poniedziałek, 8 grudnia 2014

Brak ascezy wyjaławia

Kto nie zakosztował mądrze przeżywanej ascezy, nie zrozumie, jak wielką wolność daje ona człowiekowi. Ona jest niezbędna dla zachowania duchowo-psychicznej higieny.





Małgorzata Bilska, której książka o św. Charbelu i współczesnych pustelnikach ukaże się niebawem, na swoim facebookowym profilu podzieliła się odkryciem dotyczącym współczesnego rozumienia słowa: „asceza”.

Ascetyzm – ograniczanie przyjemności, wstrzemięźliwość.

Zaraz po tym padają jednak kolejne definicje:

Asceza – jeden z mechanizmów obronnych znanych w psychologii. Jest to mechanizm zrodzony na bazie oporu wobec własnej seksualności. Uzewnętrznia się podczas okresu dorastania, ale zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie pod wpływem braku miłości i akceptacji ze strony rodziców. Objawia się unikaniem towarzystwa, brakiem akceptacji własnego ciała, bulimią, anoreksją, wzbranianiem się przed wypróżnieniem.

Wynikła z tego interesująca dyskusja, w której Gośka zauważyła, że dzisiaj ascezę połknęły i strawiły nauki psychologiczne, które zajęły się potrzebami, popędami i pragnieniami wieszcząc katastrofalne dla życia i zdrowia skutki ich brania w karby.

Doświadczenie tysięcy osób mówi jednak coś innego. Mniej znaczy często lepiej, a samodyscyplina jest absolutnie niezbędna do tego, aby człowiek mógł się rozwijać. Nie da się zachować higieny psychiczno-duchowej, bez odcinania się od rzeczy zbędnych. Maksyma „od przybytku głowa nie boli” nie sprawdza się w codziennym życiu, gdyż nadmierna troska o utrzymanie nadmiaru, odbiera wewnętrzną równowagę i pokój. To jakość jest lepsza, nie ilość.
 
Wchodzisz na Wikipiedię i drżysz. Mówisz „higiena”, a tu masz anoreksję i bulimię. 

To nic, że dzisiaj formą ascezy jest odchudzanie, wyrzeczenia dla sukcesów w wyglądzie, sporcie, pracy, nawet polityce. Asceza to nie tylko okresowe niepicie alkoholu, ale i niejedzenie mięsa, w tym modny wegetarianizm. Najgorzej asceza jest widziana we wszystkim, co ma jakikolwiek związek z seksem, ale gdyby tak ludziom powiedzieć, że będą żyli jak w bajce od ślubu do śmierci z kimś ukochanym, pod warunkiem pewnej ascezy, weszliby w to od razu.





Zastanawiam się nad jednym. Skoro nadmiar jest taki ponoć fantastyczny, to skąd tak wielka popularność idei slow life, minimalizmu, dobrowolnej prostoty? I to u ludzi nie związanych z Kościołem.

Małgorzata stwierdza:

Mam podejrzenie, że psychologia koncentrując się na rozwoju osobowości w sensie tylko psychologicznym, zgubiła bardzo ważne słowo - charakter. Nie da się go ukształtować jako silnego, bez ćwiczeń, panowania nad wolą, mierzeniem się z trudnościami.

I jeszcze ciekawa wypowiedź jednego z uczestników dyskusji:
Od nadmiaru dobrobytu społeczeństwo "mięknie" zarówno fizycznie, jak i duchowo. Było to jasne również dla starożytnych. Nie bez przyczyny do języka potocznego weszło słowo sybaryta - mieszkańcy Sibaris stali się modelowym przykładem ludzi, którzy dla przyjemności przestali się oddawać ascezie (szeroko rozumianym ćwiczeniom) i ślad po nich zaginął. Jedyny trwały wkład w kulturę jaki wnieśli - to wynalazek nocnika... Tak więc asceza, nie jest żadnym straszakiem, żadnym sado-maso, lecz drogą wymagającą wysiłku i pracy, ale drogą do konkretnego celu.

***

Po latach pracy z ludźmi i setkach odbytych rozmów jestem przekonany, że to co ludziom odbiera wolność, to brak mądrze przeżywanej ascezy. Droga do Boga, który zawsze przywraca wolność, wymaga wyrzekania się siebie i praktyk ascetycznych.

