wtorek, 15 listopada 2016

Spotkałem ludzi, którzy przestali używać słów

Słowo „trappe”, określające trapistów i pierwsze założone opactwo cystersów reformowanych, w języku francuskim oznacza pułapkę. To nie tylko gra słów. Nie ma ucieczki, gdy On raz zawoła. 








Żył na ziemi człowiek, mąż gigantycznej siły ducha. Długo modlił się z niepowstrzymanym płaczem: "Zmiłuj się nade mną". 

Ale Bóg go nie słuchał. 

Upłynęło wiele miesięcy takiej modlitwy i siły jego duszy się wyczerpały. Wpadł w rozpacz i zawołał: „Jesteś nieubłagany!", i gdy wraz z tymi słowami coś jeszcze pękło w jego wyczerpanej z rozpaczy duszy, nagle ujrzał w mgnieniu oka żywego Chrystusa. Serce jego i ciało wypełnił ogień z taką siłą, że umarłby, gdyby ta wizja trwała choćby chwilę dłużej. Potem już nigdy nie mógł zapomnieć niewypowiedzianie łagodnego, bezgranicznie miłującego, radosnego, pełnego niepojętego pokoju spojrzenia Chrystusa. Przez następne długie lata swego życia nieustannie świadczył, że Bóg jest miłością - bezmierną i niepojętą.

Tak wspominał św. Sylwana jego uczeń Sofroniusz. 

Spotkałem ludzi, którzy noszą w sobie podobne doświadczenie. Bóg wypalił ich serca tak mocno, że przestali używać słów. Każde z nich stało się niewłaściwe, aby opisać tajemnicę. Ten, który jest czystą wolnością, naznaczył ich dusze i poza Nim nie są już w stanie znaleźć ukojenia. Nawet jeśli chcieliby uciec, doskonale wiedzą, że uciec nie mają dokąd. Świat nie jest już żadną alternatywą. To nie tylko gra słów, że słowo „trappe”, określające jednocześnie trapistów i pierwsze założone opactwo cystersów reformowanych, w języku francuskim oznacza pułapkę.

Ściany klasztoru pozornie tylko ograniczają, w rzeczywistości otwierają na nowy świat.

W sercu mają naukę Ewagriusza: „Nie utrzymuj kontaktów z wieloma ludźmi, żeby na twoją duszę nie spadł niepokój i zamieszanie, a wtedy chwiałbyś się na drodze skupienia”. Niektórzy mylą to z egoizmem. Jednak ich życie, polegające na nieustannym przekraczaniu samego siebie, wyraźnie temu przeczy. Codziennie od nowa wołają do Boga o zbawienie świata. 

Mieszkają w jednym z najsurowszych opactw trapistów na świecie. 

Kiedy w latach 70-tych cysterski charyzmat zaczynał tracić swoją wyrazistość, o. Hieronim z francuskiego Opactwa Sept-Fons, zainspirował grupę młodych mnichów i odczytał regułę na nowo. Zrezygnowano z własnych cel, pojawiły się dormitoria, a wszelkie duszpasterskie zaangażowania „na zewnątrz” zostały ucięte. 

"Zadaniem mnicha jest płakać, a nie nauczać" – brzmi stara monastyczna zasada. 

Po kilkunastu latach wspólnota zaczęła tętnić życiem, a mnichów pojawiło się tak wielu, że koniecznym wydawało się założenie kolejnego klasztoru. Opatrznościowym miejscem okazał się Nowy Dwór w Czechach, gdzie znajdowały się ruiny pocysterskiego opactwa.

Ożyły one na nowo. 

Kilka miesięcy temu spędziłem tam pewien czas. Miałem przywilej zamieszkać wraz z braćmi za klauzurą. Uczyłem się milczeć, ucinać sen i porozumiewać znakami. Bóg podarował mi niespodziewany prezent na moją rocznicę święceń kapłańskich. 

Ich życie jest piękne, niebezpiecznie pociągające, ale zarazem ogromnie wymagające. Bez nadprzyrodzonej łaski klasztor stanie się rodzajem więzienia, zwyczajnym obozem pracy, a dusza nie znajdzie pokoju i popadnie w smutek.

Zawiodą się ci, którzy wyobrażają sobie mnichów, jako ludzi mających nadmiar wolnego czasu, spacerujących pośród łąk i drzew. Nie ma miejsca, gdzie mógłbyś się schować. Sen, posiłek, praca, modlitwa, studium - wszystko dokonuje się w obecności współbraci. Cisza chroni przed błahością rozmów i daje przestrzeń na błogosławioną samotność. Celem mniszego życia nie są ludzie. Jest nim Bóg. Tylko w Nim odnaleźć można pokój. 

Dlatego nie jest to droga dla każdego, a jedynie dla tych, którym Bóg zechce udzielić takiej łaski. A ona zawsze jest tajemnicą. Gdy jednak przychodzi, człowieka dopada wewnętrzny pokój, poczucie bycia na swoim miejscu, a wszystko inne staje się blade. 

