czwartek, 8 października 2015

Nie da się zjeść całego słonia…

Ale jest na to pewien sposób.









Prowadzę rekolekcje dla kleryków franciszkańskich w Krakowie. Wieczorem przychodzi SMS od współbrata, który właśnie zakończył niezwykle wymagające rekolekcje dla ludzi mających za sobą doświadczenie straty lub głębokich zranień. Za trzy dni czeka go kolejny wyjazd. 

Biorę do ręki telefon i czytam, uśmiechając się do siebie.
Uff, skończyłem dajrekt. Naprawiam buty, odkażam draśnięcia po odłamkach, zszywam mundur, czyszczę broń i studzę się przed kolejną akcją. Wszystko według instrukcji generała Humberta. Cierpienie i radość w jednym – taki jest los szturmowca z jednostki OP. Mam nadzieję, że Tobie udało się szczęśliwie przeprowadzić uchodźców franciszkańskich do strefy nieba. 

Ten nasz komunikacyjny kod może wydać się niezrozumiały: „dajrekt”, „generał Humbert” – ale pomaga złapać dystans, a także wyczuwać sens – dzięki głębszemu interpretowaniu swojej codzienności.  

Niekiedy żartujemy z braćmi, że nasze kaznodziejskie życie można porównać do pracy jednostek specjalnych, które wyruszają na misję, aby realizować ściśle określone zadanie. Najpierw jest czas na opracowywanie strategii, a później następuje samo wejście w akcję. 

Bardzo często tego doświadczam, że w trakcie rekolekcji przechodzi się przez duchowe oczyszczenie, które nierzadko jest wycieńczającą walką. To wejście w pewien stan umierania – nie tylko podczas przygotowywania, kiedy widzę że moje słowa są za małe, niewystarczające, aby wyrazić to, co by się chciało, ale także podczas samego głoszenia, licznych rozmów i spowiedzi. 

Mam jednak świadomość, że bez tego osobistego zmagania, moja praca, ale i samo głoszenie stałyby się jałowe. Doświadczenie cierpienia, walki, wewnętrznego napięcia, jest integralną częścią dominikańskiego życia. Kiedyś tego nie rozumiałem, wydawało mi się, że można inaczej, obecnie staram się przyjmować, jako własną drogę uświęcenia. Co więcej, mówią o tym także ludzie obdarzeni przez Boga ogromną wrażliwością. O piosenkarce nazywanej królową soulu Arethie Franklin, nazywana królową soulu napisano:
Najbardziej dramatyczne doświadczenia życiowe inspirowały ją do tworzenia najbardziej poruszającej muzyki. Nieszczęście rodziło cudowną kreatywność. Introwertyzm przechodził w ekspresję. 

 To taki rodzaj umierania, który przynosi życie. 

Nie bez powodu nasz generał zakonu, bł. Humbert z Romans, wskazywał, że po intensywnym wysiłku tak istotny jest czas regeneracji, leczenia ran i ponownego napełnienia.
Mądry kaznodzieja po głoszeniu kazań powinien powrócić do samego siebie i uważnie zbadać wszystko, co mu się przydarzyło, tak aby mógł obmyć się z wszelkich doznanych nieczystości i naprawić wszystko, co się zepsuło. Powinien być jak podróżny, który czyści i naprawia swoje buty, gdy dotrze do schroniska, aby później móc lepiej wędrować. 




***

Jest pewna mądra zasada, którą kierują się nie tylko oddziały Navy SEALs, lecz także kaznodzieje. Mówi ona o tym, że nie da się zjeść całego słonia. Wcześniej należy pokroić go na plasterki. Czyli każde zadanie podzielić na malutkie elementy poprzez wyznaczenie sobie małych celów. Następnie cierpliwie skupiać się wyłącznie na tym, na co ma się w danym momencie wpływ. 

Każdy element jest tutaj najważniejszy, bez niego nie pójdzie się dalej: moment modlitwy, przygotowywania, samego głoszenia, ale także duchowej regeneracji. 

Jeśli pamięta się o małych rzeczach, reszta wychodzi sama. 



18 komentarzy:

Magdalena pisze...

Cholernie mądre! (Przepraszam za pierwsze słowo, ale inaczej nie umiem tego wyrazić) :)

Agnieszka G. pisze...

