niedziela, 25 stycznia 2015

Po co modlić się do martwych ikon?

O mocy ikony. 


Gdyby was kto zapytał: po co się modlicie do martwych ikon, jaką macie dzięki nim korzyść? — powiedzcie, że od naszych ikon bez porównania więcej otrzymujemy korzyści niż od najlepszego i dobroczynnego człowieka.

Powiedzcie, że od ikon przychodzi zawsze pełna łaski moc i pomoc dla waszych dusz, wybawiająca was od grzechów, cierpień i chorób, zwłaszcza od ikon Zbawiciela i Matki Bożej; że jedno serdeczne z wiarą spojrzenie na nie, jak na żywych i blisko nas się znajdujących, chroni przed okrutnymi cierpieniami, namiętnościami i mrokami duchowymi; że jeśli dotknięcie szat Zbawiciela i szali apostołów czyniło chorych zdrowymi, to tym bardziej oblicza Zbawiciela i Matki Bożej mają moc uzdrowić wierzących od wszelkiego cierpienia, według wiary w Pana i Matkę Bożą.



Tekst: św. Jan Kronsztadzki
Foto: Marcin Mituś, Tomasz Rojek OP

44 komentarze:

Kasia Sz. pisze...

Ja mam dokładanie taką reprodukcję ikony jak Ojciec zamieścił w powyższym we wpisie. Dostałam ją od Ojca razem z wygraną w konkursie książką. No ale pewnie reprodukcja nie ma takiej mocy. To nie ikona, ale właśnie pocztówka z ikoną. I to zmienia postać rzeczy. To tylko reprodukcja.

szpieg pisze...

W zasadzie, od ikon nie pochodzi żadna łaska ani moc. Pochodzi od Tego, Kogo uobecniają. Podobnie z modlitwą. Nie modlimy się do ikon, obrazów...ale do konkretnej Osoby Chrystusa, którą ikona przedstawia, lub osób, ( Maryja, Aniołowie, święci) prosząc ich o wstawiennictwo u Boga.
Ikony, przedstawiają inną rzeczywistość, od tej naszej ziemskiej, pomagają w modlitwie. Ciekawym doświadczeniem modlitwy jest praca z ikoną. Jak się okazuje, otwartość serca, dawanie się prowadzić tej modlitwie, jest dużo istotniejsze od zdolności czy dobrego warsztatu.
Bardzo polecam :)


Żyrólik pisze...

By tak z wiarą się GO dziś dotknąć przez ikonę albo bez, ale ta ostatnia pomaga, upraszcza, przygotowuje spotkanie, rozproszenia sobie idą precz ( nie zawsze) . Oby zamienił smutek w radość z JEGO powodu...

Siwa Wrona pisze...

Myślę, że każda modlitwa jest trwaniem w Nim, w tajemnicy światła, a tak na mnie oddziaływuje ikona.

Anna K. pisze...

Reprodukcja czy oryginał, myślę, że ma tę samą moc.
Zgadzam się z przytoczonym tekstem, że spojrzenie na obraz czy krzyż i modlitwa może zdziałać cuda, a na pewno człowieka pocieszyć i pomóc mu w jakiś sposób.

Może o. Krzysztof mógłby na tym blogu przypomnieć swój piękny tekst, publikowany kiedyś na blogu "Opowieści z betonowego lasu", o tym jak w którymś państwie Ameryki Południowej, w dzielnicy dużego miasta dotkniętej biedą, przestępczością i różnymi tragediami, pewien ksiądz wziął obraz (czy też figurę) Matki Bożej i postanowił, że o danej godzinie na ulicy będzie odbywała się krótka modlitwa do Matki Bożej przed tym obrazem. I pewnego dnia w czasie tej modlitwy z przechodniami podeszła do księdza mała dziewczynka i poprosiła czy z tym obrazem nie można by było pójść do jej domu, do mamy, która od dawna nie wychodzi z domu i jest w wielkiej depresji. I co potem z tego wynikło. To jest bardzo piękny tekst, wart przypomnienia. Może jeszcze o. Krzysztof ma go na komputerze, bo w necie już chyba nie jest możliwe go znaleźć, jako że tamten blog nie istnieje.
No nic, pozdrawiam serdecznie. :)

Magdalena pisze...

