A ilu ze "zwykłych śmiertelników" nie jest na tyle świadomych siebie? Nie ma zdolności tak wnikliwej autorefleksji? Uogólnianie tezy o tym, że najfajniejsi jesteśmy tylko tacy, jacy jesteśmy, bez konieczności jakiejkolwiek zmiany, może być, ośmielam się twierdzić, niebezpieczne...

Zuza pisze...

Właśnie znalazłam:

http://demotywatory.pl/3829320/Jesli-ludzie-maja-z-toba-problem

Jeśli każdy z nas wyjdzie z takiego założenia, to dopiero będziemy mieli problem...

nikt pisze...

@Anonimowy: mimo że mnie o szybowce nie pytasz, to jednak Ci odpowiem (nie podejmuję się zadania odmiany "nikt" :)
Samoloty to takie uogólnienie, lubię wszystko co lata. A najbardziej sama chciałabym mieć takie umiejętności. Ale cóż... może w przyszłym życiu :)

Perfekcyjna ;) pisze...

Trochę sprowokowałam Ojca o ten wpis, a tu dzisiaj znowu niespodzianka z nieba:(, odszedł wujek. To chyba mam odpowiedź, śpieszmy się kochac ludzi tak szybko odchodzą, takimi jacy są, bo my też dostajemy tą miłośc bezwarunkowo. Proszę o modlitwę w Jego imieniu, baaardzo jej potrzebuje.

Anonimowy pisze...

@Nikt: dziękuję za odpowiedź! Jak będzie trzeba ja odmienię, ale może nikt sobie nie zażyczy. Latawce, piękne są - też. @Zuza: coraz bardziej mi nie po drodze z autorem, ale tytuł jednej jego książki dorzucę- "Pomóż sobie, daj światu odetchnąć". A całkiem od siebie jeszcze, że naprawdę biedne te żony alkoholików i biedni mężowie alkoholiczek, bo żeby oni (alkoholicy) mogli się zmienić, oni (współmałżonkowie) - znowu oni - muszą coś zrobić. @Perfekcyjna ;): ludzi, i siebie też. Z modlitwą.

nashim pisze...

@Zuza
z tymi zmianami, to się nie zgodzę! jestem grzesznikiem, ale tego nie chcę, umiesz nakłonić mnie do tego żeby nie grzeszła, albo sama to w sobie zmienić?(zakładając, że też jesteś grzesznikiem). Umiesz w sobie wypracować cnotę? jeśli tak, to szacuneczek. Według mnie da się to zrobić tylko wtedy jeśli poczuje się miłość i akceptację od Boga i skupi się na nim zamiast "pracować nad sobą".

Nie wiem, czy przykład z alkoholizmem jest tu właściwy, bo w takim przypadku dochodzi sprawa współuzależnienia. Podczas gdy miłość i akceptacja nie równa się temu, że ty się zgodzisz na wszystko, co ci ten drugi moż zrobić i jeszcze go będziesz w tym wspierała.

Zuza pisze...

@nashim: Pewnie, że Cię nie zmuszę. Ale to nie znaczy, że zmiany nie są konieczne. I same się nie dokonają. Musi być jakiś bodziec, który je uaktywni. Ojciec pisze, że to bezwarunkowa miłość i akceptacja takim, jakim się jest przez innych. A ja uważam, że może się to dokonać tylko w osobach bardzo dojrzałych i świadomych, autorefleksyjnych, z ogromnym wglądem w siebie. Być może ja lub Ty nie jesteśmy na tym poziomie, skoro dalej grzeszymy, nie umiejąc wypracować w sobie cnoty.

A przykład jest odpowiedni, bo i Ojciec podał przykład dość życiowy - neurotyzm to jedna z cech osobowości. Polega, ogólnie rzecz biorąc na tym, że osoba o tego rodzaju usposobieniu jest bardzo skoncentrowana na zaspokajaniu swoich potrzeb, ma nierealistyczne cele, bo często z poziomu ideału, funkcjonowanie kręci się wokół rozładowywania napięć związanych z konfliktami z innymi, jest ciągle niezadowolona, nie znosi krytyki, żąda bycia rozumianą, ale krytykuje innych. Lękowo podchodzi do zadań, z lękiem patrzy w przyszłość, jej potrzeby muszą być zaspokojone tu i teraz.

