poniedziałek, 18 listopada 2013

Monastyczny humor i szybki konkurs

Nie mówcie mi nigdy o mnichach, którzy nigdy się nie śmieją. To nie mogą być poważni ludzie.







Do jednego z ojców pustyni przybył uczeń z pytaniem, jaka powinna być dobra homilia. Usłyszał, że powinna mieć dobry początek i dobre zakończenie. Następnie należy się zatroszczyć o to, żeby nie były one zbytnio od siebie oddalone. Innemu, który zamartwiał się swoją brzydotą, pewien starzec na pocieszenie powiedział: „Brzydota w porównaniu z pięknem ma wielką zaletę: nie przemija”. Natomiast Antoni zwykł mówić: „Ludzie dzielą się na trzy rodzaje: na zazdrosnych, pysznych i innych. Innych prawie nigdy nie spotkałem”.

Lektura apoftegmatów tych świętych mnichów pokazuje, że byli to ludzie o godnym pozazdroszczenia poczuciu humoru.


Św. Tomasz z Akwinu mówił, że radość i pogoda ducha są obowiązkiem moralnym chrześcijanina. Jeśli ktoś lubuje się w cierpiętnictwie, to źle rozumie misję Chrystusa. Całe Pismo Święte ukazuje Boga radości, a nie smutku. Autorzy Księgi Rodzaju dziękują wraz z ludem za wszystko co od Boga otrzymują, kolejne dni stworzenia opatrując komentarzem: i widział Bóg, że to jest dobre. A dobro wiąże się z radością. Gdyby sam Jezus nie był radosny, nie garnęłyby się do Niego dzieci, które intuicyjnie wyczuwają, że ktoś je kocha.

***

Istnieje rodzaj radości, który nazwałbym "monastycznym". Mam na myśli wszystkie sytuacje, które są przeniknięte wyczuwalnym humorem, ale delikatnym, nienachalnym i zawsze związanym z chwilą i otoczeniem. To co najistotniejsze odbywa się wówczas poza słowami. Nie potrzeba wówczas żadnych tłumaczeń, interpretacji, a mimo to żart mimo przez dłuższy czas. Nie jest to nawet zwyczajna "wesołość", ile raczej sposób patrzenia na świat związany z wewnętrzną radością.

Czytając listy Mertona oraz jego osobiste dzienniki nieustannie wyłania mi się z nich obraz człowieka, który ceni inteligentny żart. Kiedyś w refektarzu opactwa czytano lekturę Hugo Rahnera Man at Play („Człowiek się bawi”). Gdy wypowiadany był zwrot  homo ludens, brat Isidore Leis, siedzący blisko ojca Ludwika, (zakonne imię Thomasa) wyjął opakowanie kropli na kaszel i, wskazując na nazwę "Ludens", kiwnął głową porozumiewawczo, jakby chciał pokazać Mertonowi, że jest na bieżąco. Ten przykład monastycznego poczucia humoru bawił później Mertona przez cały deszczowy dzień o czym wspomniał w zapiskach.

Innego dnia trapista wracał do swojej pustelni z opactwa i poszedł za nim pies gości klasztoru. Mnich usiłował dogonić zwierzę, żeby wróciło do domu, lecz pies go nie opuszczał. Przed położeniem się do łóżka Merton pozostawił go na zewnątrz i nie dał mu nic do jedzenia, myśląc, że z pewnością wróci do swych właścicieli. Gdy mnich zbudził się o trzeciej nad ranem w domu było bardzo zimno. Pies nadal był na zewnątrz i skomlał. Mnich wpuścił go do środka, a potem zapisał w swoim dzienniku:

Był wygłodniały i wbiegł triumfalnie, wskoczył na moje łóżko, machając ogonem i mówiąc: „Kocham cię – nakarm mnie”.

Poczucie humoru jest czymś co daje człowiekowi zdrowy dystans i pomaga złapać oddech. Tomasz Morus ułożył nawet modlitwę o dobry humor. Życie klasztorne jest nim przeniknięte, a często najbardziej lubiani we wspólnocie bracia, to ci którzy posiedli tę sztukę, którzy nie spinają siebie i innych każdym wypowiedzianym słowem. Przy takich osobach można nabrać sił i często zdrowo odreagować wiele sytuacji.

Pamiętam, gdy kilka lat temu, na rozpoczęcie akademickiego roku byłem zmuszony słuchać przeraźliwie nudnego wykładu. Na dodatek w języku francuskim. Chciałem być ambitny, więc nie wziąłem ze sobą żadnej książki, którą mógłbym dyskretnie ukryć. Pożałowałem. Zmówiłem więc cały różaniec, następnie dokładnie obejrzałem krajobraz za oknem, a później zacząłem się zastanawiać ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać. Spoglądam na Macieja, współbrata siedzącego przede mną, a ten jeszcze uśmiecha się i pokazuje kciukiem, że wykład jest OK. Przez chwilę czuję nawet ulgę we współcierpieniu.

Za kilkanaście minut otrzymuję kartkę.
 „Na drugi rok proponuję zaprosić komika”.
„Komika?” – pytam i podaję złożoną karteczkę przez kilku kolejnych braci.
„By nam w końcu ktoś opowiedział o radości studiowania” – przychodzi odpowiedź.

Tydzień temu wracałem z rekolekcji i nocowałem w dominikańskim klasztorze. Otrzymuję klucz i otwieram celę gościnną. Na łóżku leży pachnąca płynem do płukania pościel. Spoglądam na jaskrawo niebiesko-żółte kolory i… nieprawdopodobny nadruk.



- Wybraliśmy najlepszą pościel jaką mamy - z poważną miną tłumaczy brat odpowiedzialny za gości. - U
żywamy ją na specjalne okazje.

***

Mam dla Was dwie książki o mnichach pustyni, które obiecałem przekazać. Są one przeniknięte nie tylko mądrością, ale i taką dobrą, ludzką radością.




Książki podaruję dwóm autorom, którzy w komentarzach - poniżej tego wpisu - podzielą się ze mną jedną zabawną historią. Usłyszaną, przeczytaną, doświadczoną.

Najlepiej gdyby to były historie zawierające pewien rys „monastycznego” humoru.

Na anegdoty czekam do soboty (23 listopada).






62 komentarze:

Kasia Sz. pisze...

Oj, jeszcze nie przeczytałam tekstu, ale już pośmiałam się przy wyłuskanym zdaniu:

"„Ludzie dzielą się na trzy rodzaje: na zazdrosnych, pysznych i innych. Innych prawie nigdy nie spotkałem”. :-)))) Dobre....

Kasia Sz. pisze...