To bardzo pocieszające i wzmacniające słowa! :)

Kasia Sz. pisze...

Nie pamiętam tego tekstu Aniu. Jeśli Ojciec mógłby go ponownie wkleić to byłoby fajnie.

pandarasta pisze...

To trzeba będzie w najbliższym czasie zainwestować w jakąś Ikonę ;)

Anonimowy pisze...

https://www.youtube.com/watch?v=Iax7-Hmmi4o

Anonimowy pisze...

Wyjścia 20:4 Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! 5 Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.

basz. pisze...

zastanawiam się nad tym samym co Anonimowy powyżej

kto to zniósł/zmienił i dlaczego
modlimy się do cudownych figur, obrazów, ikon
a czasem nawet słyszy się dyskusje która "Matka Boska" jest skuteczniejsza
to przecież jak nic łamie zakaz z Wj 20,4-5

o. Krzysztof pisze...

Proszę o większą powściągliwość w pisaniu tego typu zdań. Mógłby ktoś bowiem zarzucić ignorancję w stosunku do teologii wcielenia i Nowego Testamentu.

basz. pisze...

ok, jestem tu gościem
rozumiem i milknę
i szczerze przepraszam jeśli obraziłem czyjeś uczucia religijne

:)
miłego dnia

o. Krzysztof pisze...

Spokojnie, nie obrażasz :) Odpowiadając najprościej, od kiedy Bóg się wcielił, to patrząc na Jezusa poznajemy też Jego. Dlatego - w kontekście NT - powyższy fragment Wj nabiera innego znaczenia. Stąd kult ikon, które odnoszą nas do tej tajemnicy.

Zainteresowanym polecam tekst o. Jacka Salija OP na ten temat:
http://mateusz.pl/ksiazki/js-pww/js-pww_45.htm

Anonimowy pisze...

Czemu? czemu o Krzysztofie zachować powściągliwość, jak ktoś nie rozumie, niech pisze. Można tu przecież rozmawiać chyba. No bo po co jest w końcu ten blog? Mnie na przykład, ikony, obrazy, pomagają w modlitwie ( ale nie znoszę kościołów pozapychanych kiczem, gdzie naćkane jeden na drugim wszystkiego, aż mdli) Nie modlę się jednak do tej ikony, ale do Boga. Poprzez ikonę.
@basz
Jeśli będziesz miała kiedyś okazję, jedź do Turynu pomodlić się przed Całunem Świętym.

basz. pisze...

:)
Turyn :) może się kiedyś uda :)

przeczytałem polecony tekst i mam chyba z tym zagadnieniem problem
ale nie aż taki żeby nie dać sobie z tym rady :)
wydaje mi się ze ostatni akapit jest bardzo trafny
muszę zrobić sobie z tym tematem osobiste rekolekcje :)

no i dziękuje za zrozumienie

makroman pisze...

"od ikon" czy "poprzez ikony" ? Co prawda ikonoklasta nie jestem, ale na oddawanie czci wizerunkom także godzić się nie zamierzam.

basz. pisze...

makroman chyba trafiłeś w sedno tego czego nie potrafiłem uchwycić, a o co mi chodziło "do" czy też "poprzez"
do Matki Boskiej Częstochowskiej czy też do Matki Boskiej przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej

Anonimowy pisze...