Ilu potencjalnych sprawców przemocy lub alkoholików jest neurotykami? Samo bycie neurotykiem to nic złego, gorzej, gdy dochodzą do tego uzależnienia lub skłonności do agresji. Niektórzy mają taką cechę, ale muszą nad tym pracować, bo inaczej będą tracić ludzi wokół siebie. Ogromnie trudno żyje się z taką osobą. Znam neurotyków w różnych wydaniach - tak ekstremalnych i tych łagodniejszych. Brak chęci zmiany, samozaparcia w pracy własnej, a przede wszystkich niesłuchanie uwag bliskich osób, może mieć w rezultacie opłakane skutki.

Ojciec pisał pewnie o wymiarze duchowym. Tylko. Dlatego uogólnianie tego na wszystkie inne sfery życia może być niebezpieczne. Jeśli ktoś ma ze mną problem, to jego problem... Bzdura! To także mój kłopot, bo jeżeli kogoś w ten sposób ranię, krzywdzę, to staję się za to odpowiedzialna.

nashim pisze...

@Zuza
a znasz kogoś, na takim poziomie, na którym udało mu się udoskonalić cnotę pracą nad sobą?
(przy okazji- nie musisz trzepać definicjami). Nadal się z Tobą nie zgodzę, że przykład alkoholizmu jest adekwatny, bo jak sama świetnie wiesz tą chorobą jest dotknięta cała rodzina, a nie tylko pijący i w takim wypadku wszyscy nadają się na terapię. A "praca" nad tym pijącym np. współmałżonka dużo nie zdziała. A jeśli zdarzy się, że tylko osoba niepijąca się leczy, to i tak działania które podejmuje muszą siłą rzeczy wynikać z miłości i akceptacji tej osoby.
I tak jak napisałam wyżej miłość i akceptacja, nie równa się temu, że będę się zgadzała na to, żeby ktoś robił mi krzywdę, a tym bardziej nie będziesz wspomagała jego nałogu.
Wydaje mi się, że bardzo dużo rzeczy mieszasz ze sobą.
A co do ostatniego akapitu- to jeśli ktoś ma ze mną kłopot, to jest jego kłopot i ja nie muszę tego zmieniać!!!! mogę chcieć to zmienić, ale nie muszę; co w takim razie może mnie skłonić do tego, że będę chciała coś zmienić?? praca tego kogoś nade mną? chodzenie i powtarzanie mi, żebym się zmieniła?

Zuza pisze...

@nashim: A jeśli Ci powiem, że znam - uwierzysz mi? Odpowiadasz trochę agresywnie. Spokojnie. Nie musisz się ze mną zgadzać. Tak jak ja nie zgadzam się z wpisem Ojca. Nie jest moim celem przekonać Cię, że mam patent na prawdę, bo go nie mam. Wyraziłam tylko swoje zdanie, popierając je konkretnym argumentem (nie wytrzepaną definicją - to tylko wyrywkowo wybrane zachowania osoby, która jest typowym neurotykiem).

Wiele naszych działań wypływa z miłości, ale sama miłość niczego nie zdziała.

Uważasz, że mieszam? A mnie się wydaje, że czasem wiele rzeczy upraszczamy, nie widząc wzajemnych powiązań czy złożoności.

Ktoś kiedyś za mną chodził i powtarzał, że powinnam coś w sobie zmienić. Że mam w sobie cechy, które innych drażnią, przeszkadzają, czasem ranią. Wtedy mnie to wkurzało, choć z czasem zaczęłam przyznawać temu rację. Ale wiem, że gdybym wówczas, zamiast odejścia przyjaciela, doświadczyła poklepania po plecach z tekstem: jesteś super, nie zmieniaj się!, dalej niszczyłabym siebie i swoich bliskich. A tymczasem ogromnie jestem wdzięczna za kuksańca w bok, bo nie miałam lepszej motywacji do zmiany, która dzisiaj przynosi owoce obfite.

Naprawdę nie musisz się ze mną zgadzać. Ja po prostu jestem przekonana, że wielokrotnie potrzeba zmiany jest konieczna. W wielu różnych sytuacjach życiowych, które się wzajemnie mieszają. Tyle.

nashim pisze...

@Zuza
nie, nie uwierzę;
co do agresji, to chyba jesteś nieco przewrażliwiona;
Jeśli sama miłość nie zdziała, to co według Ciebie coś zdziała? Bo dywagujemy sobie teoretycznie, może jakies konkrety?
Ja nie zaprzeczam doniosłości "zmiany", tylko chodziło mi (ojcu chyba też), o to co do tej zmiany inspiruje, a co zniechęca.