Nie mam takich historii monastycznych, ale mam taką jedną, która nauczyła mnie dystansu do siebie. Zawsze odkąd pamiętam walczyłam ze zbędnymi kilogramami. Od kilku lat mogę się cieszyć względnie korzystną sylwetką, ale różnie bywało.

Wiele, wiele lat temu stałam w Bibliotece Jagielońskiej i czekałam aż otworzą drzwi do pomieszczenia, gdzie zwraca się książki. Stały ze mną dwie, trzy osoby. Nie tworzyliśmy kolejki, więc jak otworzono drzwi to weszłam pierwsza. "Ty mała świnio" - wysyczał do mnie pewien młody naukowiec uznając, że bezprawnie weszłam pierwsza. "Wreszcie ktoś mnie nazwał małą" - pomyślałam :-)))) przypominając sobie, że różne epitety słyszałam pod swoim adresem, nie zawsze miłe.

Anonimowy pisze...

Jako dziecko słuchałam czasem opowieści o duchach, błędnych ogniach, które prowadzaja ludzi wedrujących nocami. To było opowiadane wczasach, gdy na wsi ludzie zbierali się w zimie wieczorami i opowiadali różne historie nie zawsze prawdziwe. Mocno zapadły mi w pamięć te opowieści. Będąc już dorosłą osobą, posiadającą rodzinę i dzieci mam pojechać do rodzinnego domu na pogrzeb zmarłej Ciotki. Rozmawiam z mężem o wyjeździe. Rozmowie przysłuchuje się młodsza córka lat około 5. Mówię, że pojadę jutro rano, mąż zachęca mnie do wyjazdu dziś po południu. Ja na to: nie lubię w nocy chodzić drogą od przystanku PKS do domu, bo w dzieciństwie nasłuchałam się opowieści o duchach, które ponoć błąkają się po tej drodze. Mąż zadaje pytanie: porwie cię duch czy co? Na co córka: Jaki to by musiał być wielki duch i ile mieć siły żeby Cię porwać! (posturę i wagę mam słusznych rozmiarów) Śmialiśmy się cały wieczór. pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Za oknem szarówka, za chwilę rozpocznę dłuuugi dzień w pracy a tu taki piękny Ojcowy wpis!
Oczy już mi się śmieją. Dziękuję.

aga pisze...

i ja też o tym samym: nareszcie radosny tekst, słońce zaświeciło w oczach i w sercu, aż chce się żyć
a oto moja najświeższa historia:
wyjeżdżałam na weekend do rodzinki, dawno nie byłam na takim rodzinnym spotkaniu. Co to były za rozmowy: moja ciocia w słusznym wieku niedosłyszy, jej brat również w słusznym wieku też niedosłyszy, wyobraźcie sobie ich rozmowy, jedno mówi, drugie przytakuje,ale nie wie, o co chodzi, no to mówiący się denerwuje, że nie po jego myśli, zaczyna się rozmowa, w której pytanie i odpowiedź to dwie różne bajki; drugie mówi, tamto się nie zgadza, bo słyszy co innego, zaczyna się spierać, ale myślą o tym samym; w końcu jakoś się dogadywali; nie potrafię nawet napisać przykładu, tego było tak dużo, ale mieliśmy niezły ubaw, czułam się jak na niezłej komedii, buzia uśmiechała mi się na te ich wzajemne dysputy.Ale były to dialogi tak słodkie, pełne siostrzano-braterskiej miłości w tym pozornym poplątaniu, że wróciłam do domu naładowana pogłębieniem rodzinnych więzi i optymizmem.
Włączam dzisiaj komp, czytam blog, a tu - radości ciąg dalszy.
Dobrze się zapowiada nowy tydzień.

Agata pisze...

Chatka bez prądu i wody w górach. Jest jeszcze wcześnie a M. zdążył już narąbać drewna, rozpalić w piecu i na prośbę A. przynieść kilka wiader wody ze studni. Kiedy A. prosi go przyniesienie kolejnego, B. nie wytrzymuje i pyta:
- Czy nie myślisz, że M. może się poczuć wykorzystywany?
Na co A. szczerze zdziwiona, odpowiada:
- Wykorzystywany? Ależ ja chcę, żeby on się czuł potrzebny.

aga pisze...

i jeszcze jedna historia:
Pracuję z dziećmi, moja uroda specyficzna: mam bardzo jasna oprawę oczu, nie mam prawie rzęs i brwi. Żeby wyglądać ładniej- jak to kobieta- makijażem staram się nadrobić braki natury. Pewnego dnia zapomniałam zrobić makijaż (zdarzyło mi się raz) i tak poszłam do pracy. Wchodzę do sali, a jedna z dziewczynek (Martynka) krzyczy na cały głos:
Proszę pani, a gdzie pani ma brwi?

Anonimowy pisze...

Narzeczeni stoją przed ołtarzem i za chwile mają wypowiadać słowa przysięgi. Wszyscy zgromadzeni w kościele są skupieni bo to przecież b. ważny moment. Niestety Ksiądz zapomniał jak pan młody ma na imię i najdyskretniej odsuwając się od mikrofonu pyta: "Jak ma Pan na imię?". Zdenerwowany młodzieniec nic nie odpowiada tylko się patrzy. Oczywiści szept księdza nikomu ze zgromadzonych nie umyka uwadze. Robi się cisza jak makiem zasiał. Ksiądz powtarza pytanie cichutko, ale i tak wszyscy słyszą :"Jak ma Pan na imię?" ... wówczas ów młodzieniec pochyla się do mikrofonu i niepewnym głosem odpowiada " Pan ma na imię Jezus". ;-)

Mati pisze...

Dzwoni telefon, wyświetla się numer zaprzyjaźnionego zakonnika. Zarobiona po uszy, nie odbieram. Wychodzę z roboty o 22, przypominam sobie o telefonie. Późno, ale oddzwaniam, może to coś ważnego. Jako tako wychowana dukam, że o tej porze to pewnie już w modlitwie przeszkadzam...
- Eeee nie, siedzimy sobie z braćmi i oglądamy "Seksmisję" - pada.
Szczęka mi do ziemi opadła ;)))

Rafael pisze...

Moja historia jest sprzed kilku dni...
Wraz z innymi kolegami przeżywałem Mszę, która była po łacinie i tak patrzyłem, jak wszyscy "spinali się" tym, że nie będą wiedzieć, jak to z tym będzie - kiedy dzwonić, co odpowiadać itd. Już przed Mszą był "zgiełk", panika. A ja podchodziłem do tego na spokojnie. Doszło do momentu Komunii i kiedy przyjąłem Pana Jezusa, uklęknąłem i zacząłem się śmiać, bo pomyślałem: "Panie Jezu, chociaż Ty tu jesteś normalny". ;-)
Zrozumiałem, że tak łatwo się skupić na tym, co nie aż tak istotne, jak On... ;)

Anonimowy pisze...