Ciekawe, jak godzicie się z oddawaniem czci relikwiom świętych...?
Bo dla mnie, w tym przypadku, jest większy problem z pogodzeniem, niż modlitwa przed ikoną :)
Miejsca kultu ( Jasna Góra, Gidle, Lourdes, Guadalupe...i inne) Te miejsca są na prawdę uświęcone modlitwami wiernych, a wiara z którą pielgrzymują w te konkretne miejsca, do konkretnego wizerunku, obrazu, ikony, sprawiała i nadal sprawia że faktycznie dzieją się uzdrowienia.
Ludzie otrzymują konkretne łaski, o które proszą Boga w swoich modlitwach.

makroman pisze...

Basz - Pozdrawiam

Anonimie - "Ciekawe, jak godzicie się z oddawaniem czci relikwiom świętych...?" - nie oddajemy im czci, są jak drogowskazy i symbole, ale nie przedmioty kultu!

"Bo dla mnie, w tym przypadku, jest większy problem z pogodzeniem, niż modlitwa przed ikoną :)" - subiektywizm, nie jest argumentem.

"a wiara z którą pielgrzymują w te konkretne miejsca, do konkretnego wizerunku, obrazu, ikony, sprawiała i nadal sprawia że faktycznie dzieją się uzdrowienia. " - a to już herezja. Uzdrowienia dzieją się ZAWSZE dzięki łasce Boga, ewentualnie mogą wynikać z działań Szatana, w sytuacji gdy chce On kogoś sprowadzić na manowce. Ale NIGDY za przyczyną wiary w miejsce uświęcone czymkolwiek.

Kasia Sz. pisze...

Ojcze, a czy wiesz jaki jedyny cud nie wyszedł Jezusowi?

Kasia Sz. pisze...

Odpowiedź: jedyny cud, który „nie wyszedł” Jezusowi był wtedy kiedy powiedział do zmarłego „wstań” a on… „usiadł” :). Przeczytałam w jednym felietonie M.Jakimowicz:).

Anonimowy pisze...

makroman
Spokojnie, nie mam zamiaru Cię nawracać.
Nie wiem czy to herezja, co mi zarzucasz, wiem że są osoby które zostały uzdrowione, doznały łaski, modląc się z wiarą w konkretnych miejscach, czy przed konkretnymi ikonami, obrazami. Jasne, że to nie samo miejsce, lub obraz, ikona, figurka itp. sprawiła, ale Bóg, którego o to prosili.
W Nowym Testamencie jest wiele przykładów uzdrowień, które nie dokonałyby się gdyby nie wiara ludzi proszących.

Klaudia Pawlak pisze...

Hm, czytając ten wpis przypomniał mi się obraz Jezusa ukrzyżowanego,który jest u łódzkich dominikanów w pokoju spowiedzi.Wie Ojciec może czyjego autorstwa jest ten obraz?

o. Krzysztof pisze...

Ikonę pisała dominikańska mniszka.

Barbara Wójcik pisze...

Dzięki Ikonom łatwiej nawiązać kontakt z Tymi, do których się modlimy, człowiek potrzebuje spojrzenia na piękno...

Anonimowy pisze...

Wydaje mi się że "ikonę" trzeba nauczyć się czytać, by przebić się do jej piękna i głębi. Z doświadczenia wiem, że pisząc ikonę odkrywa się jej Boskość i moc przemiany umysłu, woli i serca.

makroman pisze...

Anonimie - "W Nowym Testamencie jest wiele przykładów uzdrowień, które nie dokonałyby się gdyby nie wiara ludzi proszących." - poproszę o jeden przyklad, ale konkretny.Bo ja czytalem tylko o uzdrowieniach dokonywanych przez Chrystusa.

Baś pisze...

Makroman, nie jestem tym anonimem, którego pytasz o zdanie, ale faktycznie w Nowym Testamencie Jezus dokonując cudów często odnosił się do wiary osoby, która go o to prosiła i tak np.:
"Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła"
"Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości!"
W końcu mówi też do Jaira: "Nie bój się, wierz tylko!" , po czym dokonuje cudu.