12 zawodnik pisze...

remis z rosjanami - czekamy na bramę!

Mati pisze...

Mi się neurotyk kojarzy jedynie z Woody Allenem i jego filmowymi alter ego. A jakby on się zmienił... ech, ile byśmy stracili.

Zuza pisze...

Za miłością musi iść działanie, konkretna praca, w tym praca nad sobą, bo sama miłość nie wystarczy. Jakoś nie wierzę, że de Mello zmienił się tylko pod wpływem usłyszanych słów. Bo jak mam to sobie wyobrazić: usłyszał któregoś dnia "Nie zmieniaj się. Bądź jaki jesteś. Tak naprawdę to nie ważne, czy się zmienisz, czy nie. Kocham cię jakim jesteś i nie mogę przestać cię kochać", wstał rankiem dnia następnego i z miną odkrywcy rzekł: jestem innym człowiekiem? Wątpię...

nashim pisze...

@Zuza
tak Zuza, napewno nie stało się to z dnia na dzień;
nadal jednak uważam,że człowiek, który ciągle słyszy, że ma się zmienić jest nieakceptowany, czy wręcz odrzucany. I to, że powiedzmy uda mu się nawet to zmienić nie gwarantuje, że nie znajdzie się kolejna rzecz, która się temu drugiemu nie będzie podobała.
Patrząc jeszcze z perspektywy wiary i grzeszności: powiedzmy, że masz jakiś grzech, którego nie chcesz- bierzesz go sobie na tapetę, naprężasz się, spinasz- w końcu udaje ci się go zwalczyć- myślisz sobie wtedy: super, udało mi się to- i w co popadasz?... w grzech pychy. Natomiast Pan Bóg patrzy zupełnie inaczej, bierze cię takiego jakim jesteś i nie wymusza na tobie żadnych zmian. A dopiero człowie sam dośwadczając Bożej miłości i akceptacji chce coś zminić. Ale jeśli motywacją jest samoudoskonalenie i ćwiczenie duchowych muskułów, to nie ma to niczego wspólnego z nawróceniem.

Anna K. pisze...

Ja to rozumiem tak, że w tym przykładzie chodzi o kogoś, kto po prostu bardzo pragnie zmienić się i wie co w jego przypadku byłoby tą pożądaną zmianą i jakby oczyma duszy wyobraża sobie siebie już po tej zmianie, która jest niejako odzyskaniem jego prawdziwej natury, którą czuje, ale nie może się z nią skontaktować.

I jak ktoś mu nad głową ciągle mówi "zmień się", to on jest spięty i nie potrafi tej zmiany przeprowadzić, a jak ktoś mu da akceptację i miłość i uwolni od presji, to ten człowiek jakoś odetchnie, odtaje, skontaktuje ze swoim wnętrzem i ta zmiana wyjdzie z jego wnętrza i zrealizuje się.

Ja właśnie coś takiego odczuwam. Mam przebłyski, że pewne rzeczy, które pragnę w sobie "zmienić" to tak naprawdę rzeczy, którym trzeba "pozwolić zaistnieć", bo one już we mnie są, tylko nie potrafię ich wydobyć. Nie wiem dlaczego nie potrafię. Przypuszczam, że gdyby pojawił się ktoś - ktoś taki na życie, a nie z doskoku - i ten ktoś okazałby mi empatię i akceptację i miłość i to, że nie odejdzie, jeżeli to moje "odzyskiwanie siebie" będzie przebiegało zbyt długo lub nie tak, jak sobie życzy, to myślę, że wtedy poczułabym się bezpiecznie i same te pożądane rzeczy by we mnie pojawiły się.

Nie chcę dawać bardzo osobistych przykładów, żeby zbytnio się nie odsłaniać, ale chodzi mniej więcej o to, że ja, na ten przykład, mam wiele przebłysków i dowodów, że gdzieś w głębi jestem osobą, która potrafi siebie szanować, a na zewnątrz bardzo często "pozwalam" innym ludziom siebie nie szanować.