Rodzeństwo dostało do podziału ciastka. Gdy okazuje się, że brat zjadł również porcję swojej siostry, Tato pyta chłopca: Dlaczego zjadłeś ciastko Ani? Chłopak na to: " Bo nie wierzę w przeznaczenie";-)

agata pisze...

Któregoś popołudnia moja bratowa poprosiła mnie bym zajęła się moją chrześnicą. Zgodziłam się oczywiście, szczególnie, że dzieci to moja mała pasja ;) Lenka jak na swoje (wtedy) 2,5 roku była bardzo rozbrykanym, rozbieganym, szalonym i rozgadanym dzieciakiem, jej pomysłowość i bujna wyobraźnia zwykle zaskakiwała wszystkich. Do tego bardzo szybko się uczyła- gdy czytało się jej książkę, od razu podłapywała tekst i zapamiętywała go.
Tego dnia wybrałyśmy się na spacer i przy okazji odwiedziny mojej drugiej chrześnicy, a jej kuzynki Rozalki. W drodze powrotnej, a przechodziłyśmy obok kościoła, Lenka zapytała mnie czy możemy wejść. Pomyślałam- "Ducha nie gaście"- idziemy. Co prawda wieczorna Msza się już zaczęła, ale cóż. Pochodziła po kościele, pogadała to do, mnie to do siebie, oczywiście wszystko na głos, co przy małej liczbie ludzi dało się słyszeć. Wreszcie nadszedł czas uwielbienia, Lenka u mnie na rękach. Organisty nie było, ksiądz zaintonował "Ojcze chwała Tobie". Zwrotki się skończyły, a ona na cały głos z pełnym zaangażowaniem: "Ojcze srogi..."- fragment Koziołka Matołka. Słaniając się na nogach ze śmiechu, "przytkałam" jej buzie i wybiegłam do przedsionka, czując na plecach spojrzenie i śmiech ludzi, którzy obrócili się, by zobaczyć "to" zjawisko. Wychodząc, spotkałam księdza, który odprawiał Msze- okazało się, że i on doskonale wszystko słyszał i podobnie jak ja, i pewnie wiele osób nie mógł opanować śmiechu. ot i takie historie.
Czy to humor monastyczny? W moim przekonaniu absolutnie :D
pozdrawiam,
+

beatazu pisze...

Moja Mama leżała kiedyś kilka miesięcy w domu po poważnym złamaniu nogi. W tym czasie z sakramentami odwiedzał ją zaprzyjaźniony ksiądz - człowiek wielce spokojny i uduchowiony. Zawsze Tata odbierał domofon i wpuszczał księdza na klatkę schodową. Pewnego dnia ów kapłan podzielił się ze mną doświadczeniem wizyty u moich Rodziców:

Jak zwykle nacisnął guziczek na domofonie, a z głośnika odezwał się głos:
- Tak słucham?
Ksiądz w przypływie nagłego natchnienia, zamiast jak zwykle przedstawić się z imienia, postanowił tak bardziej pobożnie:
- Witam! Pan Jezus.
Po chwili domofon zabzyczał, drzwi się otworzyły... ale z głośnika dobiegł jeszcze, nieco już oddalony głos mojego Taty (nieświadomego zupełnie, że jest słyszalny):
- Pan Jezus!!! A ja w gaciach!

;)

Magdalena. pisze...

Idziemy (ja i A.) jedną z krakowskich ulic. Nagle, kilka kroków przed nami, od bruku odbija się ciśnięta z impetem zapalniczka. Ponieważ spadła szybko, nagle i gwałtownie, rzucona niczym grom z jasnego nieba i ponieważ nie było wiadomo, kto to zrobił, dochodzimy do przewrotnego wniosku, że to pewnie Pan Bóg, nieco wkurzony, rąbnął zapalniczką o ziemię. "Zdenerwował się pewnie, że Św. Piotr podpala pod bramą"... - dodaje A. z uśmiechem ;)

Kasia Sz. pisze...

Przypomniałam sobie jak latem tego roku w krakowskiej bazylice dominikanów popołudniową siedemnastkę celebrował o. Gabriel Wilczyński. W pewnym momencie organista z impetem zaczął grać i śpiewać nie tę część mszy co trzeba. Zdziwiony i rozbawiony o. Wilczyński powiedział do mikrofonu" "Panie Heniu" przywołując organistę o imieniu Henio do porządku, by jednak grał to co trzeba. I już przez resztę mszy uśmiech nie schodził z twarzy głównego celebransa.

Pewnego dnia podczas mszy celebrowanej przez o.Kłoczowskiego - o. Paweł Zybura wtedy jeszcze diakon - czytając ogłoszenia przejęzyczył się i powiedział: "Ojciec profesorek i tu padło nazwisko profesora" na co o. Kłoczowski odpowiedział - "A przeczytał to "diakonek".

Edzia pisze...

W kwietniu był ślub mojego brata, już po przysiędze, końcówka Mszy Świętej, a ksiądz na zakończenie zwraca się do państwa młodych: "Moi drodzy chcę byście wiedzieli co oznaczają obrączki na waszych dłoniach. Wiecie jak wygląda znak drogowy "zakaz ruchu" to taka czerwona obrączka wokół białego koła. Teraz was mających złote obrączki na dłoniach i po złożonej już przysiędze małżeńskiej obowiązuje "zakaz ruchu po cudzym brzuchu."" ;)

basiek pisze...

Tak na szybko przypomniała mi się taka dla mnie wtedy śmieszna historia związana z księdzem z mojej dawnej pracy w klasztorze u austriaków. Na rekolekcje takie dni modlitwy i skupienia przyjechał wtedy młody ksiądz znany mi wcześniej raczej wesoły zawsze i dużo mówił, bo nie raz przyjeżdżał do klasztoru przy jakiejś okazji, a wtedy tylko się modlił lub chodził po ogrodzie w odosobnieniu, jadł tylko samą zupę na obiad, chleb i woda na kolacje i śniadanie, też samotnie kiedy innych nie było, z nikim nie rozmawiał. W ostatnim dniu wieczorem kiedy byłam w kuchni przychodzi i prosi o trochę oleju. Ja sobie pomyślałam - biedny taki nie dość że nie odzywa się do nikogo o chlebie i wodzie i jeszcze olej będzie pił na noc, mówię mu że jest tylko taki zwyczajny do smażenia a on że może być - nalałam mu szklankę tego zwykłego oleju i podaję mu ze zdziwieniem a jego to tak rozśmieszyło i powiedział że on nie będzie go pił i potrzebuje tylko troszeczkę bo mu koloratka odparzyła szyję i chce sobie tylko tym potrzeć na noc. Od tamtej pory ile razy przyjeżdżał to śmiał się już z daleka i zawsze żartował że oleju nie będzie pił... :)

szpieg z krainy deszczowców pisze...