Ucieczka od świata nie wynika z pogardy dla ludzi, ale jest po to, aby móc ich uratować. Thomas Merton opisał mnichów, jako ludzi płynących ratować swe życie, by nie zatonąć w pogrążającym się okręcie społeczeństwa:

Wiedzieli oni, że dopóki miotają się na wraku, nie są w stanie zrobić niczego dobrego dla innych. Ale gdy znaleźli oparcie dla stóp na solidnym gruncie, sprawy się zmieniły. Mieli nie tylko zdolność, lecz nawet obowiązek pociągnięcia za sobą w bezpieczne miejsce całego świata. 

Klasztorny rytm ma uczyć ofiarności, samodyscypliny, szacunku dla czasu i przekraczania swojego egocentryzmu. Pomaga uzyskać przytomność, uzdrowić pamięć, oczyścić zmysły, odrzucając rzeczy zbędne, a wszystko po to, aby  dusza stała się wolna i mogła przyjąć zbawienie. 

Pobudka o trzeciej w nocy, piętnaście minut później matutinum, modlitwa psalmami i godzina czytań. W tym chórze mnisi spotykają się jeszcze sześć razy. Fizyczna praca podzielona jest na dwie części i trwa łącznie sześć godzin. Trzy razy wspólnota schodzi się na wegetariański posiłek (na terenie opactwa, w ramach pokuty, nie spożywa się mięsa). 

Codziennie wstawiają się za tych, którzy zapomnieli o Bogu, ale nie modlą się o to, aby ci "źli", stali się „dobrymi”, ale żeby wszyscy znaleźli dobro i prawdę. To zasadnicza różnica. 

Nie czują się w niczym lepsi. Przeciwnie, mają poczucie, że są łotrami, grzesznikami, których Jezus uratował, a następnie powołał. 

Często w kościele lubimy określać się przez swoją użyteczność, natomiast mnisi definiują się przez swoją nieużyteczność. Tam wszystko jest na odwrót. Jakbyś przeszedł na drugą stronę lustra. 

Trapiści są jak bobry Pana Boga (trafne określenie o. Michała Zioło). Świetni inżynierowie, hydrotechnicy i jedyne zwierzęta potrafiące na taką skalę zmieniać środowisko. Bobry mieszkają w dolinach rzecznych i mają swoje zdanie na temat tego, jak ta dolina powinna wyglądać. Ludzie dążą do wyrównania, osuszenia, bobry przeciwnie, unaturalniają. Choć bardzo pracowici, nie potrzebują, aby ktoś o ich pracy wiedział. Kochają ciszę, wodę, lasy i samotność. Ludzi także lubią, ale w relacjach są nieśmiali i płochliwi. Gdyby ktoś kazał im stanąć w blasku reflektorów najchętniej uciekliby zawstydzeni. 

Nie przepadają za egzaltacją, przesadą oraz nadmiarem słów - większą jedność odczuwają z ludźmi nie poprzez komunikację, ale komunię. Nie mają zaufania do mistycznych wizji, cudowności, nie oczekują duchowych wrażeń, a nawet kiedy te się pojawią, najchętniej je ignorują. Pojawiające się emocjonalne stany traktują jak rozpaloną zapałkę, a ta szybko się zapala i równie szybko gaśnie, emocje mogą fałszować rzeczywistość. Większą bowiem łaską jest widzenie własnych grzechów, niż aniołów. 

***

Klasztor klauzurowy jest niczym elektrownia. Miejsce, które dostarcza energię dzięki modlitwie. Nie ochrania się elektrowni, po to, aby zatrzymać energię, lecz żeby powstrzymać niepowołanych ludzi przed zakłóceniem jej pracy.
Tym co pomaga zachować czujność i pokój serca jest całkowite milczenie. Ono jest wyrazem miłości do innych braci. Dzięki temu podczas pracy czy posiłku nie czujesz się w obowiązku podtrzymywać rozmowy, co daje poczucie wolności oraz duchowej jedności, ponad słowami. 

Porozumiewają się znakami. Rozmawiać można tylko w wyjątkowych sytuacjach i wyznaczonych do tego miejscach. 

Architektura jest prosta i zachwycająca, przestrzeń ma służyć oczyszczeniu zmysłów, aby nie zajmowały ich sprawy zbędne. Zaskakuje codzienna troska o szczegóły, niewielka gałązka bazi pod krzyżem, świeży kwiatek pod figurką Matki Bożej na klasztornym korytarzu.

Pamiętają naukę świętych Ojców, że zbawienie rozpoczyna się od poznania siebie. Dlatego też codziennie wieczorem odbywa się najstarsza monastyczna praktyka nazywana ekshomologezą, czyli wyjawianiem myśli przed wyznaczonym do tego ojcem. Wszystko po to, aby zobiektywizować swoje doświadczenie i przestać żyć w myślach, nieustannie pisząc w głowie kolejne scenariusze do życiowych filmów w nieskończoność rozważając to co minęło, albo ma nadejść. Istotą kontemplacji jest bowiem mocniejsze zakorzenienie się w tym, co daje mi teraz Bóg. Myśli tu przeszkadzają, zabierają przytomność, odrywając od tego co jest. Dlaczego to tak istotne? Ponieważ Boga możemy spotkać jedynie w dwóch momentach: w chwili obecnej i chwili śmierci. 