Ksiądz Edward Staniek stwierdził kiedyś, że można uratować każde powołanie wstając 30 minut wcześniej, by poświęcić ten czas na modlitwę i lekturę Pisma Świętego.

Kto nie zakosztował mądrze przeżywanej ascezy, nie zrozumie, jak wielką wolność daje ona człowiekowi. Ona jest niezbędna dla zachowania duchowo-psychicznej higieny. Ludzie, którzy są rozsypani wewnętrznie najczęściej karmią się jałowymi przyjemnościami, które zamiast ukojenia przynoszą im jeszcze większy smutek.

 
***

Chcemy różnych rzeczy - najeść się kilogramem czekoladek, wypić morze piwa czy wina, oglądać telewizję całymi godzinami. Tego wszystkiego możemy chcieć, ale tego nie potrzebujemy.

Mylimy białko z cukierkami.

Przez kilka godzin korzystam z internetu - tu coś przeczytam, tam ciekawy filmik, ale jak kończę, to już nie mam siły na nic. Co więcej, mam wrażenie, że zamiast pokoju czuję jeszcze większy zamęt. Obżeranie się informacyjnym fast foodem, poświęcenie nadmiernej ilości czasu bezużytecznym rzeczom wyjaławia i odbiera wewnętrzny pokój.

Czytałem artykuł, gdzie autor opisywał eksperyment, który zrobił na sobie. Odkąd odłączył się  od bzdurnych informacji, komentarzy, lajków, blogów, przestał czytać i oglądać „śmieciowe ” teksty i obrazki, ma 3 godziny więcej w życiu. Odkąd przeszedł na informacyjną dietę, twierdzi, że jest po prostu szczęśliwszy. „Tęsknię do stanu szczęśliwości, jaki daje praca z ludźmi, wysiłek fizyczny i kontakt z naturą” - wyznał.

***

Na wielu spotkaniach organizacyjnych zastanawiamy się, co trzeba jeszcze robić. A może ma przyjść taki czas, żeby zapytać, czego trzeba nie robić, żeby to co robimy było na lepszym poziomie?

Może zrezygnować z jakiś chorych ambicji? Nabiorę kredytów, że już sobie z tym nie radzę, to mnie przeciąża? Zrezygnuję z nadmiaru informacji, które muszę później przerobić? Z przymusu kompulsywnego zbierania cudownych wrażeń? Jesteś na urlopie, masz zrobić setki zdjęć, potem wrzucić je w internet. Jak najwięcej przeżyć, zaliczyć.

W pewnym momencie należy powiedzieć:  "stop" i pozwolić sobie na brak. Żeby coś przeżyć, trzeba mieć wcześniej w sobie na to miejsce. Nadmiar rzeczy czy spraw sprzyja zniechęceniu i jest wyczerpujący.

Może nie muszę przeczytać dziesięciu książek, wystarczy jedna, ale przynajmniej ją zrozumiem? Może nie muszę używać internetu cztery godziny dziennie, wystarczy jedna godzina, ale za to mądrze zagospodarowana?

Jeśli nie odetniemy się od tego, co nas wyjaławia, w naszych sercach wciąż będzie panował zamęt.

Z nadmiaru wyzwań można dostać także zatrucia: zbyt dużo spotkanych ludzi, wrażeń, smaków. Pamiętam, że to z podróży, w czasie których rezygnowałem z presji zobaczenia wszystkiego, wracałem nieprawdopodobnie wypoczęty psychicznie i duchowo. Nigdzie nie trzeba było się śpieszyć, czegoś koniecznie przeżyć, sfotografować, opisać. Nagle okazywało się, że jeśli czegoś nie zobaczę, to moje życie wcale nie stanie się gorsze.

Może mniej przeczytam książek, ale za to więcej tych dobrych? Może nawet przeczytam jedną, ale za to ją zrozumiem. Nie odbędę wszystkich spotkań, nie wypełnię grafiku, kończąc dzień zupełnie wyczerpanym. Problem naszej kultury polega na tym, że jeśli mamy za dużo, to oferuje się nam kolejne kursy, jak tym nadmiarem zarządzać, zamiast uczyć się nas rezygnować i odrzucać niepotrzebne ciężary.