Dzwonek do drzwi klasztoru męskiego
-Czy jest głowa tego konwentu?
-Niestety nie ma, jest poza klasztorem.
-Aha...a kiedy wróci głowa tego konwentu?
-Trudno powiedzieć...nie wiem.
-A czy jest zastępca głowy tego konwentu?
-Też jest poza domem.
-Przepraszam, a z kim rozmawiam?
-Z dupą tego konwentu.

podobno rozmowa autentyczna.

Anonimowy pisze...

w tekście powyżej powinno być raczej nienachalnym, a nie "nienachlanym", czy się mylę?

pandarasta pisze...

To i ja napiszę historię z życia wziętą a raczej z seminarium,którą kiedyś opowiedział mi brat.
Wiadomo jak każdy student tak i kleryk w seminarium zasypia na nudniejszych wykładach.Nie które wykłady odbywały się w kaplicy.Na jednym z takich wykładów,zasłabł dosyć wysoki chłopak i zaklinował nogi spadając z ławki.Nikt na początku z kleryków nie reagował,bo myśleli,że usnął i się zaraz obudzi,ale nie wstawał dłuższą chwilę,więc ktoś w końcu zorientował się,że coś nie tak i zaczęły się próby wyciągnięcia tego chłopaka po dłuższej chwili wyniesiono go z kaplicy.Kolejnego dnia,znowu wykłady mój brat siedzi sobie spokojnie koło kolegi patrzy a on bach na podłogę.Brat od razu się zerwał,żeby mu pomóc,nachyla się nad nim a ten kolega do niego mówi:Proszę Cię,wynieście mnie,że niby zemdlałem jak tamten .I tak zrobili ,no cóż każdy chce pospać na wykładach,ale najlepiej się dobrze oprzeć;)

szpieg z krainy deszczowców pisze...

a, to jeszcze jeden...klasyk
Jezuita z dominikaninem prowadzili dysputę
Jezuita, chcąc "zagiąć" dominikanina tak rzekł pytanie:
- A jakiego koloru włosy miał Judasz, jasne czy ciemne?
- Tego jakiego koloru włosy miał Judasz nie wiemy na pewno. - odparł dominikanin. Wiemy natomiast na pewno, że należał do Towarzystwa Jezusowego. :)

Aguś pisze...

Historia z tegorocznej pielgrzymki na Janą Górę.

Jako, że nasza pielgrzymka jednego dnia ma odcinek aż 50km, to wiadomo, nie można zostawić tego jak normalnego odcinka. Jest tradycja, że ok. 1km przed wejściem na nocleg wszyscy księża dobierają sobie partnerki i muszą z nimi zatańczyć skoczny, wesoły taniec - i przyznam, że podziwiam ich za ten wyczyn, po 50km! W tym roku dodatkowo, akurat w ten dzień nastąpiło apogeum temperatury tego lata. Wszyscy księża oczywiście na całej trasie idą w sutannach.

Jak wiadomo klerycy do ''normalnych'' nie należą ;) i swój humor mają. Jeden z nich zauważył coś dziwnego na plecach księdza przewodnika i zadał wszystkim taką zagadkę: ''Na plecach Taty (tak nazywaliśmy naszego przewodnika) pojawił się pewien rebus. Kto odgadnie co to może być?'' Oczywiście nikt nie miał pojęcia i kleryk odpowiedział sam sobie na swoje pytanie: ''Być solą ziemi." Co, tylko dodam, było hasłem całej tegorocznej pielgrzymki. :)

aga pisze...

po lekturze powyższej muszę napisać jeszcze raz:
dzień zaczęłam na blogu uśmiechem, a kończę rżeniem

Piotr pisze...

W ubiegłym tygodniu razem ze swoją dziewczyną odwiedziliśmy przyjaciół na Pomorzu. Jednym ze znaków tego wyjazdu były... internetowe przepowiednie.

Kiedy po przyjeździe jedliśmy obiad, wciąż dochodząc do siebie po podróży, Jacek - jeden z naszych gospodarzy - zapytał, czy chcemy zobaczyć, "jak szop pracz wcina winogrona ze stołu". Przeglądał jakiś portal, trafił na link, zażartował - dziewczyny jednak nie mogły ominąć tak uroczego widoku. Szop jak szop, winogrona jak winogrona. Jeden z (zbyt) wielu internetowych filmików. Dzień mijał swoim tempem, wieczorem poszliśmy na spacer nad morze. Nie wierzyliśmy własnym oczom, kiedy przed nami pojawiła się para z... szopem na smyczy. Identycznym jak ten, którego oglądaliśmy wcześniej. Cały wieczór śmieliśmy się, że pierwszy obejrzany w nowym miejscu film ma wielką moc.

Następnego ranka, w ramach relaksu z niekoniecznie mądrymi i ambitnymi rzeczami przed nosem, pokazaliśmy naszej gospodyni bardzo popularny ostatnio teledysk, w którym wokalista rozważa nad odgłosami wydawanymi przez lisy. Oczywiście padło w ciągu dnia kilka komentarzy, że teraz musimy się przygotować na spotkanie z rudym futrzakiem, ale kto by to brał na poważnie... Po zachodzie słońca poszliśmy na najwyższy punkt Gdyni, żeby z wysokości móc obejrzeć miasto. Kiedy pokonaliśmy schody, do krajobrazu zostało nam jeszcze kilka kroków. Wcześniej zobaczyliśmy lisa. Prawdziwego, żywego lisa. Nie odezwał się.

Pół wieczoru trwało wymienianie się pomysłami, jaki filmik obejrzeć następnego ranka. Milion dolarów? Nie, bo w obu przypadkach tylko patrzyliśmy, a nie mogliśmy tego dotykać... Piękne panie i przystojni panowie? Bez przesady... Nie wpadliśmy na nic mądrego. Jakoś bezwiednie rano ktoś puścił "Ciszę" Kamila Bednarka.

Ciągle na niego czekamy.

Lisuaw pisze...

To ja zacytuję anegdotę z życia wielkiego naukowca Nielsa Bohra. Może niezbyt związana z religią, jednak wydaje mi się podchodzić pod opisany rodzaj poczucia humoru :)
"Nad drzwiami swojego wiejskiego domu Niels Bohr powiesił podkowę, która jakoby przynosi szczęście. Jeden z gości zapytał zdziwiony:
- Czyżby pan, taki wielki uczony, wierzył, że podkowa przynosi szczęście?
- Nie - odpowiedział Bohr - ale powiedziano mi, że podkowa przynosi szczęście także tym, którzy w to nie wierzą."