Albo gdzieś w głębi czuję, że jestem zdolna wyznaczać sobie cele i drobne zmiany i realizować je, i wiem, że gdybym to potrafiła, to by mi to dawało dużą radość i torowało może nawet drogę do innych rzeczy, większych (bo tak kiedyś było, że potrafiłam i znam to uczucie), ale od mniej więcej rozwodu (od 8 lat) straciłam taką zdolność i kompletnie nie wiem dlaczego, nie pomogła na to nawet terapia psychologiczna. Czuję gdzieś w środku, że chyba jest to podszyte jakimś rozkojarzeniem, lękiem, brakiem bezpieczeństwa, niewiarą w siebie, jakimś zamrożeniem, z którym sama nie mogę sobie poradzić.

Przeczuwam, że gdyby był obok mnie ktoś, ktoś symetryczny, kto dzieli ze mną życie i po prostu jest obok, a do tego kocha mnie i akceptuje i okazuje, że nie ma zamiaru odejść ode mnie, to pomału to zamrożenie, lęki i inne rzeczy odeszłyby.

Mam takie wrażenie, że od rozstania z mężem radzę sobie (ktoś powiedziałby, że w miarę dobrze) z życiem codziennym, ale chyba w środku czuję się jak dziecko, które np. zostało zostawione u sąsiadki czy gdzieś, bo rodzice wyszli na parę godzin. I ono niby jest spokojne, coś robi, bawi się, ale podświadomie czeka na tych rodziców i tak naprawdę na niczym nie może się skupić i ma w sobie taki utajony lęk: "co ze mną będzie?", "a może oni nie wrócą?". Tak więc jakaś wielka część energii idzie na podświadome radzenie sobie z tym lękiem i równolegle trudno jest cokolwiek robić "tak naprawdę" i trudno jest być sobą.

Tak to sobie tłumaczę, żeby to uczucie przybliżyć i akurat do mnie ten przykład z wpisu o. Krzysztofa ma taki smak, że czasem ten drugi człowiek mógłby pomóc komuś oddychać spokojnie i poczuć się sobą, po prostu samą swoją obecnością i akceptacją i przekazem "nigdzie się nie wybieram, jestem z tobą, nie zamienię cię na nikogo innego, jesteśmy razem, nie musisz sama wszystkiego dźwigać".

Anna K. pisze...

PS. Śpieszę wyjaśnić, że w moim powyższym wpisie "ktoś z doskoku" to nie kochanek (bo jestem sama i nikogo takiego nie miałam), ale po prostu koleżanka, kolega, ktokolwiek z mojego świata, kto spotka się ze mną na kawę itp. i te osoby są dla mnie ogromnie ważne i cenię je i jestem za nie wdzięczna Bogu, ale chodziło mi o odróżnienie, że nie są to osoby, które dzieliłyby ze mną życie i dały to poczucie bezpieczeństwa czy jak zwał tak zwał.
Po spotkaniu każdy (co zrozumiałe) idzie do swojej rodziny i swoich spraw, a ja wracam do swojego życia i do tego stanu "dziecka pozostawionego pod przypadkową opieką", któremu wszystko przychodzi z wysiłkiem.

Nie wiem jak to zmienić, ale nie tylko czekam na tę drugą osobę, tylko próbuję sama i oczywiście też modlę się. Może jakoś zostanę "odczarowana", jak w bajce. Kiedyś.
Pozdrawiam i przepraszam za długość posta.

Anonimowy pisze...

A siostrze alkoholiczce też mam tak powiedzieć "nie zmieniaj się?"...

Kasia Sz. pisze...

@Mati - Także nie wyobrażam sobie, by Woody Allen przestał być neurotykiem. Jest w tym cudowny. Kocham filmy z jego udziałem. I Twoje poczucie humoru też :-))))

Anna K. pisze...

Co do choroby alkoholowej, to w tym przypadku mówienie "zmień się" nic nie da, a najwyżej będzie nakręcało chorobę.

Jeżeli ktoś jest naprawdę uzależniony, to wówczas są dwa sposoby wyjścia z tego: albo cud (porównywalny z uzdrowieniem paralityka z Ewangelii i będzie to dobre porównanie, bo jedno i drugie to cudowne uzdrowienie z ciężkiej choroby) albo terapia AA, której sam chory musiałby zapragnąć i ją przejść.

Jeżeli chory jest daleki od chęci leczenia się, to wówczas rodzina może iść na terapię dla współuzależnionych i wówczas leczenie rodziny ze współuzależnienia może pociągnąć za sobą pragnienie leczenia się u chorego.