Świat próbuje nam wmówić, że można mieć wszystko. To bzdura i fałsz. Dzisiaj najbardziej przydatną umiejętnością jest nie pragnąć wiele. Dzięki temu człowiek zachowuje wolność i może pozostać sobą.




19 komentarzy:

Tesia pisze...

Psychologia zdaje się nie zauważać tego elementu człowieka, jakim jest duchowość. Próbuje szukać naukowych przyczyn pewnych zjawisk, mechanizmów ich funkcjonowania i dawać recepty tam, gdzie nie sięgają żadne metody badawcze, tylko indywidualne duchowe doświadczenie człowieka. Wiedza psychologiczna bywa często pożyteczna, ale niewystarczająca.

Anonimowy pisze...

I znów kilka zdań, które utkwiły...
* "Ludzie, którzy są rozsypani wewnętrznie najczęściej karmią się jałowymi przyjemnościami, które zamiast ukojenia przynoszą im jeszcze większy smutek"

* "A może ma przyjść taki czas, żeby zapytać, czego trzeba nie robić, żeby to co robimy było na lepszym poziomie?"

* "Dzisiaj najbardziej przydatną umiejętnością jest nie pragnąć wiele. Dzięki temu człowiek zachowuje wolność i może pozostać sobą"

pandarasta pisze...

Ojcze,dziękuję za ten wpis,bo ostatnio za bardzo się rozpędziłam i choć próbowałam cieszyć się z małych rzeczy,to średnio mi to wychodziło.Dziękuję też za książkę i całego tego bloga,bo wiele dobra w moim życiu Pan Bóg uczynił dzięki temu ;)

Anonimowy pisze...

czyli mieć mniej, ale za to piękniej

ArtK pisze...

Brakowało takich wpisów ojcze. Chyba większość z nas boryka się w pewnym stopniu z podobnymi problemami ze sobą. Widzę po sobie jak ciężko się odciąć od wszystkich bodźców które nas codziennie atakują a które zachęcają do gromadzenia "pustki", czy to duchowej czy materialnej. Jestem ciekaw jak inni sobie radzą sami ze sobą. Jak znajdują siłę na to by raczej z czegoś rezygnować niż by mieć, przeżyć, być itp...

Iris pisze...

:)

Magdalena. pisze...

Czytam sobie te wpisy od czasu, do czasu i choć nie dorastam wciąż do systemu błogosławionej prostoty, są one oddechem i dają trochę dobrego myślenia - że jeszcze nie wszyscy w tym świecie powariowali. Ostatnio rozmawiałam z dzieckiem z przedszkola o językach, których się uczy - angielski, francuski, chiński - fajnie, bo może kiedyś wybierze ten najbardziej lubiany. A z drugiej strony zastanawiam się, czy teraz dzieci mają czas na to, żeby być dziećmi? Bo jak nie gnasz swojej pociechy na tysiąc zajęć pozalekcyjnych, to ona zostanie w tyle. Czy to jest aby zdrowa tendencja?
a to dla wszystkich, z naciskiem na Osobę Autora - dobrze, że piszesz, Padr ;):
https://www.youtube.com/watch?v=qyaCZh7DcLM

Magdalena. pisze...

a, i fajnie, że nie muszę już kodów zgadywać. I jeszcze jedno: zdjęcie z mgłą - świetne!

mawa pisze...

Czytam właśnie ciekawą książkę Michaela Sandel'a: “Czego nie można kupic za pieniądze. Moralne granice rynku.” Autor pisze o tym, że dziś mamy nie tylko “gospodarkę rynkową”, ale “spoleczeństwo rynkowe”, ponieważ w pogoni za zyskiem, rynek przeniknął nasze życie prywatne. Za pomocą odpowiedniej reklamy, sugestii, zabiegów socjologicznych itd. tworzy się spoleczeństwo ludzi, którzy kompulsywnie będą kupować, konsumować, wyrzucać, znowu kupować, zadlużać się itd., w ten sposób zysk firm i gospodarka rosną. Formy ascezy, które ojciec Krzysztof proponuje prowadzilyby raczej do spadku zysków, dlatego nie będą popierane ani promowane. Co innego np. wegetarianizm, który wymaga kupowania innych, drogich produktow spożywczych.