Riand pisze...

Historia ta dotyczy mojej skromnej osoby lat około 6 i mojego ojca lat jakieś 6+28, który sytuację to lubi do dzisiaj z uśmiechem wspominać.

Zagrałem na nerwach tatusia. W pewnym momencie pragnąc wyrzucić z siebie złe emocje, nazwał mnie.... małym pierdem.
Już jako dzieciak miałem trochę nad wyraz wybujałe ego i straszliwie się obraziłem. Jednakże po pewnym czasie moją naburmuszoną buzię rozświetlił szeroki, szelmowski uśmieszek.
Tata zapytał mnie, skąd ta radość?
Moja odpowiedź:
Pomyślałem sobie kim musi być ojciec małego pierda :-)

( chodziło oczywiście o dużego pierda )

Paweł

Aga pisze...

Zasłyszane, z dość pewnego źródła:
Chorował pewien kapłan z mojej diecezji. Arcybiskup podczas jednej z mszy świętych na zakończenie poprosił wiernych: "Pomódlmy się jeszcze za chorego księdza Jana... Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie". Ksiądz Jan zmarł dwa dni później - w diecezji podsumowano to krótko: do samego końca był posłuszny biskupowi!

Mariusz Kościelski pisze...

Historia wydarzyła się naprawdę. Dziewczyna w przedszkolu ubiera buciki - jest to dziewczynka która co niedziele odmawia jutrznię ze swoimi rodzicami.Ubiera i nie może założyć. Podchodzi pani i mówi - Zosiu co się stało. Zosia podnosci głowę i mówi "ciężko mnie Pan doświadczył ale na śmierć nie wydał"

Mariusz Kościelski pisze...

Podczas ostatnich rekolekcji mojej wspónoty które odbyły się w miniony łikend. Pada pytanie kierowane do całej wspólnoty czy są osoby które są gotowe oddać swoje życie Bogu w życiu konsekrowanym - jako kapłani. Wstaje jeden z moich współbraci osoba samotna, kończąca studia - my się cieszymy, gratulujemy odwagi - a współbrat odpowiada poważnie - ale ja tylko do ubikacji chciałem wyjść :)

Dor pisze...

Kilkanaście lat temu spędzałam parę dni w parafii zaprzyjaźnionego księdza. Było sporo dzieci,a to jest wiejska parafia, w której mieszkają też zwierzęta (konie), więc jest sporo pracy. Tego dnia mieliśmy zacząć dzień od mszy świętej. A że było to wcześnie rano, nie zdążyliśmy zjeść śniadania. Mniej więcej w okolicach południa,zajęci pracą, prawie zapomnieliśmy o głodzie. Ale nie wszyscy. Nagle słyszymy pytanie od jednej z dziewczynek: "Może byśmy coś zjedli? Od rana jedliśmy tylko Ciało Chrystusa" :)

Anonimowy pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=i89V7Y3hh8E

Anonimowy pisze...

to historia jak mój syn miał ok 4 lat (dziś ma ok.28) spędzialiśmy zimowy urlop u zaprzyjaźnionych Sióstr zakonnych w górach. Młody miał pisząc eufemistycznie duży temperament i uciszałam go często mówic "Bądź cicho bo Siostry się modlą" Po kilku dniach poczas kolędy miejscowy ks. Proboszcz pyta go "Masz rodzeństwo?" "Nie mam" pada odppowiedź "A czy chciałbyś brata czy siostrę" kontynuuje ksiądz i tu pada odpowiedź "Nie chcę siostry, bo siostry się modlą". Jest element monastyczny bo w klasztorze jest religijny bo Siostry się modliły i zabawny bo trzeba być cicho Pozdrawiam wszystkich

kiszoj pisze...

Sześcioletni Jaś (ogląda stare nagranie):
-a gdzie jest Maks?
-nie było go jeszcze na świecie, chociaż Pan Bóg już go pewnie wymyślił.
(Tata Jasia):-Na pewno jego atomy kręciły się już gdzieś w pobliżu we wszechświecie
(Jaś):Ojej, a wszechświat jest bardzo duży...!
-nie Jasiu, wszechświat jest malutki, to Pan Bóg jest duży!
-no tak, bo Pan Bóg jest Wszystkim...

Kiedy indziej:
-Mamo, czy Pan Bóg zmieści się w samochodzie?
(Mama nie wie)
-No jasne, że się zmieści! Jak zmieści się w sercu człowieka, to w samochodzie też musi!

taki Jaś. (prawdziwy)

Ania pisze...

Historia mojej przyjaciółki w trakcie egzaminu na prawo jazdy ;) zaczął padać deszcz a jakoś tak wyszło że w czasie lekcji nigdy nie padało, egzaminator karze jej włączyć wycieraczki , zestresowana włączyła ze spryskiwaczem on: ale wystarczyło podnieść do góry, po chwili sytuacja się powtarza tyle że włączyła tylnie on: taak to tylnią szybę też mamy już umytą.
Koniec egzaminu, stoją na parkingu, mówi żeby zamknęła okna, z jej szczęściem zamknęła drzwi ... gościu już z taką ogromną cierpliwością może się otworzymy?
Na koniec chcąc wyciągnąć swoje rzeczy z tyłu szarpie się z siedzeniem żeby je przesunąć, (bo u niej w eLce tak było) a pan z wielkim uśmiechem mówi, że są z tyłu drzwi xD
… wiem wstyd ale co stres robi z człowiekiem :p teraz jak to wspominamy mamy dużo radości (a egzamin zdany ;) )

Matematyk: O.dlaczego ty nic nie robisz?
O: Jak to nic?! Teraz się zapatrzyłam na pana!

Anonimowy pisze...

Pozdrowienia po dzisiejszej południowej Eucharystii u Świętej Trójcy!

cici pisze...

jakby komuś było mało anegdot wszelakich:
http://baje-dominikanskie.blogspot.com/

Anonimowy pisze...

Historia prawdziwa zapewniam. W pewnej parafii do komunii świętej , podchodzi wielce zacna parafianka, kształtów pięknych i powabnych(ach! Bóg stwarza piękno i chwała Mu za to).Tak była Kimś lub czymś onieśmielona, że otworzyła piękne usta tak niefortunnie, że hostia zsunęła się w delikatnie mówiąc rubensowskie kształty dekoltu, który nie miał końca i początku. Wystraszona nie wiedząc co począć, daje księdzu sygnały, by coś zadziałał, pokazując oczętami gdzie wpadł Pan Jezus. Na to ksiądz z powagą, melodyjnym głosem mówi:” Proszę samej wyciągnąć Pana Jezusa, bo dla nas dwóch nie ma tam miejsca” Z pozdrowieniami z Podha Joel

Kasia Sz. pisze...