***

Na popołudniowym rozdaniu pracy dowiaduję się, że trafię do miejscowego tartaku. Boję się czy starczy mi sił, nie ma tu jednak miejsca na tłumaczenia lub użalanie się nad sobą. Młody trapista, stojący obok, będzie mnie uczył prawidłowo ucinać drzewo. Choć różnimy się wiekiem o ponad dziesięć lat, to ja staję się uczniem, on nauczycielem. Ma ciemne, uśmiechnięte oczy, przyjazną twarz i trzeźwe spojrzenie. Kiedy słyszy o czekającej pracy z prostotą stwierdza: „Trapista musi być silny, aby był w stanie nieść grzechy całego świata”. Tym zdaniem wywołuje uśmiech u swoich braci. 

Mnisi mają subtelne, ale i inteligentne poczucie humoru, nie ma ono nic z cynizmu czy próby poniżania kogokolwiek. Dyskretny humor rozbraja szkodliwy nadmiar i jest zawsze oznaką zdrowej wspólnoty. Nie bez powodu smutek i narzekanie zaliczane były do grzechów głównych, będąc oznaką choroby duszy. Jeśli trwają zbyt długo, może to oznaczać nawet brak powołania. 

Twarze najmłodszych, ale i najstarszych mnichów są pogodne. Może dlatego, bo przestali już żyć dla siebie?

***

Uczestniczyłem w kapitułach, słuchałem komentarzy opata do reguły św. Benedykta, a także wykładów dla braci w formacji. Solidna monastyczna teologia, oparta na doświadczeniu świętych Ojców, zakorzeniona w codzienności, boleśnie prawdziwa. 

Na pierwszą konferencję przychodzę z notatnikiem, niczym rasowy dominikanin. Dwóch mnichów znakami daje mi sygnał, żebym odłożył długopis. „Nie zapisuj, tylko słuchaj. Jeśli Bóg uzna, że ma coś do ciebie trafić, zapamiętasz. Jeśli nie, widocznie teraz tego nie potrzebujesz”. 

Wszystko co wartościowe dzieje się we właściwym czasie. Nie wolno wyprzedzać łaski.




Krótki filmik opowiadający o życiu mnichów z Nowego Dworu. Tłumaczenia „ze słuchu” dokonał Szymon Popławski OP.

- Jedną z największych trudności po przyjściu do klasztoru jest to, że człowiek się zderza sam ze sobą. Gdy człowiek przyjdzie, ma mniej lub więcej, ale częściej jednak więcej iluzji na swój temat.  Cisza natomiast jest decyzją na to, by widzieć siebie samego takim jakim się jest. A to nie zawsze jest łatwe. 
- Nie podejmujemy się apostolskich zadań, nie zajmujemy się prowadzeniem parafii czy szpitala, żyjemy w klasztorze i  próbujemy całe nasze życie dać Bogu. 
- Wstajemy o godzinie trzeciej, piętnaście minut później mamy pierwszą modlitwę. Noc jest czasem, gdy większość ludzi śpi, a mnisi właśnie wstają o tej godzinie, aby się modlić za tych ludzi, by się znaleźć z nimi w ich miejscu. Nie mówię, że mnisi są lepszymi ludźmi, niż ci na zewnątrz. Mnisi są takimi samymi łotrami, jak ci na zewnątrz, ale próbujemy skręcać w stronę Boga i modlić się za ludzi, którzy nie są przy Nim. 
- Architektura kościoła i klasztoru jest pomyślana w ten sposób, by zostały usunięte wszystkie rzeczy, które mogą tam być, ale też nie muszą. 
- Tożsamość to świadomość tego, kim jestem. Nie jest to jednak świadomość na podstawie tego, co przeczytałem w książce. Chodzi o świadomość, która w swojej istocie dotyka tego, kim naprawdę jestem i tego, co już przeżyłem; to jest odkrywanie tego, co już we mnie jest. To jest najważniejsze, ale również nieproste. 
- Nie musimy chodzić na kursy odkrywania tożsamości i nie musimy jeździć na kursy medytacji. Wystarczy zrobić porządek w samym sobie. Tożsamość leży u korzeni szczęśliwego życia. Jeśli wiem, kim jestem, skąd i dokąd idę, wtedy mogę zrobić w życiu coś porządnego. Jeśli jesteśmy zdolni odkryć ten cel, że wyszedłem od Boga i znowu do Niego wracam, wtedy nagle wiele rzeczy zaczniemy widzieć w innym świetle.
- Praca jest znakomitym wskaźnikiem tego, kim jest człowiek, w jaki sposób człowiek się ustosunkowuje do trudności, które się pojawiają, jak sobie z nimi radzi. Klęcząc w kościele, tego się nie dowie.
- Każdy człowiek tęskni za tym, co jest prawdziwe, co będzie trwać i co go przekroczy. Wtedy pojawiają się pierwsze przejawy niepokoju, początki poszukiwania i właściwego ukierunkowania się w życiu. Każdy z nas tęskni za Bogiem i każdy z nas jest zdolny do właściwej relacji z Nim. 
- Czy życie trapisty może być szczęśliwe? Może, ale wtedy, gdy trapista naprawdę spotka się w klasztorze z Bogiem. To jest podstawowy cel mniszego życia - spotkać się z Bogiem w osobistej relacji. On jest obecny tu i teraz. 