Anna K. pisze...

Mnie wydaje się, że bardziej niż o celowy brak, chodzi o umiar oraz o to, aby równocześnie w jak największy możliwy sposób spełnione były ludzkie potrzeby z piramidy Masłowa.

I tak, z boku może wydawać się, że ktoś ma różne niedobory, a tymczasem ma większość tych potrzeb, jak wyżej, spełnionych w zadowalającym zakresie i jest szczęśliwy.

Z drugiej strony, ktoś może z boku wydawać się dobrze zaopatrzony materialnie, a tymczasem jego potrzeby z piramidy (w tym te podstawowe, z samego dna piramidy, czyli potrzeba snu, odpoczynku, bezpieczeństwa oraz te z wyższych pięter, ale też tak ważne, jak powietrze, czyli potrzeba dobrego kontaktu z innymi ludźmi, miłości, szacunku, samostanowienia, spełniania się) nie są spełnione.

Dlatego, wydaje mi się, że trzeba na to również tak patrzeć. Jeśli ktoś może realizować swoje powołanie i spełniać się w życiu, realizować jakieś sprawstwo, plus jeśli ten ktoś ma szacunek od ludzi i dobre, przyjazne relacje z gronem najbliższych osób, ma poczucie bezpieczeństwa również materialnego, w sensie, że ma gdzie mieszkać i co jeść i nie drży o utratę środków utrzymania i tak dalej, to naprawdę może nie być mu potrzebne wiele rzeczy materialnych z zakresu tych, które niektórym osobom mogą wydawać się fajne, typu płaski telewizor, tablet, drogie ubrania itp.

Oto link do piramidy Masłowa:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_potrzeb

Dlatego też każdy jest inny i po prostu ważne jest słuchać tego, co komu w duszy gra. W moim przypadku, jak patrzę na piramidę Masłowa, to jest cały ogrom niespełnionych potrzeb nawet z tych podstawowych poziomów, a także z tych najważniejszych, dotyczących jestestwa człowieka. Z drugiej strony staram się, na ile mogę, wykorzystywać wszelkie szanse, które pojawiają się, aby jakoś pokierować dobrze swoim życiem, żeby było poczucie bezpieczeństwa, a może też i kiedyś spełnienie się w moim powołaniu. Natomiast problemem jest wielkie zmęczenie na co dzień spowodowane pracą i obowiązkami, a także tym, że właśnie ten rozwój, "żeby było lepiej, i żeby nie stracić swojego człowieczeństwa" (w sensie też rozwijania talentów czy zadbania o to, żeby ciało było sprawne, i żeby wracały siły do życia) odbywa się kosztem właśnie zmęczenia i zaniedbania np. sprzątania i innych rzeczy. Nie rozwiązałam jeszcze tego problemu, ale mam nadzieję, że z czasem jakoś to wszystko wyjdzie na prostą.

Chcę powiedzieć, że każdy jest osobną jednostką i każdy powinien słuchać tego, co mu w duszy gra. Stąd nie wierzę w "jednolite zalecenia" dla wszystkich. Kogoś, kto ma bardzo wiele potrzeb niespełnionych, myślę, że nie zrozumie ktoś drugi, kto ma najważniejsze potrzeby spełnione i będzie dziwił się, że tamten pierwszy stara sobie radzić jak umie i kompensować te braki jak umie.

Anonimowy pisze...

Naprawdę warto mieć trochę otwartości wobec czytanych treści, skoro już poświęciło się czas i wysiłek na lekturę. Też żeby nie popadać w taką skrajność, że cały świat cię nie rozumie.