Anonimowy z "20 listopada 2013 z godziny 17:03" historia :-)))).

Kasia Sz. pisze...

Miało być, że historia jest przednia. Bardzo się pośmiałam :-)))).

Anelia pisze...

Pewien ksiądz za swoją życiową misję obrał walkę z alkoholem, upatrując w nim źródła większości zła na świecie. Tak się w tej walce zapędził, że w pewnym momencie każde głoszone kazanie zaczęło wokół tego tematu oscylować. Jego koledzy - księża postanowili dokonać interwencji. Podczas kolacji (przy winie), zaczęli go przekonywać żeby swoim parafianom trochę odpuścił. W końcu jeden mówi "Ale nawet Pan Jezus przemienił wodę w wino!". "A TO Mu się akurat nie chwali" odpowiedział ze stoickim spokojem nasz bohater..
Historia opowiedziana kilka lat temu przez proboszcza jednej z podkrakowskich miejscowości podczas obiadu u moich znajomych (oczywiscie przy winie ;) ).

Anonimowy pisze...

Bardzo dziękuje za chwile radosne i zaproszenie do radości w środku i na dnie wbrew smutkom, które wyzierarają z wielu szpar... Najbardziej się uśmiała żeńska połowa rodziny z opowiadania o panu młodym , (15 minut śmiechu, rzecz bezcenna ). Ponieważ jestem emigrantem, więc rzecz przetłumaczylam na język obcy i przekazuje dalej.
Kilka historii zaslyszanych:
Jedna opowiedziana przez naocznego świadka wydarzenia : po kilku dniach od zakończenia ostatniego konklawe papież osobiście zatelefonowal do domu generalnego Jezuitow chcąc osobiście porozmawiać z Generałem Zakonu. przedstawił się , ze telefonuje z Domu Św Marty , ale na centrali odbierał telefony pewien nowicjusz i to obcokrajowiec i po,prostu nie uwierzył papieżowi , ze to ON i nawet skomentował to w sposób niewyszukany , tak jakby ktoś chciał sobie zrobić z niego żart . Gdy papież zaczął go przekonywać i zaczął mieć wątpliwości skunfuzjonowany niemało wstydził się się kontynuować rozmowę i przekazał słuchawkę przechodzacemu obok Jezuickemu Profesorowi , który nam to potem opowiedział. Maria

old_man pisze...

Jestem niepijącym alkoholikiem. Kilkanaście lat temu byłem na badaniu u gastrologa. Przed badaniem przeprowadzał wywiad. W pewnym momencie zadał mi pytanie: "Pije pan?" Ja na to: "Panie doktorze, jestem niepijącym alkoholikiem. Nie piję już pięć lat!". A on na to: "Hm, to ma pan dość długą przerwę w piciu". Przypominam to sobie za każdym razem, kiedy za dużo mi się wydaje, czuję się zbyt mocny i gdy spod ogromu pychy już mnie w ogóle nie widać.

Żyrólik pisze...

Przed obrazem przedstawiających Adama i Ewę w raju w Galerii Sztuki stoją Francuz , Anglik i Rosjanin. Ten pierwszy zachwyca się scena i komentuje : te dwa nagie ciała , tak pełne zmyslowego natchnienie, na pewno są to Francuzi. Anglik nie zgadza się z ta opinią i dodaje : ja widzę dwie postacie pełne spokoju, nic nie zdoła ich poruszyć, to muszą być Anglicy. Na koniec do głosu doszedł Rosjanin: ja widzę dwóch ludzi, którzy nic nie mają, ani gdzie mieszkać , ani co nasilenie włożyć z wyjątkiem lista figowego, do jedzenia mają tylko jedno jabłko i powiedziano im , że się znajdują w raju. Jestem przekonany , ze tych dwoje to na pewno Rosjanie.

Żyrólik pisze...

Rodzice dwóch małych synów , jednego niepoprawnego optymisty i drugiego wiecznego pesymisty postanowili zadziałać wychowawczo i pod choinkę sprawić im rożne prezenty. Optymiscie dla kontrastu byle co, a pesymiscie cenny i oczekiwany prezent. Po otwarciu prezentów w dzień wigilijny pesymista wybucha płaczem i głośno rozpacza wołając : piękna jest ta kolejka z torami, sama się porusza, to mój wymarzony prezent , ale na pewno w ciagu dwóch miesięcy używania popsuje jej się motor.
Natomiast optymista skacząc z radości zapytany przez rodziców , z czego się tak cieszy odpowiada jeśli mam już g... końskie to wierzę, ze i koń niebawem się pojawi.
Jako komentarz dodam, że podobnież bycie pesymista lub optymista jest w dużej mierze zależne od genów , które posiadamy , więc nie da się tych cech tak całkiem w sobie zmienic. Czy inni blogowicze specjaliści w materii to potwierdza?

Żyrólik pisze...

Jeszcze jedno z życia rodzinnego wzięte : nasza córka jako około 5 letnia osóbka była często zatrzymywana przez liczne panie, które zachwycały się jej pięknym , długimi , gęstymi, kreconymi włosami koloru rudego odcień wzięty prosto z wielu obrazów Tycjana. Komentarze były zawsze pełne podziwu lub wyrażały chęć pomalowania włosów komentujacej osoby wybierając właśnie ten odcień.
Pewnego wakacyjnego dnia nasza 5 latka wybucha na jednej z ulic Szczecina płaczem . Dopytywana o przyczynę tego nagłego smutku odpowiada , ze jest jej przykro bo widziała Panią na ulicy , która miała włosy ładniejsze od niej.
To chyba db przykład , ze tych innych nie zazdrosnych i nie pysznych trudno jednak spotkać, chyba wina grzechu pierworodnego ...

Pewnego dnia

mk pisze...

Sytuacja u was w klasztorze, w Łodzi...
Na mszy ojciec po komunii powiedział: "klęknijmy", kiedy miały być ogłoszenia (niedzielne).
Wierni trochę zdziwieni klękają.
Po chwili ojciec strasznie zmieszany prostuje mówiąc: "Oczywiście USIĄDŹMY, ogłoszenia będą"... Po czym dodaje: "Swoją drogą Kościół to jednak ma władzę..." :D
I w ogóle całe te ogłoszenia jakieś śmieszne były. Taki prosty uśmiech wyniosłam do domu wtedy od was.
Made my day :)

Anonimowy pisze...

:) za wiele "monastycznych" nie znam. Jak ktos skads wytrzasnie, chetnie poczytam...
Takie znalezione, pewnie nie prawdziwe historie...