28 komentarzy:

Pustynne Echa pisze...

Dziękuję Bratu :)

Magdalena. pisze...

A widział Bóg, że było dobre.

Adam pisze...

Jak już ojciec zamknie się za murami to będę miał dwa uczucia... radość z radości ojca, smutek że nic tu już nie przeczytam.

Danusia K. pisze...

Dziękuję:-)

sandra pisze...

"Cisza chroni przed błahością rozmów i daje przestrzeń na błogosławioną samotność".
"Tym co pomaga zachować czujność i pokój serca jest całkowite milczenie[..]. Dzięki temu podczas pracy czy posiłku nie czujesz się w obowiązku podtrzymywać rozmowy, co daje poczucie wolności oraz duchowej jedności, ponad słowami".

Dokładnie tak! Świetnie to Ojciec ujął :) Niedawno byłam na rekolekcjach ignacjańskich, miałam okazję troszkę tego doświadczyć. Mam takie same odczucia. (Co prawda to tylko kilka dni, więc nie śmiem porównywać tego z doświadczeniem Ojca. No ale coś wspólnego jest :) ) Cisza niesamowicie zmienia postrzeganie rzeczywistości i ludzi. I rzeczywiście- kiedy już po skończeniu Ćwiczeń, po pięciu dniach milczenia można było rozmawiać, to ma się takie poczucie, że jak już coś mówić to z sensem. Jak już mówić, to tyko to co konieczne i tylko to przyniesie jakieś dobro ( a nie gadanie bez sensu dla zapełnienia ciszy). I właśnie- ta wolność.. zostawienie na chwilę tych wpojonych przez dobre wychowanie uprzejmości, grzeczności. Nie. Każdy ma tam prawo pobyć sam z Panem Bogiem. I prawda: "bez nadprzyrodzonej łaski klasztor stanie się rodzajem więzienia, zwyczajnym obozem pracy, a dusza nie znajdzie pokoju i popadnie w smutek". Myślę, że dla zwykłych ludzi, te kilka dni wystarczy- przynajmniej tak ja to widzę dla mnie osobiście. W każdym razie polecam :)

szafirek szafirek pisze...

Warto było na to czekać :) Jakby synteza, istota - przebijająca się przez gąszcz tekstu. Tu jest wszystko, koniec, i początek. /Spotkać się z Bogiem//przestać żyć dla siebie/ Za Adamem napiszę /Jak już ojciec zamknie się za murami to będę miała dwa uczucia... radość z radości ojca, smutek że nic tu już nie przeczytam/

https://www.youtube.com/watch?v=dzNvk80XY9s


Nowa Zelandia pisze...

Jest pewnym paradoksem, że klasztor Trapistów powstał i rozwija się w mocno zsekularyzowanych Czechach, a w Polsce nie ma żadnego ...

Anonimowy pisze...

Od jakiegoś czasu czytam różne wpisy na tym blogu. Właściwie za każdym razem robi mi się smutniej i smutniej. Widzę w tym wszystkim bardziej ucieczkę od ... niż zdążanie do ...
To tak, jakby ignorowanie miejsca, w którym jestem, wierzę, że z Woli Bożej. Nie pytam czemu, Bóg dał mi za ojczyznę Polskę, a nie np. jakiś inny kraj gdziekolwiek na świecie, takie, a nie inne środowisko, w którym żyję. Nie powiem Mu, że gdybym była tam gdzieś to mogłabym mu więcej siebie ofiarować, bo to nieprawda.
Czasem kiedy słyszę jak to, musimy się zmieniać dla Pana Boga, to jakoś kojarzy mi się z pychą, bo czy stworzenie może stawać się Stwórcą. Moim zdaniem, żeby być szczęśliwym należy odwrócić kierunek i prosić przede wszystkim o umiejętność przyjmowania bezwarunkowo tego, co od Niego otrzymujemy.
W człowieku często rodzi się frustracja, bo trudno mu porzucić swoje pomysły na życie, choćby wydawały się jak najbardziej Boże. Jest moim zdaniem bardzo dobra książka [żeby nie powiedzieć książeczka, bo rozmiar niewielki] o wiele mówiącym tytule i podtytule "Zaufanie Opatrzności Bożej" Źródło pokoju i szczęścia. Autor Jean-Baptiste Saint-Jure SJ [wstęp do wydania polskiego o. Wojciech Giertych OP] :) Polecam
Zamiast tęsknić za czymś co, być może wcale nie ma być naszym udziałem, może lepiej przyjąć to, co z Woli Bożej naszym udziałem już jest i za to dziękować z głębi serca, szczególnie kiedy jest trudno.
Niedawno przeczytałam świadectwo kapelana wojskowego, który bardzo chciał zakończyć tę służbę i przenieść się w inne miejsce. Trochę mu czasu [lat niemało] mu zajęło, żeby zrozumieć, że Pan Bóg chciał go właśnie w tamtym miejscu a nie gdzie indziej.
Konkludując, zgadzając się w pełnej ufności [vide "Jezu ufam Tobie" - na ile %?] na zamysł Boga względem nas, mamy szansę ominąć 'rafy' i szybciej być szczęśliwi.