Ten rodzaj umierania, który przynosi życie pięknie jest pokazany w krótkometrażowym filmie pt. "Cyrk motyli" - polecam bardzo.

Kasia Sz. pisze...

A ten uroczy tygrysek w seledynowej mazi to co symbolizuje?

o. Krzysztof pisze...

Ten uroczy tygrys wpłynął tu omyłkowo :)

szafirek pisze...

Gdzie ten tygrys? A w ogóle, po co jeść słonia? No i te jednostki...czemu zaraz specjalne?

szafirek pisze...

Mnie bardzo urzeka prostota. Ale taka, taka...rzadko spotkać teraz taką
Dzięki niej, zwyczajność nie jest banalna. Oraz przystępność, a nie elity do zadań specjalnych. Ale przecież, na szczęście to tylko żartobliwe porównanie. Jeśli będzie się pamiętać o najważniejszym, reszta będzie tego częścią. Dobrej nocy i dobrej regeneracji.

tymek pisze...

Od jakiegoś czasu widzę jak niezwykle ważne dla efektywnej pracy jest umiejętność odpoczynku. Przez długi czas miałem z tym problem, chodziłem nieustannie zmęczony, rozdrażniony. Wasz Generał ma rację: każda z tych drobnych rzeczy jest ważna, a później musi nastąpić czas regeneracji.

Anonimowy pisze...

nie chce mi się żyć

Anonimowy pisze...

To i apetytu pewnie nie masz, nie tylko na słonia... Żyć nie chcąc - potrafisz?

makroman pisze...

Kiedyś u O.O. Misjonarzy (nie wiem czy świadomie) ale był taki zwyczaj ze przed komunikacją ustawiali się w szereg a potem niczym ława średniowiecznych rycerzy ruszali w tłumy a te padały przed nimi na kolana.

Jolaśka pisze...

Żyj,
jest tyle jesieni za oknem
wiewiórki szaleją
w perspektywie weekend choć nie zawsze wolny
masa książek do przeczytania
muzyki do posłuchania
miejsc do odwiedzenia
ludzi do spotkania
"słoni" do zjedzenia
wystarczy żyć a masz to w zasięgu ręki :-)

aga pisze...

przepraszam, ale te 2 fotografie, które ojciec zamieścił po usunięciu tygrysa kojarzą mi się z takim oto obrazkiem:
nr 2- najpierw dominikanie zjedli słonia
a potem
nr 1- habity odwiesili, bo się nie w nie nie mieścili

Anonimowy pisze...

To tygrysy potrafią pływać? :)

ewa pisze...

Arethie Frankliin...ojciec ma zdolności rozeznawania co do mojej osoby czy coś :)...piękna była jej muzyka...właśnie tak: "rodzaj umierania, który przynosi życie"
I jeszcze jedno :" słowa są za małe, niewystarczające, aby wyrazić to co by się chciało"
Doświadczyłam tego niedawno, przypadkowo, na ulicy...przytuliłam... i do było więcej niż słowa i do dzisiaj nie mogę tego zapomnieć, właściwie..nie chcę!!!

Anonimowy pisze...

Akurat uwierzę w to, że speckomando będzie słonia kroić na plasterki. Prędzej go zdetonują.
Albo rozniosą na włóczniach, jak Neptuna.

Żyrólik pisze...

Żeby zacząć to najlepiej od początku to zaczynam się zastanawiać od dziś nad strategią, bo coś tak słabo wychodzi, a żyję choć niechcący jak na wojnie, kobietą będąc ( a te do wojska mniej się nadają wg mnie, choć w obecnych czasach niemało się ich tam pcha...) Dotąd wszystkie militarne porównania rodem z ćwiczeń duchownych Św Ignacego do mnie nie przemawiały, a to dominikańskie porównanie generała Humberta jest w moim odczuciu pasujące do obu płci.
Dzięki anonimowy za radę życia mimo braku chęci, będziemy próbować z modlitwą za wszystkich których wodzi kto na pokuszenie totalnego zniechęcenia... Gdy szaro i pada to trudniej nie tylko o witaminę D w skórze wytwarzaną...

Anonimowy pisze...

Żyrólik: jesteś lekarzem?

ewa pisze...

Amen,Żyróliku!!!Tak trzymać.

Prześlij komentarz