Dlatego w przypadku chorób, takich jak uzależnienia (w tym uzależnienie od przemocy) konieczne jest specjalistyczne leczenie, a nie mówienie "zmień się".

Myślę, że artykuł o. Krzysztofa NIE mówił o chorobach, tylko o zmianach w życiu człowieka, które ten człowiek jest władny przeprowadzić, bo jest zdrowy, i dodatkowo tych zmian pragnie, tylko czuje się z jakichś powodów "bezsilny i skrępowany".

zalogowany gdzie indziej pisze...

A ja uważam, że Woody Allen mógłby się zmienić, przede wszystkim przestać kręcić filmy ściemniacze i złe ("Christina, Barcelona" - z wymienionych tylko Barcelona wiem, jak się pisze, i że moim zdaniem szkoda tych krajobrazów, jak również czasu & atłasu na analizę niezwykle skomplikowanego problemu, którego by w ogóle nie było, gdyby ktoś przytomny powiedział "nie, nie i koniec; weźcie się kopnijcie w mózg, a jak nie, to bawcie się sami" ). Ale uważać sobie mogę. Więc tylko nie oglądam, już nawet "Zeliga", i propaguję nieoglądanie, tyle mojego. Kuksaniec przyniósł obfite owoce. Czytam i myślę "jak słowo daję, wyszło na moje!" - bo jeszcze uważam, że grunt to świadomość, również samo-. Co do ciosów jeszcze, kopów, sójek w bok i wszelkich innych, to wymierzyć je odpowiednią siłą też sztuka nie lada. Niby żebra się zrastają i jak któreś pójdzie przy reanimacji to mówi się trudno. Ale. Po jednym ciosie w szczękę dziesięć lat się zbierałem, chociaż oberwałem słusznie. I nawet to wiedząc i widząc zmiany na, mam nadzieję, lepsze, mam dzisiaj zaledwie przebłyski wdzięczności, na więcej mnie nie stać, ciągle boli, a część uzębienia może i śliczna, ale sztuczna, przypomina. To Bóg, żeby niedokładnie i może niezupełnie w temacie zacytować pewną niekanoniczną autorkę, podnosi nas bez wysiłku. Jeśli wystarczająco długo stoimy i wytężając wzrok wpatrujemy się w niebo.

Anonimowy pisze...

Widzę, że obrazek z fb jezuitów ;) piknie piknie ;))

zalogowany gdzie indziej pisze...

"Viki" z tytułu się urwała, a też chyba dobrze napisałem?

Anna K. pisze...

@Zalogowany gdzie indziej - czy ten cios w szczękę to dosłownie czy w przenośni? Zrozumiałam, że w przenośni i tak sobie to przykładam do mojego życia i pocieszam się, że mam podobnie, jak Ty.

Mnie też film "Viki, Christina i Barcelona" nie podobał się, choć były tam również pewne jakby wskazówki, czy morały, może niekoniecznie wynikające z intencji autora, ale prawdziwe ("warto mieć swoje zasady i stosować je na jak najwcześniejszym etapie, bo jak się ich nie ma, to się wchodzi w podwójne relacje i potem już nigdy nic nie jest takie samo i łatwo się zeszmacić i potem trzeba z czymś takim żyć"). Mam nadzieję, że to nie jest wielki spojler.

zalogowany gdzie indziej pisze...

@Anno K., przecież nie mogłem - tak mi się wydawało - napisać, że oberwałem po ryju. Jak najbardziej dosłownie. Chłopaki może nie płaczą, ale czasem lutują, taki life. I w przenośni też bardzo. Jak czytam Twoje komentarze, myślę, że rzeczywiście mamy podobnie, chociaż i całkiem różnie też. Co do filmu "VChB", na temat, że czasem warto powiedzieć "nie", żeby ciąg dalszy jeśli by w ogóle miał być, to zdecydowanie czego innego, widziałem kilka lepszych filmów, w tym parę scenariuszy napisanych i zrealizowanych przez życie lepszych też. Allen mnie potężnie znudził, oprócz tego, że zniesmaczył. :).

Mati pisze...

Nie jestem psychologiem, ale wątpię, czy człowiek może SIEBIE zmienić, nawet jakby bardzo chciał. Tak samo jak nie może na własne życzenie zakochać się ani odkochać. Może najwyżej kontrolować swoje zachowanie.