rita pisze...

Ależ przepiękny tekst, taki świetlisty! Dziękuję z całego serca

Siwa Wrona pisze...

"Codziennie wstawiają się za tych, którzy zapomnieli o Bogu.." Zaś św. Dominik zapytał "..a co będzie z grzesznikami?" Jedna wielka rodzina. Każde powołanie jest piękne i wymagające.

o. Krzysztof pisze...

W dominikańskim powołaniu cenne jest dla mnie to, że mogę pić wodę z odżywczego, monastycznego źródła, jednocześnie pogłębiając własną tożsamość. To nasza stara zakonna dewiza: "Owoce kontemplacji przekazywać innym" - gdy nie ma "contemplare", słowa tracą moc i przestają zapładniać.

Mam jednak świadomość, że nie jest to droga dla każdego.

Maciek pisze...

Myślę, że tu trzeba dopowiedzieć, dlaczego akurat Czechy: po prostu w klasztorze Sept-Fons, w pewnym momencie zaczęło się pojawiać coraz więcej kandydatów z Czech... :) Więc ten kierunek wydał się naturalny... To raz, dwa... jeśli popatrzymy na równie zsekularyzowaną Francję, to tam też powstało sporo wspólnot kontemplacyjnych. To Duch św. tak działa... zgodnie z Oz 2,16-22
W każdym razie: gdyby ktoś z was chciał zobaczyć ich stronę www: http://novydvur.cz/

Anonimowy pisze...

"Nie ochrania się elektrowni, po to, aby zatrzymać energię, lecz żeby powstrzymać niepowołanych ludzi przed zakłóceniem jej pracy."
Żal pomyśleć, że mogliby tak o nas pomyśleć zakonnicy. Niepowołanych zakłócających.

"Codziennie wieczorem odbywa się najstarsza monastyczna praktyka nazywana ekshomologezą, czyli wyjawianiem myśli przed wyznaczonym do tego ojcem. Wszystko po to, aby zobiektywizować swoje doświadczenie i przestać żyć w myślach[...]"
Bardzo potrzebne nie tylko mnichom.
I bardzo trzeba, żeby byli ludzie którzy zechcą wysłuchać.

Anonimowy pisze...

I tyle słów wypowiedzianych, tyle ich napisanych przez niektórych braci. O ciszy, o niewypowiadaniu słów.
Klęcząc w kościele - lub gdzie indziej - dowiesz się wielu rzeczy. Również o sobie, o pracy. Cokolwiek myślą trapiści, cokolwiek dźwigają. Jeśli akurat nie udzielają wywiadów, nie podróżują, nie planują kolejnej podróży. Jest czas klęczenia - jest, ale nie wszystkim dany.

Leszek Podhorecki pisze...

Ojcze dlaczego jest zmowa milczenia i niegacji wobec o. Adama Wyszyńskiego, który przeszedł gehenne i w sumie ten horror przeżywa nadal?
Ta walka jest nierówna bo o. Adam ma świadomość tego jakie siły stoją na przeciw niemu, ale z drugije strony znając jego i słowo które głosi wiem, ile go to będzie kosztować, ale chyba na tym polega droga podążania za Chrystusem, trwanie w prawdzie...
Ojca opisuje jako najbliższego zakonnika, przyjaciela i z szokiem przyjąłem to co wcześniej dużo ludzi neguje, czyli chorobę która toczy duchowieństwo i KK od wewnąrz...
Ale jeszcze większym szokiem jest dla mnie postawa zakonników, którzy mimo że tez to widzą nic z tym nie robią...
Proces uzdrowienia zaczął się na dobre, i już teraz wiem jak będzie to boleć, wspieram o. Adama w tej walce modlitwa jak tylko mogę i proszę ojca o to samo, bo jeśli tylko prawda może nas uzdrowić a tą prawdą jest Jezus Chrystus, to niech tak się stanie...

o. Krzysztof pisze...