Racja, że to Jezus jest tym, który dokonuje cudu, ale sam wielokrotnie podkreśla, że dzięki wierze cud może się dokonać. Myślę, że wiara jest tu kluczowa. Tak, jak w przypadku tej kobiety cierpiącej na upływ krwi- wiele osób dotykało Jezusa, ale ona uczyniła to z wiarą, co Jezus po pierwsze poczuł, a po drugie ona została uzdrowiona. Myślę, że cud to tylko widoczny efekt, a najważniejsza jest właśnie wiara i relacja z Bogiem. Gdyby chodziło o same uzdrowienia, to Jezus byłby po prostu cudotwórcą, a jest przecież Miłością, która pragnie właśnie relacj z nami,

makroman pisze...

Baś - tak wiem, znam te słowa. Masz rację, posłużyłem się zbyt daleko idącym skrótem myślowym. Nawiązałem do dyskusji która przetoczyła się po Polsce już blisko dwadzieścia lat temu - chodziło o tzw. "uzdrawiaczy". Wiara to był jeden z ich argumentów - swoje niepowodzenia tłumaczyli właśnie brakiem wiary u pacjentów. Przyznaj że takie podejście do wskrzeszeń i ozdrowień to robienie z Jezusa swego rodzaju placebo - "wierzysz to wyzdrowiejesz" (zupełnie jak wiara w moc tabletki, która powoduje uśmierzenie bólu a jest tylko sprasowanym cukrem). Dlatego reaguję apriorycznie i ostro (przepraszam) na wszelkie wzmianki typu "ozdrowienie przez wiarę" - człowiek nie zdrowieje przez wiarę w taką czy inna terapię lub takie czy inne miejsce - uzdrawia Chrystus i tylko przyjście DO NIEGO z wiarą w NIEGO ma jakakolwiek wartość.

basz. pisze...

nie wiem, czy ktoś mnie tu jeszcze pamięta :)
odszedłem na "rekolekcje", jak widać, trochę trwały,
lecz temat był dla mnie bardzo poważny i tego czasu widocznie wymagał

przemodliłem, przemedytowałem, przekontemplowałem
już nie wspomnę, że przekopałem się przez cała masę tekstów "na temat"
i otrzymałem odpowiedź
nie wiem, czy mogę się nią tu podzielić,
bo jak można się domyślić z kontekstu nie jest ona zgodna ze zdaniem KK,
a co za tym idzie z nurtem bloga i jego Autora

informuję, bo może ktoś był ciekaw

gwoli wyjaśnień, bo to może być odebrane jako ignorancja w stosunku do KK,
nie jestem katolikiem, nie jestem chrześcijaninem, nie jestem wyznawcą żadnej religii
jestem wyznawcą Boga - gorliwym, niestrudzonym i nieuległym
można powiedzieć, że desperackim wyznawcą Boga :)
szukam go wszędzie, tu też go szukam i czasem znajduję :)
i za to dziękuję :)

trwajcie w Miłości, Pokoju i Prawdzie
niech Bóg zawsze będzie z wami :)

pozdrawiam wszystkich tu zaglądających oraz Autora

basz.

Magdalena pisze...

basz: ja pamiętam! Miło Cię widzieć, Cieszy ogromnie, że otrzymałeś odpowiedź! Jak dla mnie możesz się nią podzielić!
Nawet ja katoliczka czasem znajduje rzeczy i odpowiedzi niezgodne z KK, które też są prawdziwe!
Odkrywanie jest dobrą drogą!

Pozdrawiam!

makroman pisze...

Basz - pamiętamy.
Ale bądź ostrożny. Pamiętam jak biwakowaliśmy w Bieszczadach i jeden z kolegów miał pewność że znalazł właściwą drogę, my zostaliśmy w miejscu czekając na świt, on poszedł - rankiem zeszliśmy do obozu, ale jego tam nie było! Musieliśmy wracać i szukać go na innych ścieżkach. Znalazł się po jakimś czasie, wyziębiony ze zwichnięta nogą.
Bądź ostrożny, bo czasem ci którzy myślą że znaleźli drogę znajdują... co innego.