Jak postanowię regularnie sprzątać mieszkanie, to nie będzie znaczyło że stanę się nagle w porządnicką Mati. Będę dalej w fleją, którą zmęczenie bałaganem czy ostracyzm społeczny skłoniły do innego zachowania. Zmieniłabym się, gdybym w głębi duszy pokochała porządek.



Samemu tego się raczej nie da zrobić. Coś musi zadziałać z boku. Człowiek, wydarzenie, albo -jak chcecie – Bóg.

zalogowany gdzie indziej pisze...

Dla chcącego podobno nic trudnego, wystarczy tylko chcieć, chcieć to móc... Próbować nawet jeśli i tak zmieni(a) Bóg? Jak postanowię, wcale nie muszę nagle coś tam, jeszcze może żeby wszyscy widzieli gołym okiem. Coś musi zadziałać z boku. Ale zmienić się, zmieniać się muszę ja, własnym wysiłkiem i we własnym środku. No chyba tak? Jak Bóg zadziała i kiedy, On tylko wie. Może nasze działanie jest częścią Jego działania, może niedziałanie. Nie wiem. Ktoś wie?

Anonimowy pisze...

Jasne Matii, człowiek nie może siebie zmienić. Najwyżej może próbować zmieniać innych, przykładów nie brakuje.

Mati pisze...

Yyyy to ja trochę pofilozofuję. Czy ja - Mati- siłą mojego umysłu potrafię sama sobie ten umysł zmienić? Wychodzi mi, że nie. W końcu plastelina sama też się nie rozwałkuje. Coś go musi z zewnątrz pchnąć.

Mati pisze...

Idąc dalej tym tropem: czy świat mógł sam siebie stworzyć? Oczywiście nie. Ale czy Nieruchomy Poruszyciel mógł sam z siebie się poruszyć? No nie. Ergo – ten świat istnieje wbrew własnej logice i jeśli miałby za grosz przyzwoitości powinien dawno przestać istnieć. No cóż, wracam do pracy. Hejka wszystkim.

Kasia Sz. pisze...

Zmianę ułatwiają warunki.

Jeśli kobieta będzie miała kogoś przy boku - kto ją szanuje, kocha i ceni - będzie się czuła pewniejsza. Nie dotkną ją przykre uwagi, które na przykład dotykały ją wcześniej. Albo będzie przywiązywała mniejszą wagę do tych złośliwości.


Można się zmienić. Nie wiem czy to wymaga pracy na umysłem itp. Ale na pewno wymaga pracy. Wszystko zależy od tego czy coś nam przeszkadza. Ktoś pije, objada się, wydaje na coś za dużo kasy. Jest mu z tym źle. Chce to zmienić. Jednym - w zasadzie nielicznym - uda się to samoistnie, że potrafią się zmobilizować sami, inni zrobią to pod wpływem bodźców zewnętrznych. Ktoś się przejmie przykrą uwagę, ktoś się porówna z innymi. Na pewno ważna jest atmosfera w jakiej przeprowadzana jest zmiana.

Atmosfera akceptacji i cierpliwości wobec siebie po prostu to ułatwia. Zmiana trwa długo, może zetknąć się z oporem społecznym, z naszą nieudolnością, ale bywa możliwa.

Pozdrowienia.

Telka pisze...

A mnie się skojarzyło tak: dużo łatwiej jest się zmieniać tym, którzy mają doświadczenie bezwarunkowej miłości; co oczywiście nie oznacza, że ich zmiana dokonuje się bez ich udziału.
A kiedyś usłyszałam też czyjąś wypowiedź, która mnie osobiście pomogła- że kiedy już pozwolę, by Pan Bóg był nie tyle Gościem w moim życiu i we mnie, ale Domownikiem, to łatwiej będzie mi zgodzić się na to, by samemu nie sprzątać swojego życia, ale pozwolić na to Jemu. A jak już to do mnie dotrze, to konsekwentnie poczuję się wolna od przymusu sprzątania cudzego życia, bo ono też najlepiej może być poukładane jedynie przez Pana Boga. Co za tym idzie- nie muszę nikogo zmieniać na siłę i ani sobie ani innym dłubać w oku w poszukiwaniu belki albo drzazgi (co nie oznacza oczywiście obojętności na siebie i na Drugiego). I jeszcze jedno- ktoś mi kiedyś poradził, żeby zamiast wymyślać, co ja jeszcze mam w sobie i swoim życiu poprawiać i zmieniać, zapytać Pana Boga, co Mu przeszkadza działać we mnie. I to było bardzo owocne, choć okazało się, że chodziło o rzeczy, które jakoś wcześniej wydawały mi się mało znaczące

Anonimowy pisze...