Nie jestem przekonany, że o takich sprawach powinno się dyskutować publicznie. Jakie dobro z tego wynika? Dla mnie i dla moich braci to bardzo bolesna sprawa, ale i wcale nie tak krystalicznie jasna, jak przedstawia ją o. Adam. Bardzo się o niego martwię. Po tym co robi i w jaki sposób obawiam się, aby nie zrobił sobie krzywdy. Modlę się i podejmuję za niego post, gdyż nadal jest mi osobą bliską, próbowałem z nim także nawiązać kontakt, ale bez rezultatu.
Nie jest także prawdą stwierdzenie, że "zakonnicy nic z tym nie robią". Nie wszystko domaga się reflektorów i społecznościowych mediów.

Leszek Podhorecki pisze...

Dziekuje ojcu za ten komentarz. W koncu jakis glos.

Wczesniej na blogu o. Kramera mozna bylo przeczytac co do osoby ks. Jacka Miedlara mnostwo nauk i nawolywan, poniewaz mozna to bylo latwo wlozyc go do popularnej szuflaki skrajnego nacjonalizmu, science fiction o lobby gejowskim etc. Chyba rzeczywiscie w to nie wierzyl i komentarzy bylo tyle ile osob mialo na to poglad....

Tutaj sprawa jest diametralnie inna, bo chodzi o dominikanina ktory swoja nauka trafia do ludzi mlodych, rowniez do mnie. Teraz pozostawiony sam sobie...
 
Co mnie uderzylo to to, ze teraz na jego blogu zaden komentarz na temat o. Adama nie jest publikowany, panuje tam teraz cisza i negacja tego co sie dzieje...

Co ojciec ma na mysli przez "aby nie zrobil sobie krzywdy"? w jakim aspeckie?

Znam o. Adama i ciezko mi jest uwierzyc w to ze nie mowi prawdy, bo jaki mialby miec w tym cel? Nie widze w tym zadnego darzenia do korzysci, ani tez choroby, jak probuje sie wmowic.

Dla mnie dobro jest takie ze to uzdrowia kosciol, bo wyglada na to ze jest budowany na klamstwie i grzechu, co sprawia teraz ze czuje sie zdradzony, oszukany, ale jednoczesnie kieruje mnie to w strone modlitwy i przylgniecia ku Bogu jeszcze mocniej, calkowicie...

Wiem tez ze probuje sie z niego robic wariata co tez sam o tym wspomnial, jednak patrzac na to z dystansu uderza mnie jedno, ze cos musialo sie dziac i to bardzo niedobrego i ze dzieje sie to nadal, skoro popchnal sie na taki krok, zwierzenia sie obcej osobie... teraz do tej swoistej spowiedzi dolaczyla mama jeszcze chyba bardziej poruszona i przerazona... ogladajac wczorajsza publikacje nie wierzylem, bylem i jestem w totalnym szoku..

Leszek Podhorecki pisze...

Szczerze podziwiam go za odwage i mestwo, i nie do konca zgadzam sie z tym zeby to oczyszczanie kosciola bylo az tak anonimowe.

Akurat nie twierdze zeby to odbywalo sie przy reflektorze mediow, ale zeby wspolnota Kosciola Katolickiego miala w tym udzial, bo to my tworzymy Kosciol ktorym jest Jezus Chrystus....
Wiem jedno, ze prawda jest bolesna i tego typu choroba i nowe zdarzenia dzieja sie nie tylko u nas...

Patrzac na to co jest publikowane w filmach dokumentalnych przez dziennikarzy sledczych, jest gorzej niz zle... i Biblia oraz to co na temat mowili swieci daje do myslenia w tej kwestii...

Z ostatniej publikacji o. Adam mimo checi powrotu bardzo sie boi, ja mu sie nie dziwie, bo nie wiem jakie bylo by powitanie i co by ze mna zrobili...

Jednak denerwuje mnie zmowa milczenia i negacja tego co sie dzieje, zaklinanie rzeczywistosci, ze tego typu zachowania nie maja miejsca i jest to znikomy procent - a jesli juz cos jest to zaltwiamy to za zamknietymi drzwiami, juz nie przy sielankowych pogadankach w stacji z niebiesko-zoltym logiem - chyba jednak nie, z tego co mowi o. Adam...

Zaczynam poddawac w watpliwosc caly ten system i hierarchie KK, budowany od smierci ostatniego apostola... bo za malo jest w tym Boga i Jego Slowa ktore jest w Biblii, a za duzo tego co ludzkie i przeciez umarle dla tego swiata...

Spojrzalem teraz na siebie i moje otoczenie przez pryzmat wszystkich lat i co mnie uderzylo, to brak Biblii fizycznie i duchowo w naszym zyciu.
Wszystko opiera sie teraz na prasie, artykulach, nowennach, specjalnych modlitwach, rozwazaniach... mnostwo tresci i pomocy sluzacyach do rozumienia Slowa Bozego, a tak bardzo malo sytuacji kiedy biore do reki Biblie, kiedy tym Slowem zyje, do niego wracam i nim sie posilam. Teraz za to sa pelne polki publikacji zastepujacych Biblie.