"Generał Raimund Montecuccoli był przykładnym katolikiem, choć czasami przychodziło mu to z trudem. Pewnego dnia, w piątek, zgłodniały wszedł go gospody i zamówił omlet z szynką. Kiedy mu go podano, nagle zagrzmiało i niespodziewanie rozpętała się burza. Generał wstał, podszedł do okna i wyrzucił przez nie omlet. Spoglądając na burzowe chmury mruknął:
- Tyle hałasu z powodu kawałka szynki."

Niedaleko małej parafii, zbudowanej przy drodze, stoją rabin i ksiądz.
Piszą na tablicy wielkimi literami:
"KONIEC JEST BLISKI, ZAWRÓĆ NIM BĘDZIE ZA PÓŹNO!"
W chwili, gdy piszą ostatnią literę, zatrzymuje się samochód.
Wychodzi kierowca i krzyczy:
- Zostawcie nas w spokoju. Wy religijni fanatycy!
Wsiada z powrotem do samochodu. Odjeżdża.
Po chwili słychać wielki huk i trzask...
Duchowni patrzą na siebie i ksiądz mówi:
- Eeee... może po prostu napisać "Most jest zniszczony!". Co?

Katechetka pyta Jasia:
- Ile jest sakramentów świętych?
- Sześć
- Mylisz się Jasiu, bo jest ich sidem.
- Tatuś powiedział, że sześć, bo Małżeństwo i Pokuta to jeden sakrament.

W młodym małżeństwie mąż prawie całą pensję miesięczną oddawał żonie na wydatki domowe. By pieniądze były racjonalnie wydawane, umówili się, że ona pod koniec miesiąca będzie przedstawiała listę wydatków. Gdy mąż zerknął na listę zastanowiła go pozycja: "150zł. na cele religijne". Pyta z ciekawości żonę: " Co to były za cele?" Żona odpowiada: " Nowy kapelusz dla mnie na Święta Wielkanocne".

Na początku nie było niczego. I Bóg rzekł: niech będzie światłość. Dalej nie było niczego, ale było to lepiej widać.

Ewa wiedziała, że jest z Adamem w raju sama, ale na wszelki wypadek co noc przeliczała mu żebra

Anonimowy pisze...

kawały przednie, ale to miała być zabawna historia(przeżyta, doświadczona,przeczytana) a nie dowcipy

Anonimowy pisze...

:) a co tam. ważne, że ktos sie usmiechnął. (dowcipy, też historie;)

Anonimowy pisze...

Zdarzenie miało miejsce w łódzkim kościele. Chrzest kilkorga dzieci.Ceremonię sprawuje energiczny,starszy wiekowo ksiądz.Denerwuje się,że rodzice nie wiedzą jak się ustawić,gdzie mają stanąć chrzestni,gdzie rodzice,co chwilę uspokaja rozgadanych i zainteresowanych nagrywaniem uroczystości rodziców i " fotoreporterów". Uroczystość wreszcie rozpoczyna się.Księdz po pytaniu o imię dziecka pyta:"O co prosicie Kościół święty dla dziecka" i rodzice po kolei mają odpowiedzieć.Pierwszy ojciec-młody "wyluzowany" chłopak długo się zastanawia i wreszcie odpowiada-" no,o zdrowie,szczęście,pomyślność....Ksiądz zrobił się fioletowy na twarzy ze złości i mówi mocno podniesionym głosem-O chrzest Święty. Pozostali ojcowie wiedzieli już co odpowiedzieć,a zgromadzonym gościom i przypadkowym uczestnikom ceremonii długo uśmiech nie schodził z twarzy.

lili pisze...

U mnie w parafii kiedyś pewien przyjezdny ksiądz czy zakonnik głosił przydługie kazanie i kiedy w charakterystyczny sposób zawiesił głos, tak jakby miał zakończyć, kilkuletnie dziecko głośno dopowiedziało "Amen". Nic z tego, ksiądz wcale nie miał zamiaru kończyć, a ja do dziś się śmieję, kiedy sobie to przypomnę. Dziecko wyraziło wolę ludu.

MartaPiano pisze...

To może ja też się dołączę;-)
Moja znajoma (która ma rude włosy) opowiedziała ostatnio historię, która się Jej przydarzyła:
Pewnego dnia stała na przejściu dla pieszych, a koło niej ok. 6-letnia dziewczynka z mamą.
- Mamooo, a czy tą panią Bóg opuścił? - zapytała dziewczynka
- Nie, co? Czemu? Dziecko, co ty mówisz? - pyta Mama
- Bo gdy Ola pomalowała włosy na pomarańczowo to Babcia jej powiedziała, że ją Bóg opuścił.

runforestrun pisze...

Rodzinne popołudnie - nagle Tato ( Dżentelmen w słusznym wieku ) sięga po kapeć ( pantofel ) , bierze zamach i uderza z całych sił w podłogę, po czym zaczyna sprawdzać rezultat na podeszwie. Mój siostrzeniec zadaje pytanie które zadać chciała cała oczekująca w skupieniu Rodzina
- Dziadziu, co ubiłeś ?
Tato :
- Aaaaaa, jagodę.

:)

Anonimowy pisze...

Zasłyszane, też ponoć autentyczne zdarzenie.
Bolonia, około 1900 r. Na placu przed kosciołem jakis człowiek związany z masonerią spotyka dominikanina ubranego w habit, i czarną kapę.
-Worek na węgiel ! – odpowiada z pogardą mason w kierunku mnicha.
-Worek na mąkę – odpowiada dominikanin rozchylając kapę i pokazując biały habit.

Anonimowy pisze...