Anonimowy pisze...

makroman pozdrawiam :)

dopiero dziś zaglądnąłem tu znów :))
wiec z opóźnieniem trochę przeczytałem Twój komentarz :)

nie wiem czy znalazłem, czy znajduję lub też czy kiedykolwiek znajdę właściwą drogę:)
ale nie paraliżuje mnie strach przed szukaniem i przed zgubieniem się, bo wiem, że zawsze Bóg mnie odnajdzie, gdy tylko będę Go dostatecznie głośno i długo wołał
bo wiesz: Bóg mnie kocha (Ciebie i innych zresztą też) :)
wiem za to na pewno, że nie ma jednej takiej samej właściwej drogi dla wszystkich
wiem, że chodzenie z owczym pędem i klapkami na oczach bo miliony, albo miliardy tak idą, nie jest dla mnie
bo tak naprawdę, jeśli będę robił to co wszyscy, to będę taki sam jak wszyscy
a tego rozglądając się dookoła na pewno nie chce :)
a że może ci wszyscy idą wygodnie przetartym szlakiem i się nie gubią, to tylko ich zysk, ale nie jest to moja strata
dla mnie jest szukanie i błądzenie, bo nie umiem przyjąć i chyba już się nie nauczę, że ktoś za mnie wie lepiej
pisząc ktoś mam na myśli innego człowieka
bo ze Bóg wie lepiej i decyduje za mnie i dla mnie, to oczywiste
dlatego szukam Jego woli i Jego dróg
i nigdy nie szukam sam :)
zawsze wszystkie swoje poszukiwania powierzam Bogu, zawsze zapraszam Go by mi towarzyszył w każdym moim kroku
bo w Niego tylko wierze, Jemu ufam i do Niego podążam
w zasadzie tylko Jemu ufam

pytanie: czy właściwie odczytuje Jego odpowiedzi?
nie wiem...

ale tym bardziej nie wiem czy inni odczytali i odczytują Jego odpowiedzi właściwie
po prostu nie ufam innym bardziej niż sobie, a na pewno nie ufam innym bardziej niż Bogu

a dla siebie nieustannie modlę o łaskę rozumienia Bożej woli i Boskich odpowiedzi

miłego 2016

basz.

szafirek pisze...

basz
Ciekawe komentarze tu zamieszczasz :)
Nie mogę oprzeć się zadania Ci dwóch pytań, jeśli nie chcesz nie musisz odpowiadać, choć, ciekawi mnie Twoja możliwa odpowiedź.
Napisałeś, że zapraszasz Boga do każdego swojego kroku, że Mu ufasz. Więc jest dla Ciebie Kimś bardzo bliskim.
-W jaki sposób rozpoznajesz, że to On, że jest blisko?
-Czy jesteś przekonany, że Bóg decyduje za Ciebie, jak napisałeś wcześniej?
pozdrawiam


basz. pisze...

szafirek to nie są pytania na które się łatwo odpowiada :)
bo to nie tak ze jak mnie kłuje w prawym boku to Bóg odpowiada tak, jak łzawi lewe oko to nie, a jak jest blisko to mi ciepło, a jak daleko to czuje chłód

:) to zupełnie nie tak
wiec może opowiem ci o tym na przykładzie, będzie długo i pewnie nudno, ale spróbuję