Leszek Podhorecki pisze...

Tak na prawde jeszcze nie przeczytalem calej Biblii, ani razu w ciagu mojego zycia, i niestety tak samo jest w mojej rodzinie... tak, to jest moje niedawne odkrycie... ale za to przeczytalem cale rozwazania i sposoby na medytacje, inne poradniki na temat uzdrowienia wewnetrznego, jak dobrze sie modlic, kazdy numer Milujcie sie!... tak to wszystko czytam od deski do deski...
W rodzinie rozmawiamy na temat super nowenn, pielgrzymek do Mejdugorie i nowych rekolekcjach, na temat tego co dana nowenna przez odmawianie nam gwarantuje, ile to juz Mszy Sw. poszlo i ze w sumie jestesmy "ubezpieczeni" jedziemy pierwsza klasa do Nieba, nic nas nie powstrzyma...

Ale... nie rozmawiamy na temat czytania Biblii i zycia Slowem Bozym, tego co do nas mowi Pan Bog. Mimo to podczas spotkan kazdy jest ekspertem w interpretacji Slowa Bozego, mimo ze zadne z ekspertow Biblii nie przeczytalo, ani nie czyta az tak regularnie. Za to biegle poslugujemy sie wybranymi cytatami, fragmentami non stop. To co akurat sie nadaje na konkretna sytuacje, stan emocjonalny, co dobrze to wytlumaczy... tak jakby reszta juz nie miala znaczenia, bo to przeciez Stary Testament teraz liczy sie tylko Nowy... a inne ksiegi? To sa inne oprocz Ksiegi Psalmow?

Watpliwosci jest u mnie teraz jeszcze wiecej niz bylo kiedykolwiek, nie wiem juz nic, niczego nie jestem pewien, ale Pan Bog na pewno ma ku temu powody. Oddaje to wszystko w Jego rece, i staram sie karmic Slowem Bozym. Jak tylko moge, zmieniac te nawyki ktore mnie od tego odciagaja, bo nie jest to latwe... przeciez w interncie jest tez Slowo Boze, jest Biblia online... a zaraz z boku zakladak youtuba'a... zalosne to jest..

Za o. Adama caly czas sie modle o sile i odwage w tej walce, oraz aby nie zostal z tym sam, ale mial wsparcie, bo jak sam mowil wiele osob swieckich i duchowych sie od niego odwrocilo... ale nade wszystko pragne aby Jezus uzdrowil swoj Kosciol... uzdrowil nas...
Ktos kiedy powiedzial ze Kosciol nie jest idealny i ze jest jak ubiczowane cialo Jezusa Chrystusa, laczy nas wszystkich pobitych i pokiereszowanych zyciem, grzesznych, jednak uzdrowienie przychodzi w Jezusie, kiedy wyznajemy Jemu nasze grzechy.
"Choćby dusza była jak trup rozkładajaca się i choćby po ludzku nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone - nie tak jest po Bożemu"
"Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!"
"Szukajcie prawdy, a prawda was wyzwoli" (J 8, 32)

JOLAŚKA pisze...

A jednak dla zachowania spokojnej oceny tego co się dzieje nie powinno się w takie sprawy mieszać mediów.
Leszku Podhorecki polecam ciszę i przemyślenia zamiast ciągu żalów. Przykre, że w dzisiejszych czasach WSZYSTKO musi odbywać się publicznie.
Pozdrawiam i modlę się o dobre rozwiązania i CISZĘ.

Kasia K. pisze...

@Jolaśka
Jakkolwiek bolesna to sprawa dla nas, zgadzam się w 100%.
Zamiast rozpisywać się na ten temat, trzeba nam raczej uświadomić sobie, jak bardzo księża, zakonnicy, o duchowne narażone są na działanie złego i po prostu MODLIĆ SIĘ ZA NICH! Ja robię to wciąż zbyt rzadko...

Jolaśka pisze...

uważam,że zwłaszcza w bolesnych sprawach publiczne rozdrapywanie tylko szkodzi.
Z modlitwą w ciszy
J.

ewa pisze...

@Kasia K i Jolaśka
Bardzo dziękuję...módlmy się po prostu...bo modlitwa ma niezwykłą moc...
Pan Jezus mówił:" Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o cos prosić będą, to wszystkiego użyczy im Mój Ojciec, który jest w niebie" Amen.

Leszek Podhorecki pisze...