Doświadczone. Sierpień 2013. Wakacyjne popołudnie. Zagranicą. 4 Polki stoją w kolejce w popularnej międzynarodowej restauracji ustalając jaki lód jest najsmaczniejszy, oczywiście w języku polskim. Nagle ktoś za nami krzyczy „Cześć” i usłyszała to tylko jedna z nas. Kupiłyśmy i usiadłyśmy przy stoliku.
Kasia mówi - Julia widzisz tego Afroamerykanina?
Julia – Tak. A co? To ten, z którym chodzisz na spacery?
Kasia – No..powiedział mi cześć.
Julia – No ale to ten?
Kasia – No…właśnie nie wiem…
Julia – no jak to! Jak można nie pamiętać twarzy chłopaka, który się tobie spodobał!?
Kasia - …tamten „mój” nie ubiera się tak „jamajsko”..speszyło mnie to i nawet mu nie odpowiedziałam. A teraz mam wyrzuty sumienia..a jak to był ten sam? Dziewczyny co mam teraz zrobić? Głupio mi..
Cisza… Gosia pocieszyła– w sumie wszyscy Murzyni wyglądają tak samo.. Po babskiej burzy mózgów plan był taki, że Kasia idzie do toalety i po drodze przyjrzy się jemu..w ostateczności zapyta która jest godzina i poczeka na dalszy bieg zdarzeń. Ruszyła… Już mamy połowę lodów a Kasi nie widać, a Afroamerykanin wciąż samotnie siedzi. Julia znając ją najlepiej palnęła – Kasia albo tak długo myśli w łazience, albo zadzwoniła do brata z alarmowym pytaniem „co robić?”. Zaśmiałyśmy się. W końcu pojawia się Kasia:
Wszystkie – i co, i co? Co tak długo? Gdzie byłaś?
Kasia – Bo wyszłam na zewnątrz i zadzwoniłam do Piotrka (brata)…-my w śmiech. Historia skończyła się tak, że Kasia po prostu podeszła do Murzyna i zapytała czy nie ma na imię Murphy, tak jak ciemnoskóry, z którym się umawiała. Okazało się, że nie. A pytanie dlaczego powiedział do nas po polsku „cześć” …może siedział tam już nie wiadomo ile czasu czekając na „swoją” Polkę. (Imiona zostały zmienione).

Iris pisze...

"Następnie należy się zatroszczyć o to, żeby nie były one zbytnio od siebie oddalone." he,he często są bardzo oddalone, choć nie u autora wpisu :) ... chmmm... Może taka anegdotka w pigułce: Gdy wchodzi na ambonę biskup, by wygłosić kazanie, czas się zakrzywia, wchodzimy do wieczności.
A może zgłosimy klasztor do akcji "Uszyj Jasia" ? http://uszyjjasia.blogspot.com/
Albo zorganizujemy podobną ??

bambuko pisze...

W pewnym żeńskim klasztorze mieszkała Siostra, która przez ponad 40 lat była zakrystianką niewielkiego kościółka w Bieszczadach - wiosna lato jesień zima. Droga z klasztoru do kościoła liczyła około 3 km. Siostra opowiadała zawsze, że jest umówiona z Panem Jezusem - dopóki sił jej starczy, będzie pełniła tę posługę, a gdy ich zabraknie, On sam ją zabierze. Gdy skończyła 90 lat droga do kościoła kosztowała ją już nie lada wysiłek, dlatego jeszcze częściej zaczęła łapać kierowców na stopa, prosząc, by ją podwieźli - czyniła to z niezmiernym wdziękiem !!! - pochodziła z rodziny o hrabiowskich korzeniach. Ale !!! Łapanie stopa nie budziło aprobaty niektórych jej współsióstr. Byłam świadkiem, jak wobec szerokiego grona osób, jedna z nich (ze 30/40 lat młodsza) zwróciła Jej stanowczo i niezbyt grzecznie uwagę, że Jej nachalność wobec kierowców i postępowanie, jako siostry zakonnej - powiedzmy łagodnie - "jest niewłaściwe".
Na te słowa Siostra obróciła się na pięcie, a stojącym gapiom z lekkim uśmiechem
szepnęła tylko jedno zdanie:
"U mojej siostry... dobro głęboko ukryte".
I wsiadła do pierwszego samochodu, który zatrzymał się, gdy zamachała ręką... :-)

Jo pisze...

PMRD tzw" Szpaki": Dzień pierwszy.
Tak mi się skojarzyło z psem u Mertona ;)
Marta- wulkan energii, dobrego humoru i sił witalnych, uwielbia się śmiać, co czyni często w sposób spontaniczny i cieszy się cała sobą.
Ks.Andrzej Szpak, jak zawsze przejęty,żeby wszystkim było dobrze,śpiewa, opowiada różne historie w drodze,jest nas jeszcze mało, kameralnie idziemy jeszcze wszyscy razem.
W pewnym momencie Szpaku mówi:
- Marta, widzicie Martę, jak ona się cieszy, jak radośnie się śmieje( Marta w śmiech,zarażliwy zresztą,bo wszyscy jej wtórują)
-Ona się cieszy jak pies !

Cisza...i...śmiech Marty ;)



Anonimowy pisze...

Nasz syn kilkanaście lat temu miał 2 latka. Niewiele jeszcze mówił, a właściwie tylko gaworzył. W pewną niedzielę ma wrzucić monetę na ofiarę. Nadchodzi młody kleryk z tacą. Pawełek grzecznie wrzuca pieniążek, ale już po chwili żałuje, że tak łatwo się z nim rozstał. Wyciąga rączki i przez środek kościoła tupta małymi nóżkami za klerykiem głośno wołając "tata, tata, tatata..." Kleryk przyspieszył... :-)


Beata pisze...

Po niedzielnym obiedzie w klasztorze zamieszkiwanym przez bardzo wiele sióstr, a dokładnie w refektarzu, zmywamy naczynia. I nagle słowa jednej siostry: "Wie siostra co... zmywanie jest jak Miłosierdzie Boże - nigdy się nie kończy" :)

Sytuacja w czasie Eucharystii. Podchodzę jako pierwsza przyjąć Pana Jezusa, a tu nagle "Przyjdź do zakrystii". Myślę, " ja? co się stało?"; dopiero potem spoglądam na siostry przyjmujące Komunię Świętą i słyszę jak kapłan mówi do nich: "Corpus Christi" :)

Anonimowy pisze...

pisane ze świadomością, że czas minął ;) ale historia z władzą Kościoła i klęknijmy, usiądźmy przypomniała mi ogłoszenia z okresu zeszłorocznego Adwentu :)
Jednym z ogłoszeń po mszy była informacja: "Pan organista rozpoczyna roznoszenie opłatków wigilijnych po mieszkaniach na ulicy takiej takiej i takiej. Przyjmijmy.. tu ksiądz wziął głębszy oddech, a wszyscy ludzie jak jeden mąż spodziewając się słów "przyjmijmy Boże błogosławieństwo" wstali. Po czym ksiądz zdziwiony dokończył: Przyjmijmy pana organistę z życzliwością. :)

Anonimowy pisze...

Sytuacja zdarzyła się naprawdę

W jednym z żeńskich zakonów podczas Mszy świętej w intencji jednej z sióstr, ksiądz pomylił się w odczytaniu intencji mówiąc:
-módlmy się za siostrę Olę która zasnęła z nadzieją...
-urodziny! urodziny! – krzyczą pozostałe
-a...przepraszam za pomyłkę- odparł już mocno poczerwieniony na twarzy kapłan
- nic nie szkodzi, to na przyszłość- odpowiada s. Ola ( s. Oli często zdarza się podsypiać tu i uwdzie)

Prześlij komentarz