kilkanaście lat temu przeżyłem coś traumatycznego, coś czego nie potrafiłem objąć swoim rozumem, coś przez co zawalił się cały mój świat: zmarło moje dziecko, miało być tak wspaniale, a tu niespodzianie wszystko stanęło na głowie
oczywiście obwiniałem siebie, to już był taki czas w moim poszukiwaniu Boga, ze starałem się nie obwiniać nikogo innego, ale i tak ciężko było się budzić, ciężko było zasypiać, nawet oddychać było ciężko
modliłem się "Boże jak ja mam żyć, co mam zrobić aby dać radę, aby mięć siły na kolejny krok, kolejny dzień, kolejny kubek herbaty, Boże pokaz mi gdzie, jak i po co to wszystko" to nie były sporadyczne modlitwy, modliłem się całymi godzinami, dniami, nocami, modliłem się płacząc i pracując
ile trwało zanim dostałem odpowiedz, zanim ja do siebie dopuściłem?
parę miesięcy, może pół roku rozpaczy i pustki
wtedy usłyszałem gdzieś w moim sercu "wybacz"
odpowiedziałem "Boże ale co mam wybaczyć, przecież nikt nie zawinił, to była wola Twoja"
usłyszałem "wybacz sobie"
"Boże nie potrafię, jeśli ktokolwiek jest temu winny to ja, zrobię wszystko co karzesz, ale nie umiem sobie wybaczyć"
"Wiec wybacz wszystko wszystkim, aby nauczyć się wybaczyć sobie to, że nie umiesz sobie wybaczyć"
czy to była rozmowa wymyślona przez mnie, może, ale w sumie z perspektywy czasu to bez różnicy
nagle ktoś dal mi książkę o wybaczaniu, ktoś inny przysłał mi maila z adresem forum na którym poruszano ta problematykę, a zupełnie obca osoba w kolejce do lekarza opowiedziała mi o swoich doświadczeniach związanych z tym tematem, cały świat dookoła mówił do mnie bez przerwy o wybaczaniu, zadręczał mnie tym
i zacząłem się modlić "Boże niech będzie Twoja wola, a nie moja, jeśli tylko potrafię pragnę wybaczyć wszystkim, którym kiedykolwiek miałem coś za złe, bądź ze mną, wspieraj mnie, bo wiesz, że to dla mnie nie łatwe"
no i wtedy jak by się puszka Pandory otworzyła w mojej głowie, nagle zacząłem sobie przypominać o wszystkich osobach, którym powinienem coś wybaczyć, albo które powinienem za coś przeprosić, od spraw bardzo poważnych po kłótnie z piaskownicy o łopatkę, za każdym razem mówiłem Bogu że przepraszam, pragnę
wybaczyć, że wybaczam, i modliłem się za to wybaczenie, za siebie i osobę, której wybaczałem, powierzałem nas obu Bożej opiece, okazało się ze gdy już myślałem, że "więcej win nie pamiętam" to ktoś tam po mi się przypominał, albo ktoś mi opowiedział historie sprzed lat i zapaliła mi się lampka, osób i sytuacji było bardzo wiele, gdzieś po roku, a może trochę później poczułem, że chyba jestem w stanie zacząć przebaczać sobie, napisałem do Boga bardzo długi list, pisałem go tygodniami, bo ciągle coś przybywało w tym samooskarżeniu, w zasadzie taka spowiedź na papierze z całego życia, modliłem się i modle dalej, czy wybaczyłem sobie wszytko? gdzieś zawsze coś tam jeszcze wyjdzie na wierzch i dalej się jeszcze za to modle, czy Bóg mi wybaczył? to wie tylko ON :)
czy wybaczył by mi szybciej gdybym klęknął przed konfesjonałem i powiedział "w przedszkolu nie chciałem dać Joli łopatki, a w szkole obraziłem się na Bartka, bo wolał innego kolegę, a nie mnie", gdybym powiedział "jestem tak grzeszny ze Bóg odebrał mi dziecko abym zrozumiał ze błądzę", może tak, a może jednak nie
w tamtym czasie żadne słowa żadnego innego człowieka nie przynosiły mi ulgi, a wręcz miałem ochotę krzyczeć: co ty o tym wiesz!
ile trwało to moje wybaczanie? trzy lata było bardzo intensywne, bo pewne sprawy wracały, bo pewnych spraw nie dało się tak łatwo wybaczyć, intensywnie dla mnie oznacza modlitwę w każdej chwili dnia, prawie na okrągło

dalsza cześć w następnym komentarzu ;)

basz. pisze...