@Jolaśka
Nigdzie nie napisałem że oczekuje publicznej dyskusji, a tym bardziej w mediach, ale we wspólnocie, w parafiach. Jak my jako kościół mamy interweniować i szturmować niebo modlitwą skoro nikt o tym z abony nie mówi, nie nawołuje do modlitwy, do pokuty, postu w tej intencji.
Nikt nie mówił, że proces uzdrawiania będzie przyjemny, każdego z osobna ta sprawa na pewno dotknie, jednak chodzi, aby w tym bym razem właśnie jako wspólnota.
Poza tym niestety ze strony duchowieństwa nie widzę postawy, która jakkolwiek miała by te sytuację zmienić, albo przynajmniej naświetlenia tego jak ważna jest modlitwa za osoby duchowne, które jak wiadomo na ataki są nastawione przez cały czas.
Możliwe, że jest to krzyk, ale mam dość milczenia i pozostawiania osób takich jak o. Adam Wyszyński samym sobie. Gdzie są ci którzy tak nieustannie przy nich trwali. Gdyby nie to że pojawiają się z nim wywiady, nikt nie miałby pojęcia co się z nim dzieje, a ostatnio powiedział jak z tym właśnie jest - został z tym sam...

ewa pisze...

@Leszku
Nie wiem kim Jesteś,ale modlę się za Ciebie bo jest w Tobie wiele żalu, pretensji jakiegoś doznania niesprawiedliwości i (wybacz)zastanawiałam się...kiedy ostatnio Byłeś u spowiedzi? może warto by było skorzystać z tego sakramentu...to naprawdę oczyszcza...o. Adam nie jest sam ...Bóg nie przybliża się gdy jesteśmy lepsi i nie oddala się gdy jesteśmy gorsi

Leszek Podhorecki pisze...

@Ewa
Możliwe, że jest to żal, ja tego tak nie odbieram. Pretensje? Pewnie, że są, ale może u Ciebie też by się pojawiły gdybyś znała nauki o. Adama, wiedziała jakie słowo głosił, a w jakim stanie jest teraz, do jakiego stanu został doprowadzony.
Ten gniew czy złość pojawiła sie po tym co zobaczyłem i usłyszałem od o. Adama i jego mamy. Wcześniej też miałem myślenie spokój, cisza i przymyślenia.
Widzę dwie sprzeczne ze sobą postawy duchownych blogerów. W przypadku ks. Jacka Międlara o. Kramer nawoływał do nawrócenia, do powrotu, do opamiętania: ty robisz zle, a my dobrze. Homo lobby w kosciele? przeciez to science fiction. Epitety takie jak skrajny nacjonalizm itp, pomogły to wytłumaczyć i taka łatka szybko przylgnęła.
Tylko teraz w przypadku o. Adama na blogach cisza, nie ma tematu nawoływań o nawrócenie, o opamiętanie... dlaczego?
Dla mnie niesprawiedliwe jest traktowanie duchownych, którzy odważyli się na głos o tym mówić, skoro za zamknętymi drzwiami pomoc nie nadeszła a problem pozostał. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić do jakiego stanu zostali oni doprowadzeni, że porwali się na tak drastyczny krok powiedzenia o tym na głos, narażając swoje dalsze życie, powołanie, przyszłość - o. Adam o tym mówił i mówił jak inni dobrze znający problem zakonnicy na to reagowali: Adam walcz sam, mnie w to nie mieszaj, bo kariera, spokój, niedługo emerytura.
Wydaje mi się, że nie przeczytałaś tego co napisałem... Jest we mnie gniew i żal zwłaszcza teraz, ale staram się go oddawać Panu Bogu i proszę Go, abym przez to szedł Jego drogą, mimo, że te zdarzenia wytrąciły mnie z równowagi, zburzyły pewnie paradygmat, które wcześniej zawsze był constant.
Chodzi mi po prostu o to, żebyśmy my jako wspólnota ludzi wierzących skupili się i byli świadomi odpowiedzialności za osoby duchowne, aby było zaufanie w jedną i drugą stronę, i na tym fundamencie szturmować modlitwą za duchownych niebo. Nie chce narodowej publicznej dyskusji, ale tylko prawda może nas uzdrowić.
Na kłamstwie i pół prawdach daleko nie zajedziemy. A wracając do Twojego pytania spowiadam się regularnie i mimo upadków odkrywam ten sakrament na nowo.
Dzięki za modlitwę w mojej intencji. Ja za Ciebie dzisiaj i nie tylko też ;)

ewa pisze...

@Leszku
Dzięki bardzo za modlitwę za mnie...pozwól że na dobranoc podzielę się taką moja myślą, że my ludzie patrząc na drugiego człowieka zawsze wiemy lepiej, rozumiemy lepiej, znamy lepiej, a przecież nie znamy serca danego człowieka, nie wiemy co się w nim dzieje, więc może nie oceniajmy...zostawmy to Panu Jezusowi. Amen
Pozdrawiam serdecznie

Stokrotka pisze...

Moja koleżanka, która nota bene wstąpiła do małych sióstr Baranka, zawsze mówiła, że my dużo zawdzięczamy Czechom-księżniczka Czeska Dobrawa przekonała Mieszka I, żeby przyjął chrzest i tak nasz kraj stał się chrześcijański. Teraz ich kraj jest bardziej zsekularyzowany, więc może pora żeby im się odwdzięczyć..?A nie oceniać czy żałować dlaczego to oni mają taki klasztor a my nie..Pozdrawiam wszystkich uczestników bloga

Prześlij komentarz