Anonimowy pisze...

a gdyby tak pojęcie ascezy rozszerzyć :)

nie tylko na to co namacalne i odczuwalne, nie tylko na jedzenie, posiadanie, oglądanie, słuchanie, czytanie, przeżywanie tego co dookoła nas

a gdyby rozszerzyć ją na to co w nas, na nas samych, na nasze myśli, odczucia, oceny?

taka asceza nie tylko daje wolność, pozwala też poznać i okiełznać siebie samego, uczy łamać swoje największe ograniczenia, ograniczenia, które ma się w głowie

to uskrzydla, wyzwala miłość i zrozumienie (o dziwo) dla innych :)

basz.

o. Krzysztof pisze...

Trafna uwaga.

Anonimowy pisze...

a może by tak w ramach ascezy osobistej:

https://www.youtube.com/watch?v=BPWAHE77MKw

;)
basz.

Anonimowy pisze...

Dzięki, Ojcze! Bardzo trafny wpis. Też niedawno podjęłam ten temat, ale "ugryzłam" go z innej strony. ;) Może kogoś zainteresuje:
http://wboskimkregu.bloa.pl/2014/10/29/minimalizm-i-maksymalizm-po-chrzescijansku/

Pozdrawiam,
Aneta

babajaga pisze...

Wklejam kawałek tekstu ze znanej niektórym z Was książki- biografii (właśnie kończę czytać- kapitalne teksty) wywiadu 'autobiografii' z o. Joachimem Badenim

„ Może warto uczynić dygresję o ascezie. W nowicjacie przestrzegano surowych postów: do syta jedliśmy tylko raz dziennie. Prawdę mówiąc – głodowaliśmy. Kiedy więc pewnego razu wybraliśmy się w odwiedziny do klasztoru żeńskiego, objadłem się tam tak potwornie, że nie mogłem wstać od stołu! Wiele lat później byłem w naszym domu zakonnym w Hermanicach, a ponieważ nie miałem nic do roboty, czasu wolnego w bród, pomyślałem: może by tak popróbować postu? Pościłem zatem cały dzień i noc, nie biorąc do ust okruszka jadła ani kropli wody. Jakie były skutki mojego umartwiania się? Duma i pycha! Patrzcie wszyscy, oto ja, ojciec Joachim, poszczę! Dzięki Ci, Panie, że poszczę na Twoją chwałę, lecz spojrzyj, nie wszyscy są tak doskonali jak ja, niegodny, nie wszyscy odmawiają sobie śniadania, obiadu i kolacji!...
…Ascezą, jest także modlitwa. Niektórzy sądzą, że stała asceza neguje poniekąd dobroć stworzenia. Myślę, że wręcz przeciwnie: asceza to próba poprawy wadliwości stworzenia, tego co w nim jest brakiem, błędem czy słabością…”

raz jeszcze babajaga pisze...

Śmiać mi się chcę jak czytam Badeniego, bo w pewnych momentach nie wiadomo czy zgrywa się, czy prawdę opowiada, w większości jednak, łatwo można zorientować się co jest tylko żartem, a co prawdą- opowiadaną w żartobliwy sposób. Uwielbiam takie poczucie humoru, mogłabym słuchać tych jego opowieści ( nie ważne, zmyślonych czy prawdziwych) w nieskończoność :) polecam tę książkę.

Anonimowy pisze...

Właśnie czas zrobić sobie ascezę z kolejnego przechodzenia z linka do linka z o. Krzysztofem :(

Anonimowy pisze...

Dzięki dzięki dzięki!
Wydaje mi się, że obecnie przeciwnym biegunem lenistwa stał się przesyt. Pęd za... wszystkim! Lenistwo już tak człowiekowi nie grozi, bo robi on mnóstwo rzeczy, żeby jak najwięcej mieć. Nie tylko chodzi o bogactwo materialne. Chodzi o doświadczenia, wiedzę, aktywności... W Kościele ludzie często cierpią na taki przesyt. Muszą jak najwięcej zrobić (i to dobrych rzeczy!), żeby nie "zmarnować" ani chwili swojego czasu.
Tak samo z wyjazdami i zwiedzaniem. Muszę "zaliczyć" wszystkie miejsca i sfotografować jak najwięcej, żeby nic pamięci nie umknęło... ;]
A przecież i tak zapamiętam tylko to, co warto zapamiętać. I tak naprawdę będę posiadać to, co warto posiadać :)

Prześlij komentarz