@Mati, jeszcze w temacie: triger to triger, wysiłek własny to wysiłek własny, paradoks to paradoks, a Boże Działanie to Boże Działanie. Tak mi wychodzi siłą mojego umysłu. No tak.

Anonimowy pisze...

najtrudniejsze jest pokochać samego siebie tak mocno, jak Bóg mnie kocha :)
i tego Wam wszystkim życzę, bo wtedy nic nie trzeba zmieniać, a wszystko zmienia się samo

basiek pisze...

Bardzo mi się spodobał ten anonimowy wpis by nauczyć się kochać siebie tak mocno jak Pan Bóg nas kocha... Chyba podziałał na wszystkich uspokajająco i trochę nam dał do myślenia pozdrawiam:)

Anonimowy pisze...

Jest taka jedna strona o nadziei. Nie wklejam linku bo wujek gugiel znajduje bez problemu.
Dla zagubionych DDA ale i całej reszty bo nieszczęścia miewają wspólne korzenie albo splatają się gałązkami. Czasem trudno poznać co skąd wyrasta.
Poodkurzać sobie w łebku miotełką ze strusich piór zawsze warto. Swoją drogą życiowa przestroga, nie chowaj głowy w piasek bo ci z kupra pióra powyrywają.

Anonimowy pisze...

A niech powyrywają. Jeśli miałaby z nich być miotełka do poodkurzania w łebku, swoim albo cudzym, to dlaczego nie. Skubanie jest poza tym zalecane. Powie ktoś "czy ja mógłbym odkurzać w swoim łebku miotełką z innych piór niż strusie?" - to mu odpowiem "spróbuj". I dodam, anonimowo oczywiście, że do obrazu to dziad gadał, a modli się człowiek jednak nie do ikony.

Anonimowy pisze...

@ Anonimowy - Przyznaję że nie rozumiem. O czym dziad gadał, w tym wypadku i jaki to ma związek? O ikonach nie wspominając,skąd się tu wzięły.
Tak mam, że widzę umysł jako zorganizowaną mniej lub bardziej przestrzeń. Jako miejsce zagracone lub puste. Strych pod wysoką czaszą dachu.
Strusie mogłam sobie darować bo z tekstu nie wynikają, ale przy morale się upieram.

Czy polecanie tej konkretnej strony jest błędem?
Wydaje mi się, że zgromadzony tam materiał może się z różnych względów przydać ludziom w różnych sytuacjach którzy chcą lub muszą coś w sobie zmienić. Nie tylko choć pewnie najbardziej tym spod szyldu DDA.
Do pretensji ma prawo Ojciec, bo to jego blog, i ma prawo nie chcieć czegoś gdyby uznał to za szkodliwe.
A co do anonimowości, w takich właśnie przypadkach ocala. Chronię siebie, to co dla mnie cenne acz kruche. Spokój.
Z Bogiem.
Kimkolwiek jesteś drogi Anonimowy/Anonimowa.

Anonimowy pisze...

@Anonimowy: nie chciałem zaszkodzić stronie DDA, Tobie, jej potencjalnym użytkownikom. Do strusi też nic nie mam. Twoją metaforę z miotełką wykorzystałem, żeby odnieść się do komentarza Ojca dotyczącego pewnej osobliwej ikony - z tego powodu również dziad i obraz. Zamiast użycia wyszło nadużycie? Może, ale specjalnie się nie poczuwam. Pretensji reż z mojej strony nie było, żadnych. Dalej niż różnica poglądów staram się nie zapuszczać. Anonimowość niech będzie, tak.

Marta Balwinska pisze...

te wszystkie trzyzdaniowe recepty na życie. zmieniaj się nie zmieniaj. Jaki to ma sens??? każdy jest inny i każdy czego innego potrzebuje. Jeden bodźców do zmiany inny akceptacji.

Anonimowy pisze...

@Anonimowy
A to przepraszam, myśli mi się tak bez dodatkowego kopnięcia z bloga na blog nie przenoszą.

Prześlij komentarz