ale wybaczanie nadal trwa (bo Zosia z warzywniaka mi odburknęła, a Irek z pracy opieprzył :)) i chyba się nie skończy nigdy, tylko ze teraz jest łatwiej bo mam wprawę :)
choć nie zawsze wybaczam natychmiast, choć czasami wybaczanie dalej boli i czasem włącza się zaciętość :) wtedy zawsze wyruszam z tym moim oporem do Boga

nie mam żadnych wątpliwości, że Bóg jest w tym wybaczaniu ze mną cały czas, bez niego nie byłbym w stanie pewnych spraw wybaczyć, nie miałbym sił na tą "prace", nie miałbym takiego samozaparcia, bo przecież można powiedzieć: tak niewiele zyskałem, a jednak dostałem więcej niż oczekiwałem, dostałem spokój,
dostałem siły do życia, dostałem chęć do dalszego pielgrzymowania, i dziś żyje, i gdybym tego nie doświadczył nigdy nie miał bym w sobie tej siły aby być dziś tu gdzie jestem

ocen szafirku sam czy Bóg był blisko mnie, czy też to moje wymysły i czy to On zdecydował co mam zrobić, czy tez sam sobie to wymyśliłem, czy on mnie prowadził, czy była to seria przypadkowych zdarzeń

ja wierzę, że to On, wręcz jestem o tym przekonany

ale w zasadzie, tak jak już napisałem wyżej, w sumie to bez różnicy, bo ta praca warta była mojego trudu
ja tak to oceniam :)

to jedna z wielu sytuacji, ta może była szczególnie dla mnie trudna, ale przeważnie nie jest łatwo, a najczęściej nie jest tak jak bym ja chciał, Bóg stawia mi poprzeczkę zawsze wyżej niż ja oceniam swoje możliwości i zawsze w końcu On ma rację :)

i dlatego w końcu zawsze mówię mu "niech będzie wola Twoja" :)
no i kocham Go bezgranicznie i ufam Mu bo jak inaczej miałbym żyć :))

pozdrawiam
i życzę dobrej nocy :)

Anonimowy pisze...

@basz Dziękuję Ci bardzo za komentarze, jesteś wspaniały ;)
Jeżeli mowa o przebaczaniu to może ja się podzielę tym co doświadczyłam.
Parę miesięcy temu Bóg na konferencji i modlitwie pokazał mi ile jest we mnie ran i nieprzebaczenia. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić, ale wtedy Pan podesłał mi osobę, która powiedziała, że jak kogoś coś poruszyło na konferencji to może zagadać. Ja pomimo swoich oporów poszłam, Duch święty miał w tym wielki udział( bo ja się trochę obawiam duchownych). Wylałam z siebie wszystko. Wtedy usłyszałam, że powinnam przyjąć brak miłości z tej strony i ktoś po raz pierwszy powiedział mi, że chyba mi ciężko musi być żyć z tym wszystkim. Wiecie zawsze sobie myślałam, że to nic i że tak musi być, że ktoś Cię nie chcę, czasem poniży, okrzyczy za nic, wyzwie, ale to mnie raniło. Dopiero wtedy sobie uświadomiłam jak bardzo. Zostałam z tym sama z Bogiem, miotałam się strasznie, kłóciłam przez miesiąc( ale w końcu na modlitwie byłam z nim szczera), poprosiłam o pomoc jedynego księdza któremu ufam i powiedział mi w skrócie, że walczyć mam miłością. Tylko, ze mi to w ogóle nie wychodziło przez ostatnie miesiące. Narosła we mnie frustracja na siebie do gigantycznych rozmiarów. Powiedziałam Bogu albo coś się we mnie zmieni, albo odchodzę. Dałam Mu ostatnią szansę na rekolekcjach ignacjańskich i zmienił moje serce, wybaczyłam , wylał się ze mnie do końca żal, gniew na człowieka, który mnie ranił. Uczę się go teraz kochać w codzienności i budować w końcu na Chrystusie, bo jemu tylko warto ufać.
Ps. Jak usłyszałam od mojej osoby prowadzącej gdy mówiłam, ze mam wątpliwości co do tego czy to na pewno Bóg do mnie mówi, powiedział mi, że to co my myślimy dobrego jest Boże , bo On jest w nas.

szafirek pisze...

Dzięki za odpowiedź basz
Tylko nie mogę zrozumieć tego, że piszesz że kochasz Boga, i równocześnie jest Ci bez różnicy czy jest on blisko Ciebie czy daleko...W moim rozumieniu, jeśli kochasz, chcesz być blisko.
To nie Bóg decyduje za Ciebie :) Ty sam podejmujesz decyzje. Jesteś wolny.
pozdrawiam

basz. pisze...

Anonimowy, to właśnie tak jest, czasem ktoś coś powie, czasem coś się usłyszy i to zapada w duszę, czasem czuje się taki wewnętrzny przymus do czegoś i po prostu się wie, że on nie pochodzi ode mnie, bo ja nie mam na to ochoty, bo oceniam to jako zbyt trudne, jako zbyt mnie obnażające, albo zbyt wymagające, ale ten przymus nie mija, wręcz dołączają się do niego inne znaki i wtedy ustępuję i pozwalam się prowadzić :) i wierze ze to Bóg mnie popycha, a tym bardziej w to wierze gdy wcześniej prosiłem Go o pomoc, a potem mi towarzyszy, bo wiem, że sam nie mógłbym, nie chciałbym albo nie potrafiłbym wielu rzeczy zrobić i zrozumieć

szafirku źle mnie zrozumiałaś :) nie jest mi bez różnicy czy Bóg mi towarzyszy czy też nie :) jest mi bez różnicy jak ty to ocenisz lub ktokolwiek inny, bo ta ocena nie zmienia wyniku końcowego :) ja jestem pewien, że był ze mną cały czas Bóg, że to On do mnie "mówił", że to On mnie prowadził i że wynik końcowy też zawdzięczam Jemu :)
Tak masz rację jestem wolny i mam wolna wole :) w tamtej sytuacji mogłem strzelić sobie w głowę, mogłem zacząć pić, zwariować, bluźnić, obwiniać cały świat albo rzucić sie z mostu, postanowiłem oddać tą decyzje w ręce Boga, bo wierze, że tylko Bóg chce dla mnie jak najlepiej i co równie ważne zna skutki każdej mojej podjętej ale też jeszcze nie podjętej decyzji więc słuchając Jego głosu nigdy nie strącę, wybrałem wtedy aby to On podjął decyzje za mnie, to właśnie była moja samodzielna i wolna decyzja :)

miłej niedzieli

szafirek pisze...

dobrej niedzieli basz :)

makroman pisze...

Basz - w jednym racja - zaufanie do Bożego Planu jest podstawą - inna sprawa że często mylimy faktyczny Boży Zamysł, z naszymi marzeniami aby był taki a nie inny...

basz. pisze...

makroman ale mimo wszystko warto szukać
warto się modlić
warto go słuchać i szukać jego odpowiedzi
warto nawet się mylić i realizować swoje marzenia
warto się rozwijać
warto brać na swoje ramiona ciężkie wyzwania i dawać radę

jedyne czego nie warto robić (oczywiście według mnie)
to pozwolić innym ludziom przejąc za mnie odpowiedzialność
za moje czyny, za moje myśli, za moje przejawianie miłości i Boga w moim życiu

wiem ze to nie miejsce na takie dywagacje :)

dlatego niech Bóg was wszystkich prowadzi

makroman pisze...

Basz - jasne zew warto - nawet myślę że te manowce to Bóg nam prędzej wybaczy niż proste trwanie na ścieżce która co prawda do NIEGO prowadzi ale na której boimy się uczynić choćby kroku.

Prześlij komentarz